Co tam amerykańscy naukowcy. ANTYGRAWITACJA WYNALEZIONA!!

Heroiczne wysiłki rodzaju ludzkiego w celu wysłania misji na Alfa Centauri miały historycznie wiele centrów. Był to Egipt, Starożytne Chiny, a ostatnio, jako skutek Renesansu, Europę.

Równolegle zachodził o wiele poważniejszy proces. O ile proste wynalazki mógł wymyślić pojedynczy człowiek siedząc przy biurku i kotłując sobie zwoje, to teraz poszerzanie granic poznania wymaga międzynarodowej współpracy i pracy gigantycznych zespołów i milionowych i miliardowych nakładów.

Zdało się, że dawno już minęły czasy, w których pojedynczy zwariowany naukowiec był w stanie dokonać przełomu z zmienić paradygmat fizyki, w myśl tezy Khuna. Jednak wszechświat jest pełen niespodzianek i bezlitośnie daje nam co i rusz lekcję pokory.

Teraz the tip of the spear współczesnej nauki przeniósł się do pełnej czaru i nostalgii wiecznej krainy szczęśliwości i miłości bliźniego, jaką jest Afryka, kolebka ludzkości. Tam, pojawiają się geniusze, którzy są nadzieją tego znękanego, głodnego surowców świata.

https://media.giphy.com/media/26xorCzVxXPFRCzC0/giphy.gif

 

—–

Post sponsorowany przez Inkubator Innowacji Narodowego Centrum Nauki.

https://www.ncn.gov.pl/

 

Słowo o stosunkach angielsko-francuskich i co z tego wynika dla Tajwańczyków

Jak każdy szanujący się doktorant nauk historycznych wie, przyjaźń między bratnimi narodami angielskim i francuskim nie była zawsze gorąca… A jeżeli już była, to od pożóg podpalanych miast i siół. Tą prawdę historyczną należy propagować, gdyż – jak mówił słynny hiszpański mędrzec Santayana, ci, którzy nie pamiętają historii, są zmuszeni ją powtarzać. Nieliczni tylko znają słowa, którymi Santayana spuentował swoją mondrą maksymę: „A ci co pamiętają historię, muszą stać bezradnie i patrzeć, jak powtarzają ją wszyscy dookoła”.

Gdy więc w mojej włóczędze po tajwańskich górach trafiłem na wioskę aborygenów, postanowiłem zrealizować misję kształcenia lokalnej dzieciarni w zakresie historii średniowiecznej Europy. Nie odmówiłem sobie nauczyć naszych milusińskich gestu pojednania między nacjami.

 

Nauczyłem dwóch łebków, a nowa wiedza rozprzestrzeniła się wśród kwiatu tamtejszej młodzieży niczym pożar buszu na Kalahari. Albo ww. pożar strzech. Gest starannie wyjaśniłem – nauczyłem dzieciaki pokazywać go w formie historyczno-dowcipnej, a nie ześwinionej. Wygłupiać się – nie trzeba mnie dwa razy prosić, ale nie kosztem ofiar, że sformułuję to oksymoronalnie.

Tu wyjaśniam, że gest pokazany pionowo jest ugruntowany przez praktykę społeczną i znaczy u Anglosasów bardzo brzydko. Pokazany poziomo jest zdecydowanie odcięciem się od takiej praktyki wszczynania burdy, a więc jasno nawiązuje do pierwotnego znaczenia: angielski łucznik (longbowman – wiki) ma jeszcze paluchy i może strzelać z u-ku, gdyż odbiorca gestu, Francuz, nie zdążył mu tych paluchów urżnąć zardzewiałym nożem.

Żeby absolutnie wszystko było jasne: w przenośni gest oznacza tyle co „jeszcze mnie nie pokonałeś”, co bardzo starannie dzieciakom wyjaśniłem, jednocześnie zakazując pokazywania paluchów (zwłaszcza pojedynczego) w pionie. Stąd na początku robiły gest we wszystkie strony, a na koniec (zdjęcie poniżej) już jak należy, czyli po historycznie-militarnemu.

Po paru minutach  reszta dzieciarni podłapała gest, co uwieczniam na na poniższym zdjęciu, a ich nauczyciel (czyli ja) pokiwał głową i uśmiechnął się w myślach.

 

Znowu sukces. Nie na darmo tutejszy MEN (Ministerstwo Edukacji Narodowej) we mnie zainwestowało fundując doktorat z historii. Teraz pozytywną energię finansową przemieniłem w wartość dodaną sumarycznej edukacji historycznej nadziei narodu tajwańskiego.

Jedyne czego  żałuję, to to, że nie zobaczę miny Anglika albo Francuza, który zawita w tamte strony. Dzieciakom starannie i dwa razy wytłumaczyłem, że jeśli chcą zrobić takim gościom zrobić niespodziankę, powinny powitać ich właśnie wyżej opisanym gestem.