Koniec wolności – w tym wolności do wyboru posiłku i wolności wypowiedzi

Słuchajcie, wyszłem za żonę!

Jest pięknie i szczęśliwie. Za poradą wróżki znalazłem nie babę, która jest do mnie podobna charakterem. Z taką ździrą złośliwą nie wytrzymałbym pięciu minut. Wybrałem swoje przeciwieństwo, zwłaszcza w kwestii kulinarnej!

 

Dobra, żartowałem tylko. Ale zaistniałą inna przyczyna mojej szczęśliwości. Wygrałem dwie dychy w loterii paragonowej!

 

Problem polega na tym, że paragon dostałem na stacji benzynowej w czasie deszczu. Leżąc w pierdzielniku w szufladzie trochę zapleśniał i wyblakł. 

Może więc jeszcze nie mam kasy w ręku, ale zorganizowana walka całego kolektywu trwa. Na poczcie dwie osoby próbowały rozszyfrować trzy najbardziej wyblakłe cyfry:

Kazali mi iść na stację benzynową tej sieci, podać numer transakcji (da się na szczęście odczytać) i dzięki temu uzupełnić dwie brakujące cyfry w wygrywającym numerze. I 25 zeta do przodu.

 

Aktualnie sprawa jest w toku. Będę publikował kolejne odsłony dramatu za dwie dychy.

 

Ale teraz popuśćmy w gacie wodze wyobraźni. Z tak pozyskanym bogactwem będę mógł naprawdę zaszaleć. Od razu zatankuję do pełna – raz się żyje. A potem polecę do Kerfura i kupię to, co prawdziwy mężczyzna powinien. Hamburgery!

Albo nie! Sam nie wiem! Rzadko kiedy jestem przy takiej kasie, może kupię jedną skarpetkę (druga gratis w promocji za tą samą cenę). Będę miał pamiątkę po tym przełomowym wydarzeniu. I nie będę musiał cerować starych skarpetek nitkami po herbacie. 

 

A tak już na poważnie, paragon znalazłem przypadkiem gdzieś w fantach po którejś tam podróży motorowej. Razem z tym banknotem:

Zwróćcie uwagę na numer seryjny: 585604. bardzo znaczący. Da się fonetycznie odczytać jako ja – bogactwo – ja pozostać – ty – umrzesz. Czarne ślady to pleśń, która jest na Tajwanie bezlitosna. Jakakolwiek rzecz nie osuszona zaraz po deszczu pokrywa się tym świństwem i jeśli to ubranie, to nie nadaje się do niczego. 

A wpis powstał dzięki krótkotrwałemu skokowi morale na widok pięknej tęczy – w przerwie między bezustannymi opadami zimnego, wrednego deszczu, którym chłostani są uczniowie mojego uniwersytetu.

Merry Christmas!