Ameryka cz. 10 – Boliwia: Droga, z której się nie wraca

Po komediowym epizodzie na granicy

Stolica Boliwii – La Paz


czas nadszedł na główną atrakcję turystyczną Boliwii. Jest nią Najniebezpieczniejsza droga świata


Obecnie drogą tą jeżdżą tylko turyści na rowerach.

Zjazd zaczyna się w wysokich górach
(po lewej nowa droga, po prawej stara – nie używana)


i po asfalcie.

.
Szybko jednak zaczyna się robić gorąco – niestety w przeciwieństwie do pozostałych zjazdowiczów, na mnie takie przepaście nie robiły wrażenia – za dużo ich na Tajwanie.

Bum! To jest najsłynniejsze miejsce!


Historia wygląda tak: jeszcze w latach osiemdziesiątych XX wieku ta droga była jedynym połączeniem połowy kraju na wyżynach 4000m. n.p.m. z drugą połową na wschodzie, pokrytą dżunglami dżunglami. Ruch był duży – Autobusy jeździły jeden po drugim. Nie muszę chyba dodawać, że były nabite ludźmi, kozami, świniami i bagażami aż po wywietrzniki w suficie. Dokładnie jak na powielających fałszywe stereotypy filmach.

Jak taki autobus wpadł w przepaść, to minimum 100 osób leciało w kosmos.
Na początku autobusy eksplodowały przy zderzeniu z dnem przepaści i robił się grill z pięciu gatunków mięs, w tym jedno nieco słonawe. Ale pod koniec stos spadłych pojazdów sięgał krawędzi, więc kolejne autobusy po prostu łagodnie się staczały. Dzięki temu skoczyła też przeżywalność pasażerów.
ALE!…. tylko teoretycznie i chwilowo! Bo nowo spadli byli pożerani żywcem przez tych, co przetrwali wcześniejsze wypadki, zdążyli już zadomowić się na dole, pobudować chaty, wioski i stworzyć tym samym popyt na wysokokaloryczne posiłki mięsne.
Tak to wygląda w ruchu:

Downhill on the Death Road, Bolivia

Downhill on the Death Road, Bolivia – jul/2011 Filmed with a GoPro HD.



Z materiału filmowego dobitnie wynika, że autobusy musiały spadać w przepaść częściej niż przejeżdżać bezpiecznie. Mijanie polegało na tym, że kierowcy negocjowali który się cofa do nieco szerszego miejsca.
.
.
Zawsze na mnie musi trafić. Poszła mi opona. Organizator ma 2-3 zapasowe rowery, więc zamiana poszła jak na wyścigu pokoju skrzyżowanym z F1.

Po zakończeniu zjazdu dostaliśmy darmowy (wliczony w cenę) posiłek w przytułku dla zwierząt.
Oto lokalny pieszczoch – papuga! Nastawiała się do czochrania jak kot po tygodniu niegłaskania.


A teraz idziemy do lokalnej wersji parku jurajskiego – stąd fosa!

Proszę bardzo: dalecy krewni najstraszliwszego, najgroźniejszego potwora, jaki stąpał po powierzchni Ziemi.


Chociaż, następne zdjęcia zostały zrobione w tym samym miejscu, na wszelki wypadek wyjaśniam: nie zacząłem nagle wstawiać kadrów z obrad sejmu RP.

Ponownie na wszelki wypadek napominam. To nie jest zdjęcie z debaty sejmowej.


Na zakończenie: droga powrotna już nie na rowerach, bo pod górę.
Ponownie w słynnym miejscu najczęstszych stoczeń się autobusów:

I to tyle!
Sprostowania bredni z gazet i stron internetowych firm turystycznych:
– nie widać żadnych wraków,
– nikt teraz tamtędy nie jeździ oprócz napalonych turystów,
– nie ma żadnych lasów krzyży – 2-3 sztuki i to wszystko,
– z tymi wioskami ludożerców żartowałem.


Cz. 11 – Tam gdzie droga traci swą szlachetną nazwę (Boliwia)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.