Na drodze ku sławie

Tym razem wyprawa po sławę dopięta na ostatni guzik.

Długoletnia wprawa w podróżowaniu sprawiła, że waga plecaka wyniosła dokładnie tyle, ile ma limit linii lotniczych. Pisarz oddziałuje na świat rękami i ma w nich wyczucie przechodzące ludzkie rozumienie. A szczególnie rozumienie redaktorów językowych. Niech zginą w odmętach piekła ci rzeźnicy, którzy z upodobaniem i wyrafinowaną perfidią naruszają nietykalność cielesną cierpiących niczym młody Werter twórców. Książka jest integralną częścią ciała autora i jakakolwiek w nią ingerencja jest zamachem na ludzkie życie i godność. Następnym razem nie dam zmienić ani literki!

(minęło pięć minut)

Uff! Już się uspokoiłem. Wracając do podróży, muszę donieść o dwóch epizodach w czasie przelotu nad Związkiem Zdradzieckim, czasowo dla niepoznaki nazywanym Rosją. Krajobrazy tej krainy płynącej kawiorem i wódą są fantastyczne, a każda rzeka dająca się dostrzec z pokładu samolotu wyglądała na idealną do podróży kajakowej:

Niestety nie tym razem. Czekała mnie noc na lotnisku w Maskwie.

Wydawało mi się, że byłem sprytny zabierając do podręcznego bagażu śpiwór, ale jak współczesna księga mądrości YouTube udowadnia, cokolwiek ktoś by nie wymyślił, ktoś inny już wymyślił to wcześniej i wypuścił filmik na swoim kanale. Jakaś grupa wycieczkowa przywiozła własne materace:

Nie pozostało nic innego, jak podratować nadwątlone ego i sponiewierane ciało ucztą z potrawy wywodzącej się z jedynej prawdziwej cywilizacji na naszym padole łez. Niestety dziesięciogwiazdkowa restauracja, w której ucztę skonsumowałem, przyjmowała tylko kesz (gotowiznę), więc musiałem dokonać nadzwyczajnego poświęcenia.
Otóż z paszportem zawsze woziłem przez ostatnie lata dychę, pamiątkę z wyprawy do USA. To jeden z najświętszych reliktów mojej świetlanej młodości, a po drugie kawałek gotówki na czarną godzinę najczarniejszą z czarnych.

I przez ułomności siły woli gówno – za przeproszeniem – z tej relikwii zostało. Na szczęście ogniwem pośrednim było to:

Porządny posiłek – kawał buły, parówka z wody i normalna ruska musztarda. Nom nom nom.

Kogoś może zdziwić, dlaczego tak głupio pozbyłem się cennej pamiątki. Sprawa jest prosta. Stało się to na skutek nieszczęśliwego incydentu mającego miejsce na pokładzie samolotu z Hongkongu do Maskwy. Otóż Aerofłot zamiast kupować u siebie żarcie w dwie strony, oszczędza paliwo i dokupuje jakieś miejscowe gówno w Hongkongu. Czyli tradycyjnie ryż (a w najlepszym razie makaron), jakieś podgotowane żylaste mięso w sosie grzybowym i inna karma dla psów, która odejmuje chińskiej cywilizacji tyle punktów ważonych w rankingu postępu ludzkości, że jednym tąpnięciem schodzi ona poniżej poziomu odgryzających sobie nawzajem głowy jaskiniowców z kamienia łupanego na dwa zlodowacenia przed wynalezieniem maczugi i ogniska.

Na lotnisku próbowałem zmienić lot z „jutro rano” na „dziś wieczór”. Były dwie okazje. Okienko biletowe ustami rosyjskiej pani stukającej cały czas na klawiaturze komputera powiedziało:
„USD 1200 job twoju mać”. Moja reakcja emocjonalna była tak bezzwłoczna (pół czasu Plancka), że chyba to druga część wypowiedzi to moje myśli, które zapisały się w tym samym neuronie, gdzie reszta wspomnień z Rosji.
Podsumowując, bilet kosztował mnie 800$, a przebukowanie odcinka o parę godzin kosztuje 150% jego ceny. Tak! TYSIĄC DWIEŚCIE ZA TO CHCIELI!!
A były miejsca wolne – przynajmniej w tym drugim samolocie wieczornym. Wiem, bo siedziałem i patrzyłem, ile ludzi wchodzi.
Takie są europejskie porządki. Podobne dopychanie pasażerami wcześniejszych lotów to stała i DARMOWA praktyka wszędzie w okolicach Tajwanu i general nie Azji. U nas? Dowcip. Czyli odwrotnie niż z jedzeniem.

Lot z Maskwy do Warszawy odbył się już w lepszej atmosferze. Nie tylko dlatego, że na stoliku pojawiło się już coś co można nazwać jedzeniem dla ludzi…

ale też dlatego, że udało mi się wyromić (wycyganić) miejsce w klasie biznes: tadam!

Dobra. Koniec z przedłużaniem. Najważniejszy punkt programu w Polsce:

A drugą sprawą, która przywiała mnie do kraju potomków Mieszka I i Andrzeja Kmicica było to, kochani, że w końcu wydali mi książkę! Oto wiekopomne zdjęcie autora opromienionego chwałą, wspierającego swój żywot o stos jego własnych książek:

Generalnie historia jest bardzo prosta i świadczy o niesamowitym fuksie. Otóż moja książka jest o chińskiej sztuce wojny, o tym jak negocjować z Chińczykami i o tym jak Chińczycy planują i stosują podstępy. Dokładnie w dniach mojego pojawienia się w PRL BIS (dopóki byli działacze przestępczej PZPR funkcjonują przestrzeni publicznej, tak nazywać trzeba nasz kraj) pani premier Beata S. pojechała na dywanik do Maskwy.
Oczywiście to trzeba sprostować, co uczynię po schemacie starego sowieckiego kawału. Nie na dywanik tylko podpisać i nie do Moskwy (ani Brukseli) tylko do Pekinu. A podpisywała coś tam z tym jedwabnym szlakiem.
——————
Dygresja. Wbrew pozorom nie chodzi o to, że stowarzyszenie „Dzieci holokaustu” w kooperacji z ambasadą Nazistów (ciągle mi się mylą z Niemcami, chodzi o budynek przy Jazdów 12) i czym tam jeszcze… O! Wiem. Z Warszawskim Stowarzyszeniem Cyklistów) zrobili skansen upamiętniający polskie zbrodnie w Jedwabnem. Chodzi o to, że Chińczycy robią Jedwabny Szlak.
Czyli – i teraz już zupełnie na poważnie – robią sobie szlaki przerzutowe (to słowo słusznie kojarzy się z nowotworami, bo ich tzw. „jedzenie” też będą chcieli importować), ale tak naprawdę to będą korytarze chińskiej kolonizacji. W perspektywie dziesięcioleci, oczywiście. Więcej o tym mówiłem i piszę w całości na poważnie tu

——————–

Potem zaraz nasi reprezentanci udali się w tej samej sprawie Jedwabnego Szlaku do Brukseli. I tu nagle z nieba (a dokładnie iz Maskwy) spada im Pleban i gada coś tam o tej swojej książce. Rezultatem tej okoliczności, farciarskich zbiegów okoliczności i błyskawicznego refleksu z ich wyzyskaniem, dnia D + 9 mogłem wykrzyknąć „dzień dobry Polsko!” z TVP INFO, a konkretnie z – mam nadzieję – elitarnego programu Krzysztofa Skowrońskiego pt. 24 minuty

Wcześniej i później latałem tylko od redakcji do redakcji, od radia do telewizji, co poświadczam niniejszymi zdjęciami:

Telewizja śniadaniowa Dzień dobry, Polsko!:

Pogadanka z Witoldem Gadowskim w Radiu Wnet:

 Występ w Telewizji Republika

Kolejny program śniadaniowy Pytanie na śniadanie:

https://pytanienasniadanie.tvp.pl/32868765/piotr-plebaniak-wsrod-tajwanskich-aborygenow

 

I audycja z Marcinem Wolskim – moim stwórcą, bo tyle [razy] jego powieści przeczytałem w podstawówce i liceum, że spokojnie mogę tak mówić. I powiedziałem mu to zresztą otwartym tekstem.

 

Polskie Radio Poznań…

 

Polskie Radio 24 kilka razy…

Sami widzicie, że nagle życie stało się prostsze. 

—————————–

Mój wiekopomny bestseler miał też nieco bardziej przyziemną historię budowania sławy. 
Oprócz Krula (Korwina-Mikkego), który książkę dostał osobiście oraz łaskawie nam wetującego prezydenta Adama Dudu, książkę dostali m.in.

 

Andrzej Mleczko, autor zresztą ilustracji zamieszczonych w książce:

Wojciech Cejrowski,

kilku posłów, ale przede wszystkim Paweł Kukiz


Tu taka dygresja, że Kukizom pomogłem przez złożenie podpisu pod wnioskiem o referendum ws. pseudo-azylantów. A w tym samym miejscu, gdzie ja składałem autograf

parę dni wcześniej była chryja: http://wmeritum.pl/antyfaszysta-wulgarnie-zaatakowal-dzialaczy-kukiz15-zbiorki-podpisow-referendum-ws-uchodzcow-szybka-reakcja-policji-wideo/185539


 

 

Ale nie ci powyżsi czytelnicy zadecydują o wszechświatowym sukcesie, jaki czeka mą książkę. Decydują czytelnicy szeregowi. To oni, wydawszy często ostatni grosz, niczym mrówki swoją królową wspierają finansowo autora, mantrując z nieugiętą wolą słowa Churchilla: będziemy czytać na plażach, będziemy czytać na lotniskach, na polach, na ulicach i na wzgórzach. Można zapewne dodać, że także w innych, mniej szlachetnych miejscach, takich jak kible, wanny oraz zatłoczone autobusy i tramwaje. A niech i tam czytają, byle kasa się zgadzała.

Oto tym, którzy ośmielili się jeszcze nie kupić mego dzieła,  wzór zadaję przed oczy w postaci najwierniejszej czytelniczki szeregowej…

oraz Jerzego Bralczyka, któremu książka ta jak i poprzednia do gustu przypadły wręcz przeogromnie.

Zanim powróciłem do mojej przybranej tajwańskiej ojczyzny, musiałem dopełnić dwóch obowiązków.

Wpierw, należało sprawdzić, czy książka jest na mieście. Otóż była:

 

A już na sam koniec, należało zapewnić zapas egzemplarzy opatrzonych świętym podpisem autora, co zwielokrotniało wartość pozycji, a samo posiadanie takiego egzemplarza czyniło dla nabywców wydarzeniem życia:

 

 

 

Po wspaniały starcie w Polsce, czeka nas podbój rynku chińskiego:

 

 

Jakże miłe jest uczucie, gdy życie chociaż na chwilę zdejmuje nogę z gardła. 

Ale z każdego pięknego snu człowiek się w końcu budzi i trzeba wracać do codziennej rutyny. Znakomicie obrazuje to poniższe zdjęcie. Postawiłem skuter na 20 minut w jedynym miejscu w okolicy, gdzie jest zasięg Interentu. W górach w wieczornej mgle.

Po zakończeniu sesji komunikacyjnej wracam… patrzę… a tu bydlę wielkości kciuka zrobiło piękną, w niemieckim porządku zaplecioną pajęczynę. Musiałem zdmuchiwać i gałęzią zwalać na ziemię (głupek wspinał się do góry, zamiast spieprzać po ziemi), żeby przywrócić ostatni stan spokojnego posiadania mojego pojazdu mechanicznego. 

 

 

UGH! Idę pisać następną książkę! A wy… do księgarni!! 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.