Kangurlandia – E.T. dzwoni do domu

Tragiczna awaria mojego pojazdu marki Yamaha sprawiła, że dalej trzeba było awanturować się na piechtę. Ta nie do końca pozytywna sytuacja nie zmusiła mnie jednak do przerwania podróży.

„NEVER GIVE UP! NEVER SURRENDER!” jak mówili słynni bohaterowie , których heroiczne czyny można obejrzeć w historycznym filmie dokumentalnym pt. Galaxy Quest.

Śmiało podążyłem więc ku mojemu celowi – do miejsca, skąd można się połączyć z kosmicznym korabiem pionierów ludzkości, pędzących ku nowym przygodom gdzieś tam w międzygalaktycznych próżniach. Mówiąc po ludzku – trzeba było zadzwonić po pomoc drogową.

A więc do rzeczy!

Stolica Australii – Canberra – skrywa na swoich obrzeżach galaktyczną tajemnicę.

Tajemnica jest tak tajna, że w ofertach wycieczkowych NIE MA ŚLADU po możliwości dostania się do miejsca, o które chodzi. Ani autobusu, ani wycieczki oferowanej w hostelu…. Innymi słowy: Aby dotrzeć na miejsce trzeba się było przebijać na dziko.

Tak więc po przeanalizowaniu danych nadesłanych przez Zwiad Satelitarny…

postanowiłem dostać się tam na przełaj przez busz i poprzez rzekę nieznanej głębokości, a potem przez pasmo wzgórz pokrytych chaszczami, dzikimi kangurami, jednym rysiem (nie zdążyłem zrobić zdjęcia, tak samo jak i lisowi), oraz innymi potworami, które obserwowały mnie z ukrycia.

Uszczęśliwiony perspektywą zbliżającej się przygody ruszyłem z kopyta.

— * * * —

Pierwsza niespodzianka tego dnia – ruchomy punkt sprzedaży biletów – na przystankach. Dobry wynalazek: nie idź do kasy, kasa przyjdzie do ciebie.

.

Druga niespodzianka. RPSB (Ruchomy Punkt Sprzedaży Biletów) poinformował mnie, że trzeba mi bilet tzw. tranzytowy – z przesiadką. Jednak kierowca a jednocześnie kontroler, u którego miałem takowy kupić kazał mi jednak zamknąć mordę, siadać i siedzieć cicho „bo mi się to nie opłaca”. Widać mój stan niedogolenia a la Robinson Cruzoe uczynił cuda.

.

Kolejny autobus wywiózł mnie na skraj publicznej sieci komunikacji miejskiej. Dalej na piechtę.

.

Gdzieś za tymi wzgórzami kryje się miejsce, do którego zmierzam.

.

Niestety kasa się Australijczykom skończyła w budżecie i nie wybudowali mostu. Byłem jednak tak zdeterminowany, że gotów byłem iść po dnie, jak dzielna piechota rosyjska w czasie walki z germańskim nejeźdźcą. Znalezionym drągiem sondowałem dno (ok. 1m od powierzchni). Ciężko będzie…

.

Na szczęście jednak dzięki pracy zwiadu wiedziałem, że dalej w dół rzeki jest jakaś wyspa albo coś. Taka okoliczność pozwoliłaby skrócić długość przymuowej bądź co bądź kąpieli związanej z przeprawą. Postanowiłem zainwestować w spacer i pójść w kierunku rzeczonej wysepki widocznej na mapie satelitarnej.

Po przedarciu się przez nadbrzeżne chaszcze

(niektórzy lubią chodzenie w płaszczach, inni płodzenie w chaszczach, a ja lubię chodzenie w chaszczach)

dotarłem do upragnionego brodu – a w tym wypadku do progu skalnego, przez który rzeka się przeciskała.

.
Dało się przez to przejść suchą stopą – skacząc z kamienia na kamień. Ha!
.

Następnie przyszła kolej na wspinaczkę po ścieżkach wydeptanych – o pardon – wyskakanych przez kangury. Były niezwykle płochliwe i musiało ich być całkiem sporo – co parę minut tylko słyszałem oddalające się odgłosy skoków.

.

.

Tak to wyglądało z 1/6 drogi.

.
A tak wygląda prawdziwy australijski busz – kamienisty grunt z powyrastanymi dość często drzewami.

Okazało się, że wokół miejsca do którego zmierzałem, ktoś wcześniej koczował i się czaił. Być może to obcy, liczący na skorzystanie z emergency phone wybudowanego w pobliżu.

.

Na wszelki wypadek udokumentowałem szczątki biologiczne:

Ale będzie numer, gdy jeden z czytelników, profesor nauk przyrodniczych, stwierdzi, że takiej kości nie miało żadne zwierzę jakie kiedykolwiek chodziło/stąpało po powierzchni ziemi.

A cały ten trud po to aby….

dotrzeć do DEEP SPACE COMMUNICATION COMPLEX – czyli do zarąbistej anteny nadawczo-odbiorczej!

Pierwsze spojrzenie…

i z połowy zbocza pokrytego buszem i kangurami

A tu proszę – jak zwykle mimo piętrzących się trudności dotarłem na miejsce. SUKCES!

W muzeum przylegającym do anteny można było zobaczyć żarcie kosmonautów

oraz kamień księżycowy (kupiony na eBayu)

A także dowiedzieć się różnych rzeczy o tej wspaniałej antenie.

Oraz nażreć się niedosmażonych frytek w restauracji z widokiem na antenę.

Wokół kompleksu, na przynętę dla obcych rozstawiono krowy,

które zgodnie z licznymi świadectwami rozżalonych amerykańskich farmerów, są ulubionymi ofiarami porwań przez UFO.

.

I tym humorystycznym akcentem kończę.

.
Następny odcinek:
Kangurlandia – Epilog

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.