Raj, ale zamiast hurysów… kotlety schabowe

Tak! Tytuł was nie zwodzi. W maju przyleciałem do raju. Ale nie do raju częstochowskich poetów, co mogłoby sugerować poprzednie zdanie, ale do raju kulinarnego. Do miejsca, w którym wystarczy wejść do pierwszego z brzegu sklepu mięsnego, do pierwszej z brzegu restauracji, zajść na najbliższą stację benzynową, aby zrozumieć dlaczego kolonialne mocarstwa tak bezlitośnie krzewiły na całym świecie zachodnie obyczaje, demokrację… i kolę z frytkami. 
Odpowiedź jest prosta. Żarełko. O tu proszę, jak się szykuje do pożarcia:

Oczywiście nie obyło się bez wzlotów i upadków. Wzlotem – także dosłownie – było zachęcające śniadanko na pokładzie samolotu: kanapka z chlebem i z szynką.

Ktoś mógłby powiedzieć, że pisanie „kanapka z chlebem” to błąd językowy albo objaw niedorozwoju. Ale to nie błąd, a jeśli objaw niedorozwoju, to moich ryżożerczych współ-mieszkańców Tajwanu. Dla ilustracji na Tajwanie zbrodnicza organizacja zwana MOS BURGER sprzedaje cham-burgery z ryżem zamiast bułki. No żesz kurwa. Zobaczcie sobie tych dwóch kretynów: 

Jeszcze się cieszą, jakby to psy żarły własne gówno i dupę im urywało od merdania z radości. Ugh!

Tak powinien wyglądać posiłek istot rozumnych:

Albo tak: 

 

Ale do rzeczy. Upadkiem było bolesne rozczarowanie, gdy okazało się, że najlepsze miejsce na kotlety schabowe z dodatkiem szynki i opiekane w folii… nie są już robione. W Warszawie to było moje ulubione miejsce na żarcie, teraz już nie ma po co tam chodzić:

To tak, jakby przechodząc spacerem przez stare kąty nagle zobaczyć, że na placu zabaw z przedszkola pobudowali meczet, Pająk-je-biedronkę albo gorzej – pojadę grubo – hurtownię ryżu. Jedyne, co mogłem zrobić na oświadczenie pani kelnerki, to wyrazić swoje gorzkie żale i opuścić przybytek. Co też uczyniłem. Na zawsze.


 

Ale najlepszą chwilą wytchnienia była tym i każdym innym razem wyprawa na kajaki. 

Tu również były wzloty, czyli przepłynięcie o bladym świcie obok malowniczej wielokrotnej eksplozji wodorowej:

To nie wygłup. Chodzi o słońce.

Pierwszy wieczór to płynięcie o zachodzie słońca. 

… i upadki. Było trochę chłodnawo, a w nocy wręcz bardziej niż chłodno. Następnego dnia powiedzieli mi, że było tylko +6 stopni. Aha! Mogłem wziąć namiot. I wyjaśniło się przy tym, dlaczego w nocy – przyzwyczajony do tropików – trzy razy się z zimna budziłem i rozpalałem ognisko. Ale najgorsze było za mną. Potem było tylko cieplej, a malownicze pomosty i drzewiska (duże drzewa) wspomagały wydalanie z mojego systemu wszelkich śladów ryżu, którego zapach trwale przesiąkł wszystkie moje ubrania do tego stopnia, że musiałem kupować nowe.

 

Aha, tego w żadnej książce nie przeczytałem, ani fantasy, ani przygodowej. Okazuje się, że dzięcioły łupią drzewo zaatakowane przez korniki na drzazgi. A te drzazgi idealnie wręcz nadają się na ognisko i leżą w pełnej obfitości pod drzewem.

 

Gdy ogniska się znudzą, czas na obiadek w restauracji. Centralnym punktem wyprawy kajakowej na Krutyń jest zajazd pod Jurandem w Spychowie, a w nim placek Juranda:

Nom nom nom! Na marginesie, wygląda trochę tak jak to, w co się zamieni za parę godzin.

Za wybitne zasługi w branży restauratorskiej pani właścicielka otrzymała książkę i dedykację specjalną:

 

Potem nastąpił kolejny upadek. Niefortunna przepierka. Okazało się, że jednym nierozważnym posunięciem zniweczyłem piętnastoletnie wysiłki programu Natura 2000 w całym regionie. Trzeba było wymieniać całą wodę w trzech połączonych ze sobą jeziorach. Czwarte udało się uratować awaryjnie wysadzając trotylem łączące je przewężenie. Otóż wyprałem w końcu skarpetki, które nosiłem od trzech tygodni. Po pierwszym tygodniu stwardniały tak, że nie dało się zdjąć. Teraz pod wpływem wody kajakowej jakoś rozmiękły i się udało. Potem rozwiesiłem pranie, żeby reszta aromatów wywietrzała:

 

Oglądałem następnego tygodnia w telewizji wywiady ze zszokowanymi mieszkańcami. Jeden osiemdziesięcioletni staruszek wspominał nerwowo zaciskając i rozwierając pozbawioną dwóch palców dłoń (skutek zabawy fajerwerkami na remizie), że ten mój cug był większy niż ten, jak w czterdziestym piątym rozmarzło na wiosnę jezioro, w którym zimą utonął konwój ciężarówek wiozących do pralni rok używane onuce czerwonoarmistów z całej grupy armii goniącej za Niemcem od samego Stalingradu. 

Innym incydentem był atak łabędzia. Skubaniec (albo kobieta) nie miał przy sobie młodych, a próbował mnie ugryźć – opływał kajak tak, żeby zapłynąć od tyłu, a ja broniłem się okręcając w lewo i prawo.

Ale było OK. 

Pożegnanie z ojczyzną było jak zwykle ogniskowo-rowerowo-kiełbaskowe. Dwa obrazy przemówią za 2 tysiące słów:

 

Na zakończenie tak wspaniałej miesięcznej wyżerki można powiedzieć teraz tylko jedno…

I’ll be back!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.