Cz. 4 Epizody na pustyni Atacama

To jest mój nowy motor. Postanowiłem przetestować produkt chiński.
W sumie nie było źle – dojechałem do mety po 15 tys kilometrów.

Nippońska Yamaha w Australii rozwaliła się po 13 tysiącach, ale była używana, dodać trzeba – w chwili zakupu miała 15 lat.

Chile i gwiazdy (początek podróży)

Pierwszym punktem programu była wizyta w polskim obserwatorium astronomicznym w Las Campanas:

Ta antena powyżej jest tylko antena komunikacyjna zapewniająca wysokie morale załogi teleskopu. Służy do zamawiania pizzy z najbliższego miasta oddalonego o 200km)

Tak wygląda centrum sterowania jednym z amerykańskich teleskopów, które tam stoją i wykrywają nadlatujące ufoloty, meteory oraz promy kosmiczne z Brusem Willisem szukającym ropy. Wielu z Was pewnie przeoczyło to połączenie – be względu na kompetencje astronautyczne NASA wysłała w kosmos najlepszego dostępnego poszukiwacza ropy. Następnym razem ściszcie patetyczną muzykę w stylu „God bless America”!

A tak wygląda polski teleskop od środka:

A tak od zewnątrz:

Cała wycieczka udała się dzięki uprzejmości miejscowego rezydenta – capo di tutti capi polskiej astronomii!

Inne epizody:

Podróż drogą wzdłuż wybrzeża wyglądała DOKŁADNIE TAK JAK MOJE WYOBRAŻENIA WYKREOWANE NA PODSTAWIE PATRZENIA NA MAPĘ W ATLASIE: klifowe wybrzeże opadające do morza

… przy akompaniamencie zachodu słońca.

I biwak nad brzegiem pacyfiku

W oczekiwaniu na tsunami zrobiłem rozbieraną sesję zdjęciową fal

„taaaak, świetnie… teraz powoli zdejmij bluzkę i uśmiechaj się….

… a teraz sam zdejmij spodnie, baranie, bow mokrych nie będziesz chyba żarł kolacji. Tak kończy nieostrożny fotoreporter wojenny!

A tak wygląda śniadanie podróżnika – buła z serem i kakao.

 

Obwośny lekarz:

W Chile co prawda nie ma prawdziwej cywilizacji (prawdziwa jest tylko aryjska, jak głosi nauka Rzeszy!) ale starają się jak mogą. Oto przenośna przychodnia – barakowóz ginekologiczny. Takie konwoje w Chile jeżdżą od miasteczka do miasteczka.


Epizod z drogi

Wrak spalonej ciężarówki, w który o małego słonia nie wjechałem, bo stał na środku pasa.

I kilka fotek z trasy – przez setki kilometrów jechało się albo wybrzeżem, albo trochę w głąb – gdy wybrzeże było niedostępne.

W jednym miejscu wymienili mi oponę, która załapała purchla – telepałem się z nim ponad 100 km. Następna możliwość wymiany za kolejne 400 km.

Restauracja w miasteczku dla kierowców.


Ta pani przyrządza mi rybę – w sprytny sposób uderza w nóż kamieniem!

Ale najlepsza niespodzianka była w sali jadalnej


Na kalendarzu moim zdumionym i właśnie przecieranym oczom ukazuje się budynek TAIPEI 101 – słynny tajwański wieżowiec!

Peru: droga zawiewana przez piasek z pustyni piaskowo-djunowej.

 

Baquedano

Słynne chilijskie miasteczko o historycznym znaczeniu.

Odwiedzającym Chile polecam muzeum kolei – wstęp wolny. Można do woli łazić po lokomotywach.

 

Namiot rozbiłem niedaleko odkrywkowej kopalni żwiru.

.

Wizyta w kopalni Santa Maria

W pewnym momencie droga nie dała dalej iść wybrzeżem – asfalt skierował się w głąb lądu.

Nie ma tego złego… potem wróciłem i tłukłem się po wertepach przy oceanie, ale póki co zajechałem trochę w bok do terenu z licznymi kopalniami.


Trafiłem na taką pilnowaną przez jednego górnika – reszta załogi pojechała akurat tego dnia do najbliższego miasta – tzn. zasypanego pyłem miasteczka z 30 blaszanych domków.
Tu dostaję na pamiątkę kawałki rudy – przytargałem je ze sobą!

Potem dostałem ciepły posiłek


I zostałem oprowadzony po kopalni i okolicy. Poniżej ich ogródek, w którym hodują pomidory. Te nędzne i żałosne na wpół zasuszone pędy to jedyne rośliny w promieniu dziesiątek kilometrów, a zarazem powód do dumy dla podlewających je górników.


Tak wygląda ich prysznic – mój pierwszy od 4 dni!

A tak spiżarnia:

Bardzo miło wspominam te chwile. Goście żyją tam sobie i ciężko pracują w całkowitym odcięciu od cywilizacji! Założę się, że ci górnicy to byli komandosi, słynni szpiedzy i inne tego typu pustacie, kryjące się przed MOSAD-em i innymi agencjami z syndromem niewygasającej pamięci.

Bo do tej kopalni trzeba było kawałek pobłądzić – nie myśleliście chyba że zatrzymam się gdzieś tam przy samym asfalcie?

To było nawet nad chmurami! Fantastyczny widok. Zdjęcie nie oddaje klimatu.

Szosa na skraju oceanu

A tu już wróciłem na szlak nadmorski…
Przy drodze leżało to coś – do dziś budzę się po nocach rozmyślając co to miało znaczyć.


Wyjazd z trasy nadmorskiej był top-adventure.
Okazało się, że mapa kłamie (jej zdjęcie zrobiłem z ręki innych zagubionych – młodego małżeństwa z miasta Antofagasta.

Okazało się po pewnym czasie błądzenia, że trzeba było pojechać taką jedną straszliwie zagruzowaną drogą pod górę.

Dopiero po jakimś czasie droga zaczęła wyglądać na przejezdną, a w końcu stało się w miarę jasne, że prowadzi dokądś!

Czyli do asfaltu. Zanim to się jednak nie stało – zaliczyłem piękną przełęcz o zachodzie słońca. Kolory gór były tak niesamowite, że co chwila robiłem zdjęcia.

A na sam koniec – rafineria już po zmroku.

 

Gejzery i San Pedro de Atacama

Cmentarz w porzuconej osadzie w drodze do San Pedro

To półka sklepowa w miasteczku u stóp Andów – San Pedro de Atacama

A tak wygląda droga do gejzerów Tanto. Miałem nadzieję na podróż przy słoneczku – pół dnia w jedną stronę. Ale w górach, jak to w górach, zrobiła się pogoda w kratkę. Słońce na zmianę z deszczem, śniegiem i gradem. A wyboje były pierwsza klasa.




Po dotarciu do celu – nagroda. Ser z bułą

A potem czekała mnie mordęga z drogą powrotną.




Pomoc górnika w Iquique

Droga do wybrzeża leciała jak strzał z lasera. Ale zanim się wyprostowała, czekała mnie przeprawa przez kręte góry – przy świetle księżyca w pełni. Dało się jechać z wyłączoną przednią lampą, co też uczyniłem. Wrażenie niesamowite.


W sklepie spożywczym pani właścicielka umyła moje menażki, a staruszka robiąca zakupy dała mi w prezencie jabco i pomidora.

Tradycyjnie wjechałem najwyżej jak się dało – żeby zobaczyć co jest na końcu drogi.

A na jej końcu byli goście, którzy siedzieli sobie przy drinku i sjestowali. Jak podeszli to już chciałem spierdzielać, ale okazało się, że są przyjaźni i w minuta osiem zostaliśmy super kumplami.

Naprawili mi bagażnik – tym razem już tak, że do końca podróży mi się nie rozwalił!

Ten motor musiał tak stać ze 20 lat – sądząc po korozji w tak suchym powietrzu. Na rączce wiszą gogle – NIKT ICH NIE DOTKNĄŁ PRZEZ TEN OKRES CZASU. Przynajmniej takie to sprawiało wrażenie.

 

Wizyta w kopalni

Po drodze zobaczyłem kopalnię tuż przy asfalcie.

Tak wygląda ich barak mieszkalny – cała ekipa to raptem 6-7 osób.

Pomyślałem sobie, że może jak poproszę, to mnie na chwilę wpuszczą.

Ale okazało się, że wolą spełnić moje skryte marzenie:


gość zabrał mnie na pół godziny zwiedzania

Pozwolili nawet pobawić się elementami spłonek elektrycznych i pomacać laski dynamitu – LEPSZE NIŻ CYCKI!
Niestety zdjęć nie pozwolił zrobić.


Koniec wycieczki!


A teraz – myk myk do sklepu z pamiątkami.

Przebierać wybierać. Facet specjalnie dla mnie rozwalił wielki głaz i wyszukał jak najpiękniejszy kawałek rudy!

Tak się uświnił aparat po całej tej wycieczce

A po całym dniu znowu w drogę – zachód słońca….

i biwak!

Następny wpis:

Cz. 5 – Starcie z oddziałem Chilijskiej armii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.