Wielka zsyłka na Syberię – cz. 2 "UFO Crashsite"

Część pierwsza tutaj

Niestety w Związku Zdradzieckim ver. 2.0, czyli Federacji Rosyjskiej, panuje korupcja, rozbestwiona dodatkowo wieścią o klęsce programu antykorupcyjnego PIS.
Władze miasta Wanawara dostały kasę na organizację przelotów turystycznych, ale ją roztrwonili i pozapisywali samych siebie na te przeloty.
Wiem bo byłem tego świadkiem jak czekałem w biurze urzędu miejskiego.

Ofiarą bezpośrednią byłem ja, oraz taka jeszcze jedna Rosjanka, co też przyleciała zobaczyć miejsce katastrofy UFO .
Na zdjęciu: koczujemy przy biurze lotniska aby załapać się na jakikolwiek lot, jak tylko burdel celowo zrobiony przez lokalną administrację się wyjaśni.


Ogólnie dzwonienie w Rosji i ogólnie interakcje społeczne nacechowane są dużym stopniem ryzyka:
Niech o tym świadczy poniższa rozmowa telefoniczna:

Nowemu Ruskiemu dzwoni komóra:
– Cześć Wasia, jak interesy?
– Wiesz co, może ja oddzwonię, jestem na cmentarzu – mówi Wasia.
– Ty, k***wa, KTO CIĘ KROPNĄŁ?!

Po interwencji i bieganinie przygarnęła mnie jedna z grup lecących wyczarterowanym
helikopterem.
Lecieliście kiedyś kochani ruskim śmigłowcem??? 

 

 

 


Napatoczyłem się oczywiście na Polaków. W sumie nic dziwnego, skoro 1/3 narodu na emigracji.


Na tej ławce na zboczu pagórka jest ławka. Na ławce siadywał, ów naukowiec Kulik, który badał okolicę w latach dwudziestych XX wieku. Siadywał i myślał sobie: „aaa nie chce mi się robić. Posiedzę tak sobie.”

 

A to cel główny całego wyjazdu. Czytam książkę Astronauci Stanisława Lema, która to książka była inspiracją dla całej wyprawy. W tle miejsce które 100 lat wcześniej miało zaszczyt hostować słynne wydarzenie astronomiczne.


Dokładnie 7.17 rano czasu miejscowego, dnia 30 czerwca 2008! Czyli co do sekundy 100 lat po wydarzeniu!

Tak, wiem, że byście chcieli teraz jakiś śmieszny filmik z Youtube, ale mam to w dupie. W Polsce spada czytelnictwo i zmuszę was teraz do przeczytania kawałka książki.
Tak więc, niczym Syzyf głaz, przytaczam Wam odpowiedni fragment z Lema:

—————————–

Rozdział 1 Bolid syberyjski

30 CZERWCA 1908 roku dziesiątki tysięcy mieszkańców środkowej Syberii mogły obserwować niezwykłe zjawisko przyrody. Wczesnym rankiem tego dniu pojawiła się w niebie, oślepiająco biała kula, która z nadzwyczajną szybkością mknęła z południowego wschodu na północny zachód. Widziana była w całej guberni jenisiejskiej, rozpościerającej się na przestrzeni z górą pięciuset kilometrów. W strefie jej przelotu dygotała ziemia, dzwoniły szyby, tynk opadał ze ścian, mury się rysowały, zaś w miejscowościach odleglejszych, gdzie bolid nie był widoczny, słyszano potężny łoskot, który wywołał powszechne przerażenie. Wielu ludzi sądziło, że nadchodzi koniec świata; robotnicy w kopalniach złota porzucili pracę, trwoga udzieliła się nawet zwierzętom domowym. W kilka chwil po zniknięciu ognistej masy podniósł się za horyzontem słup ognia i nastąpiła poczwórna detonacja, słyszalna w promieniu 750 kilometrów.
Wstrząs skorupy ziemskiej zarejestrowały sejsmografy wszystkich stacji Europy i Ameryki, a fala powietrzna, wywołana wybuchem, posuwając się z szybkością dźwięku, dotarła do odległego o 970 kilometrów Irkucka po godzinie, do Poczdamu, odległego 5000 kilometrów, po 4 godzinach 41 minutach, do Waszyngtonu po 8 godzinach, i wreszcie w Poczdamie spostrzeżono ją ponownie po 30 godzinach 28 minutach, gdy obiegłszy dokoła kulę ziemską wróciła po przebyciu 34 920 kilometrów.
Podczas najbliższych nocy pojawiły się w średnich szerokościach Europy samoświecące obłoki o niezwykłym, srebrnym blasku, tak silnym, że uniemożliwił niemieckiemu astronomowi Wolfowi w Heidelbergu fotografowanie planet. Gigantyczne masy rozproszonych cząstek, wyrzucone eksplozją w najwyższe warstwy atmosfery, dotarły po kilku dniach do drugiej półkuli. W tym właśnie czasie astronom amerykański Abbot badał przejrzystość atmosfery i zauważył, że pogorszyła się ona znacznie z końcem czerwca. Przyczyna tego zjawiska była mu podówczas nie znana.
Mimo swych rozmiarów katastrofa w środkowej Syberii nie zwróciła uwagi świata naukowego. W guberni jenisiejskiej krążyły przez pewien czas fantastyczne wieści o bolidzie; przypisywano mu to wielkość domu, to nawet góry, opowiadano o ludziach, którzy widzieli go rzekomo po upadku, miejsce to jednak przenoszono zazwyczaj w opowiadaniach daleko poza granice własnego powiatu, sporo pisano też w gazetach, lecz nikt nie przedsięwziął poważniejszych poszukiwań i powoli cała historia zaczęła przechodzić w niepamięć.
[…]
Opuściwszy okolice zamieszkałe, po wielu tygodniach uciążliwego marszu przez tajgę wyprawa weszła w strefę wiatrołomu. Las leżał powalony wzdłuż drogi meteoru na przestrzeni stu co najmniej kilometrów: Kulik pisał w swoim pamiętniku: ?Nie mogę wciąż jeszcze ogarnąć ogromu tego zjawiska. Silnie wzgórzysta, górska niemal okolica; rozciągająca się na dziesiątki wiorst hen, w dal za horyzont? Na północy białą warstwą śniegu okryte góry nad rzeką Chuszmo. Stąd, z naszego punktu obserwacyjnego nie widać ani śladu lasu: tajga powalona, dziesiątki tysięcy wyrwanych z korzeniami i rzuconych na zmarzłą ziemię osmalonych pni, a wokół wielokilometrowym pasem wyrosły młodniak, przebijający się ku słońcu i życiu? Zdumienie ogarnia, gdy widzi się trzydziestometrowe olbrzymy leśne leżące pokotem, z odrzuconymi ku południowi wierzchołkami? Dalej, w głębi krajobrazu zarośla przechodzą smugami w ocalałą tajgę i tylko na szczytach dalekich wzgórz występują białymi piętnami miejsca ogołocone z drzew.?
Wkroczywszy w strefę wiatrołomu, ekspedycja przez wiele dni szła wśród powalonych i nadwęglonych pni drzewnych, zaściełających torfiasty grunt. Wierzchołki leżących drzew wciąż wskazywały na południowy wschód, stronę, z której przybył meteor. Wreszcie 30 maja, w cały miesiąc po opuszczeniu faktorii Wanowary, osiągnięto ujście rzeki Czurgumy, u którego rozbito trzynasty z kolei obóz. Na północ od obozu znajdowała się rozległa kotlina, otoczona amfiteatrem wzgórz. Tutaj po raz pierwszy spostrzegła wyprawa promienisty obwał lasu.
?Zacząłem krążyć ? pisał Kulik ? po górskim cyrku wokół wielkiej kotliny na zachód; przechodząc dziesiątki wiorst nagimi grzbietami wzgórz, a wiatrołom leżał na nich wierzchołkami na zachód. Ogromnym kręgiem obszedłem całą kotlinę ku południowi, a drzewa, jak zaczarowane, także skierowały wierzchołki ku południowi. Wróciłem do obozu i znów szczytami ruszyłem na wschód ? a drzewa leżały tutaj zwrócone na wschód. Natężyłem wszystkie siły i raz jeszcze wyszedłem ku południowi po górskich szczytach; leżące pnie zwracały wierzchołki ku południowi. Nie było już wątpliwości: obszedłem wkoło miejsce upadku! Ognistą bryłą rozpalonych gazów i materii uderzył meteor w dolinę z jej wzgórzami, tundrą i moczarami. Jak struga wody, bijąc w płaską powierzchnię, rozsiewa promieniście bryzgi na wszystkie strony, tak strumień rozpalonych gazów położył las na obszarze dziesiątków mil, wywołując ten straszliwy obraz zniszczenia.?
W tym dniu uczestnicy wyprawy byli przekonani, że największe trudności są już za nimi i rychło ujrzą miejsce, w którym gigantyczna masa zderzyła się ze skorupą ziemską. Nazajutrz ruszyli w głąb kotliny. Marsz przez miejscami tylko powalony las był żmudny i niebezpieczny. Zwłaszcza w pierwszej połowie dnia, kiedy wiatr się wzmagał, idącym wśród martwych; odartych z komarów pni groziło przywalenie, bo drzewa padały z przeraźliwym łomotem to tu, to tam, bez żadnych oznak ostrzegawczych, nieraz w pobliżu wędrowców. Trzeba było nieustannie wpatrywać się w ich szczyty, aby w porę uskoczyć, a jednocześnie zwracać pilną uwagę na ziemię, bo w tundrze roiło się od żmij.
We wnętrzu kotliny otoczonej amfiteatrem łysych pagórków ujrzeli uczestnicy wyprawy wzgórza, równinne tundry, moczary, rozlewiska i jeziora. Tajga leżała równoległymi rzędami nagich pni, zwróconych wierzchołkami w różne strony, a korzeniami wskazujących środek kotliny. Powalone drzewa nosiły wyraźne ślady ognia, który zwęglił drobniejsze gałązki, a większe gałęzie i korę osmalił. W pobliżu środka kotliny, pośród strzaskanych drzew odkryto znaczną ilość lejów o średnicy od kilku do kilkudziesięciu metrów. Tyle tylko stwierdziła pierwsza wyprawa, która musiała natychmiast zawrócić z powodu braku żywności i wyczerpania uczestników.
——————————–

 


Jak wiemy z doświadczenia. Nie, stop! Ci z co wiedzą to utonęli.
Ok, powiem: chodzenie po bagnach wciąga!!


I dojście do miejsca, gdzie jest choć trochę sucho, może okazać się problematyczne.


A to nie jest chatka Puchatka, ani inny domek na jednej nóżce!
To spichlerz na palach. Na palach po to, żeby niedźwiedź nie zeżarł wszystkiego jedzenia.

 

 

A to jeden z już nielicznych pozostałości po katastrofie. Wyrwane z korzeniami drzewo, w ciszy tajgi czekające na to, aż czas usunie je spośród traw .


A to ścieżka przez grzęzawisko.

 

 
 


Aha, jestem sławny.
Ruska telewizja zrobiła o mnie i o mojej wyprawie całkiem przyzwoity reportażyk.
Wiecie: wywiady, autografu, wizyty w zakładach pracy…


A to jeszcze jedna pozostałość po katastrofie – drzewo opalone wybuchem od jego (tj. wybuchu, przyp. redakcji. Staramy się zachować oryginalną strukturę zdań pana Plebaniaka już to dlatego, żeby przyszłym pokoleniom zostawić schedę możliwie zbliżoną do oryginału, ale przede wszystkim dlatego, że na poprzednie redakcyjne uwagi autor zareagował ostatnio atakiem szału podobnym do Hitlera
strony.

Jeszcze od redakcji, pisząc o ataku Hitlera mieliśmy na myśli coś takiego:

A to mapa okolicy obejmując obszar 30 x 30 km. Dodałem do zdjęcia kompas, żeby wystylizować je na jakąś snobistyczną ekspedycję. Wygląda wieśniacko.

 

 


124:
Wystartowaliśmy naszym śmigłowcem


I uzbrojeni po zęby…

no images were found


lecieliśmy ponad terenem opanowanym przez predatora.


A tu dopisało mi szczęście. Helikopter się spóźnił – i goście, którzy mieli wyczarterowany własny odrzutowiec dali mi tylko 20 minut na pojechanie do domu, gdzie mieszkałem i zabranie drugiego plecaka.

bttf

gazu

Po drodze biegłem i udało mi się zatrzymać autostop, który zawiózł mnie do domu, a potem znowu na lotnisko. Dodatkowym bonusem był ten gość – on na własne oczy widział Kuliga, gdy był małym dzieckiem. Kulik (to ten naukowiec, który pierwszy dotarł do miejsca eksplozji) mieszkał w jego domu, gdy w Wanawarze było zaledwie kilka drewnianych chat w latach dwudziestych XX wieku.

 

Na samolot spóźniłem się! Już dawno pozamykali włazy i akurat rozgrzewali silniki.
Obsługa mnie z lotniska wyprosiła i kazała czekać na zewnątrz.
Jednak zdarzyło się coś nieoczekiwanego. (Prawdopodobnie na prośbę pasażerów) pilot wyłączył silniki i nagle masa ludzi zaczęła mi kiwać, żebym brał fanty pod pachę i za***dalał do samolotu, którego właz w międzyczasie się otworzył.
Jeszcze w międzyczasie chcieli mi wypisać bilet, ale pod presją pośpiechu zrezygnowali.
A tutaj już

 


Tak więc wziąłem co moje w łapy i jeszcze strzelając z biodra fotki dla uwiecznienia tego wiekopomnego zdarzenia, poturlałem w stronę samolotu!!


Tak więc wreszcie przeleciałem się własnym prywatnym odrzutowcem!!

A to dworzec kolejowy w Krasnojarsku, czyli koleją ciągniemy dalej na wschód.


Część 3 tutaj

One thought to “Wielka zsyłka na Syberię – cz. 2 "UFO Crashsite"”

  1. Przyroda na zdjęciach jest piękna! Zazdroszczę Ci wyprawy.

    PS. Jak wygląda w Rosji sprawa zabezpieczenia się przed niedźwiedziami? Czy jest ich na tamtych terenach sporo?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.