Kangurlandia 9 – Noc w kraterze i krater w nocy

W tym rozdziale: Niczym w dziewiętnastowiecznej powieści nasz bohater osiągnie środek czasoprzestrzenny swojej podróży. Spędzi noc w największym kraterze w Australii. Ponadto o nocnych spacerach i co z tego wynikło.

Noc w kraterze położonym* 100 km od najbliższych siedzib ludzkich stała się historyczną koniecznością z uwagi na zainteresowania astronomiczne piszącego te słowa.

———
* e tam „położonym”. Ktoś go pierdzielnął z przytupem aż kangurom i tubylcom gacie pospadały w promieniu 1000km!!

Otóż na zachód od miejscowości Alice Springs, 124 miliony lat temu (się znowu spóźniłem i moja podróż to musztarda po obiedzie)

w znękaną nadmierna rządami PO Ziemię przywaliła kilometrowa asteroida.

Zrobił się wielki huk, ziemia zadrżała i wypiętrzyła. Zwierzęta zmieniły się w parę (te stojące najbliżej) lub na własnych nogach oddaliły się od miejsca katastrofy. Możliwe są też oczywiście stadia przejściowe między tymi alternatywami, np. lot odepicentryczny krwawych przemielonych szczątków.

Ale do rzeczy: Ten zarąbisty krater, zwany Goosses Bluff, oddalony jest ok 200km od najbliższego miasta.
Chętnemu odwiedzić to odludne miejsce na przeszkodzie staje droga.

Do pokonania jest ok 50km drogi pełnej piachu, wybojów typu „falka” i słońca walącego po oczach prosto znad horyzontu.

…choć z drugiej strony wyglądać to może fajnie…

to jednak zapewniam, że jazda w takich warunkach jest KOSZ-MA-REM.
Jeszcze przez kilka godzin ciemności ćmiło mi się w oczach od patrzenia w kierunku słońca.

.

Dla wytrwałego czeka jednak nagroda. Zza horyzontu powoli zaczynał ukazywać się cel podróży – fajowy krater po meteorze z filmu Armageddon.

.

Do celu dotarłem po kilku godzinach walki z drogą. W kraterze o średnicy wewnętrzenej 1 kilometr byłem całkowicie sam – ciemności nie liczę, bo się nie odzywała. Oto pamiętna chwila uwieczniona na ładującym się GPSie

Krater znajdował się DOKŁADNIE w połowie zasięgu mojego stalowego rumaka – czyli 200km od Alice Springs. Zapasowa waha wlała się po sam kurek wlewu, w kanistrze pozostawiając dosłownie jeden łyk (50ml) cieczy.

Po nakarmieniu rumaka, przyszła kolej na jeźdźca (ale nie germańskiego oprawcy).

.

A po tym, jak księżyc w pełni wychynął znad krawędzi krateru, zrobił się klimat na wampiry oraz lekturę. Było całkiem jasno – można było książkę czytać, co też zresztą zrobiłem – bo książka była o Księżycu, z którego strzelano meteorami w Ziemię, więc wszystko się zgadzało.

.

.

Na początku było jednak bardzo ciemno – to widok krateru w nocy.

.

A to wspomniany wcześniej księżyc, ostrożnie zaglądający w czeluści krateru: kto też znowu odwiedził nasze skromne australijskie progi?

.

Gdy obudziłem się o 2 w nocy, było tak jasno, że postanowiłem udać się na przechadzkę po zboczach krateru. Latarka nie była potrzebna. Przy świetle księżyca wspiąłem się na szczyt jednego z osypisk.


——————
Na wspinanie się na największe ściany miałem trochę cykora – poszedłem więc spać, aby kolejne etapy eksploracji zrealizować przy świetle dziennym.


..
Krater w promieniach wschodzącego słońca wyglądał zarąbiście.

.

Na rozstawionych w różnych miejscach tabliczkach informacyjnych wyczytałem, że kometa, która tak fajnie grzmotnęła o ziemię tworząc w dalekosiężnej konsekwencji park narodowy, miała 1km średnicy i składała się z pyłu i lodu.

W samiutkim środku krateru tkwiło podejrzanie większe od innej roślinności drzewo.

.

Postanowiłem wspomóc je trochę i zostawić mu prezent.
Kurcze – sowa – symbol mądrości,

.

a ja niestety po raz kolejny z rzędu zapomniałem kupić chusteczki i musiałem ratować się książką.


interludium

Nagle usłyszałem dudniący głos…
— UUuuuuu! To ja…. duch meteoru…..
– Co.. jak?! Kto tam?!
– Normalnie… UuuuUUUU… Jestem zbłąkanym kosmicznym duchem, który przybył na twoją planetę 140 mln lat temu.
– O! Coś niesłychanego. I nie możesz stąd odlecieć?
– Nie. Moje ciało rozpadło się, a ja zostałem uwięziony pod tym drzewem.
–  Acha!
– A ty przed chwilą dostarczyłeś mu nowie siły. Urośnie większe i mocniejsze, nie dając mi szans na uwolnienie.
– O kurcze, przepraszam! – powiedziałem skruszony.
– Uuuuu…. O ja nieszczęsny! Uuuuuu!

Dygresja: w jakim miejscu w domu można w spokoju się zamknąć i przeczytać parę stron książki albo gazetę? Właśnie w tym!
A ponieważ książka, którą zabrałem ze sobą, miała bardzo dużo wspólnego z robieniem meteorami w powierzchni ziemi kraterów, uznałem, że nadeszła pora na relaksującą lekturę.

Aha, książka „Luna to surowa pani” Roberta Heinleina w chińskiej wersji językowej wygląda tak:

.

No, ale czas wracać… Wracając natknąłem się na ślady mojej walki z drogą.  w tym miejscu rozegrała się dramatyczna potyczka. Droga chciała mnie koniecznie cmoknąć w czółko. Ja nie chciałem się dać pocałować – i gdy tylko droga zbliżała swoją piaszczystą mordę, ładowałem jej kopa między oczy.

.

Na koniec wyjechałem na asfalt i dotankowałem na stacji benzynowej na totalnym odludziu, gdzie tylko psy szczekały i niedomknięte drzwi skrzypiały

.

Właściciel stacji coś tam zagadał, czy aby nie chciałbym zainstalować sobie bioportu, na co ja pospiesznie opuściłem jego przybytek, by udać się w dalszą podróż.

.
Ciąg dalszy: Święte góry

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.