Ameryka cz. 9 – NO A LA CORRUPCION!

Korupcja w Ameryce Południowej to częste zjawisko – zupełnie jak deszcze na planecie Kwinta.*
Ot, taka lokalna specyfika.

* – miłośnikom SF redakcja gratuluje odgadnięcia z której to powieści. Pozostałych zachęcam do przeczytania dzieła, którego domniemanym bohaterem jest pilot Pirx.

Żeby ludzie przestali się korumpować (bo to nieładnie), wszędzie przy drogach malowane są hasła „NIE DLA KORUPCJI!”

Dlatego, gdy doszło do incydentu, byłem wniebowzięty.

Tak wygląda granica Peru i Boliwii: stadion XX-lecia.

Epizod 1: PERU. (Bez zdjęć)
Wchodzę do nory celników. Jeden gość mnie bierze do osobnego pokoju. Aha! To już wiadomo co się szykuje! Na szczęście Adaś pożyczył mi jeden ze swoich dyktafonów.
Wykładam celnikowi przed nos jak pasjasa jeden po drugim wszyściutkie dokumenty mojego motoru – są w 100% w porządku: ubezpieczenie, rejestracja, świadectwo własności, odprawa warunkowa przy wjeździe.
Celnik wygląda jak 200-procentowy stereotyp skorumpowanego urzędnika: spasiony, niski łysiejący pod pięćdziesiątkę. Oczywiście miał też obfite wąsiska a la Saddam Hussain. Ideał.
Gdyby czytał niniejszy tekst jakiś reżyser, to mówię: jedź pan tam i bierz tego gościa do roli świńskookiego skorumpowanego urzędnika z Ameryki Południowej.
OK, celnik przygląda się papierom po kolei i mruczy z zadowoleniem: listo… listo.
[to znaczy po hiszpańsku „super, wspaniale”, odpowiednik „świetnie”, albo lemowego „cudownie mi się dzieje” z Cyberiady. Słowo „listo” to stało się jednym z moich ulubionych „zaklęć” do poprawy humoru, w czym wydatnie pomógł epizod ze sprzedażą motoru. Inne „zaklęcia” to na przykład „NEVER GIVE UP! NEVER SURERNDER! z filmu Galaxy Quest.

Never give up! Never surrender!

The great message of Galaxy Quest: Never give up! Never surrender!

Ok, wracamy do celnika. Mruczy gość te swoje listo i ciągnie dalej zadowolonym tonem: „listo…. ahora necesito pokito dinero.”
[to znaczy: „teraz potrzeba trochę pieniążków”]

Gość się zupełnie nie zraził tym, że wszystko ok! Zapobiegawczo poinformował przyjezdnego w kwestii niezakłóconego obowiązywania lokalnych zwyczajów. Rozczuliłem się.  Spytałem, czy nie przeszkadza mu waluta kraju za miedzą. Chwilę wcześniej całą kasę wymieniłem na boliwijskie – choć byłem jeszcze po stronie Peru. Odpowiedział, że nie… absolutnie nie ma żadnego problemu.

To i dostał banknot ościennego kraju na pamiątkę i wszyscy zakończyli spotkanie uśmiechnięci!

HA HA HA! Ani wcześniej ani później nie uczestniczyłem w zdarzeniu korupcyjnym, więc wspomnienie bezcenne – choć kupione za konkretną sumę.
Zajebista scena.

Po niej przyszedł czas wjazdu do Boliwii:
Wygląda ona trochę jak Stadion X lecia przed remontem. To jest most na ziemi niczyjej między granicami:

EPIZOD 2: Boliwia
Tak wygląda stanowisko pracy celnika. W tle po prawej komoda Ludwika XIV. ALE NIE IMITACJA, tylko rzeczywiście należała do króla Francji/Francuzów. To ulubiony gadżet celnika – kupił okazyjnie za 5 mln USD uzbieranych z mozołem ze skromnej pensji za poprzedni tydzień.

Akurat w chwili robienia zdjęcia rzucił się w pościg za kobieciną przetaczającą furę z towarem bez przyzwolenia… ale nie wyprzedzajmy faktów!

Na zmianie pracuje jedna osoba, żeby celnik miał swobodę ruchu – celowo dwuznaczne sformułowanie. A może dlatego, że pod koniec dnia ma kieszenie tak wypchane kasą, że drugi człowiek w pomieszczeniu się nie mieści.
On zajął się wypełnianiem etapami dokumentu odprawy mojego pojazdu, a ja stałem w kącie, robiłem cichaczem zdjęcia, śmiałem się w kułak i trząsłem ze śmiechu.

Co chwila wchodził ktoś ze sprawą. Tu jest na przykład wielka wiejska baba z Peru, która chciała przepchnąć wózek towaru. Na żywo wydawała się szersza niż wyższa – w czym dodający wysokości kapelusz nic nie zmieniał

Nie miała dobrego kontaktu z celnikiem, bo stała i stała, a gość ją ignorował. W międzyczasie przyjmowani byli inni interesanci.

Pan na zdjęciu widać znał celnika, bo tylko mignęło coś z rączki do rączki (ledwo zauważyłem, bo ustawili się kieszeniami do siebie, a celnik na tą okazję na chwilę wstał), powiedzieli sobie „dzień dobry” i wyszedł.
Potem do baby dołączyła druga baba. Prawie taka sama. Bliźniaczka?

Zaczęły się z nim chandryczyć na zmianę z żebraniem o litość. Jedna chyba nawet sparafrazowała taksówkarza z Total Recall: Mam piątkę dzieci na wykarmieniu. Natomiast w chwilę wcześniej, gdy obie baby na chwilę znikły, wszedł inny facet i bez żadnego wyczucia cham jeden położył na skraju blatu przysłowiowe dwie dychy i chciał wyjść… Ale się celnik wkurwił na taki brak finezji! Nakrzyczał coś że facet ma wracać do tego swojego Peru razem ze swoim majdanem! Objechał go tak coś z minutę, i gość stulił po sobie uszy i wyszedł szurając smutno kapciami.

W międzyczasie gruba pani wyszła i najwyraźniej zawróciła do Peru… Ale nie! Ktoś wchylił się przez drzwi (tzn. stał na zewnątrz, ale na czas składania raportu sytuacyjnego górną część ciała miał w środku) i dał celnikowi cynk, że gruba pani wzięła granicę szarżą i jest „na tyłach”, gdzie sieje zamęt i zniszczenie (tzn. właśnie znika w jakiejś bocznej alejce).
Na to celnika wyprostowało jak po zeżarciu ogórków i zapiciu mlekiem…  i bum! Znikł ruszywszy galopem w dziką pogoń.

 

Ja niestety się nie popisałem. Ilość i jakość zdarzeń sprawiła że stałem jak oczarowany z otwartą gębą chłonąc koloryt pracy celnika. Gdy zakontaktowałem, zrobiłem zdjęcie pustego stanowiska pracy i wyszedłem, ale gość już wracał – co widać na poniższym zdjęciu: biała czapka, hen hen daleko.

Na zakończenie dał mi wypełnione i podpieczętowane papiery i – o dziwo – nie chciał łapówy. Wiem, bo jestem grzeczny i sam zapytałem, czy chce. W związku z tym podziękowałem mu za obsługę i powiedziałem, że aby pokrakać jak miejscowe wrony, między które wszedłem, dam mu kasę z Polski. Dostał 10 zł z Bolesławem Prusem z 1983 roku i bardzo się ucieszył.

Koniec.

NO A LA CORRUPCION!!!!


cz. 10 – Droga, z której się nie wraca

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.