Nowy Amsterdam 2014

„UWAGA! Uwaga! Przeszedł!
Koma trzy!”
Ktoś biegnie po schodach.
Trzasnęły gdzieś drzwi.
Ze zgiełku i wrzawy
Dźwięk jeden wybucha rośnie,
Kołuje jękliwie,
Głos syren – w oktawy
Opada – i wznosi się jęk:
„Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy!”

„Ameryka under attack!”” Głosiły nagłówki gazet 11 września 2001 roku.
Dziś jak co roku Nowojorczycy obchodzą szerokim łukiem rocznicę wyburzenia tajnej, obciążającej amerykańskie służby wywiadowcze dokumentacji, ukrytej w budynku nr 7.
Połączona akcja CIA i Saudyjskich pomagierów z sekty Wahabitów dała nadspodziewanie dobre efekty propagandowe.

————-
Niezorientowanym przypominam, że wg oficjalnej wersji  solidny, z pewnością wzmacniany budynek zawalił się od niewielkiego pożaru na jednym z pięter. A zawalił się calutki z prędkością swobodnego upadku, co widać na wszystkich filmach dokumentujących cały incydent.

Oficjalna wersja starczy za cały swój komentarz.

———————

Ale do rzeczy. Dostałem pracę w branży filmowej. Zaproponowano mi wiele ról – oczywiście głównych.
Wszystkie te oferty przyjąłem i w roku 2015 kolejne obrazy pojawią się w kinach i będziecie mogli wszystko oglądać. Oto jak realiizowałem niektóre z kontraktów.

Na początek przejąłem główną rolę w miejsce Mela Gibsona, który odrzucił ją twierdząc, że nie jest jej godzien. Wcieliłem się w szarego mieszkańca Nowego Jorku, który ciężką pracą osiąga swoje cele życiowe i w końcu (w drugiej części, czyli musisz zapłacić kolejne 40 zł za bilet i popkorn) osiąga sukces.

 

Potem zadzwonił do mnie Arnold – ten, któremu odstąpiłem rolę Terminatora. Do dziś trochę żałuję, bo strasznie ten film stracił na zamianie aktora grającego główny czarny charakter. Doznał on kontuzji, która uniemożliwiała mu odegranie roli motocyklisty walczącego ze złem tego okrutnego świata. Aby lepiej wcielić się w rolę, zostałem poproszony przez Spielberga, abym poznał od środka świat motorowców.

Ludzie drogi to bardzo specyficzny typ. Chodzą, a raczej jeżdżą własnymi drogami i starannie pielęgnują swój imaż osób groźnych i nieprzystępnych:

Na szczęście wkrótce trafiłem we właściwe miejsce – do klubu zrzeszającego polskich emigrantów na Greenpoincie.

I tu wszystkie ponure i budzące grozę mity rozpadły się jak domek z kart (je…nięty karzącą piąchą gościa, który nakazał mi tonem jednoznacznym, że napiszę pozytywnie or else!) Motorowcy okazali się ludźmi przyjaznymi i pełnymi życzliwego poczucia humoru.
By nie być nagosłownym, dam przykład. Ponad poziomy wynosi się gościnność i wyrafinowane, pełne dystansu poczucie humoru tego oto osobnika:

Całość drużyny, oprócz oglądania  Przeminęło z wiatrem (aby wyrazić swój wrodzony szacunek dla gustów płci pięknej, jakże odmiennych od męskich*) na zmianę z Imperium kontratakuje (dla absolutnie ich ulubionego motywu muzycznego Dartha Vadera), urządza regularnie wycieczki po okolicy, aby głosić chwałę polskiego rycerstwa, na pohybel Putinowi i jego pachołkom z PO:

——–
* prawda jest taka, że nie można cały czas oglądać filmów wojennych albo o policjancie infiltrujacym mafię, bo druga połowa w ramach retorsji odmówi posług małżeńskich. Stąd pojawił się nowy gatunek filmu wojennego: zamiast cały czas pokazywać strzelaniny i wybuchy jak w porządnym filmie zasługującym na to miano (co w tym złego, ja pytam!!!!) reżyser należący do lobby żydowskiego w Hollywood dokłada minimum 30% scen romantycznych – że niby żołnierz zaspokaja swoje potrzeby duchowe nie w przyfrontowym burdelu, tylko pisząc do jakiejś – przepraszam za słowo – niedoruchanej narzeczonej 10 000 mil z miejsca z wybuchami.
——

Ale wróćmy do moich kontraktów filmowych.
W międzyczasie zagrałem jedną rolę w filmie o poszukiwaczach skarbów:


Jest to remake słynnego filmu National Treasure. Nicholas Cage mi to załatwił, a poza tym dobrze płacili.
Przyszedłem, kierownik planu wykrzyknął, jak do rekruta wrzeszczy rasowy sierżant, niedoszły profesor fizyki kwantowej. Wrzasnął, aż się siano posypało z sufitu, nawiązując do swojej ulubionej teorii o wspólnej naturze czasu i przestrzeni:
– Kurwa, masz kopać stąd do południa!!

No to kopałem – przez 8 godzin wykopałem około 2 m sześcienne piachu z polodowcowymi kamieniami. Ledwo się ruszałem przez dwa dni. Czego się nie robi dla sławy.

Po sukcesie tej roli, dostałem angaż do kolejnego filmu o Godzilli napadającej na Nowy Amsterdam, a zwłaszcza na Manahachtanienk.

—————————–
Bo Nowy Jork dawniej nazywał się Nowy Amsterdam – zanim nie trafił w łapy Brytyjczyków.
A Manahachtanienk to Manhattan – ale w języku lokalnych Indian, którzy byli to pierwsi. Ale nie ostatni. Niestety.
Dodam, że ten akurat szczep Indian musiał mieć krew jakichś polskich podróżników w czasie, bo Manahachtanienk znaczy tyle co miejsce, w którym wszyscy się schlaliśmy”.
———————————

Całą sprawa z Indianami śmierdzi hipokryzją zwłaszcza w świetle całej afery znanej jako 9/11. Do tematu będziemy wracać. Na jednym z przyjęć dla ekipy filmowej od ich dalekich potomków dostałem pamiątkowe zdjęcie z XIX wieku:

Darczyńca jest kimś szczególnym i jest otoczony aurą niezwykłości. To jedyny człowiek będący krzyżówką Polaka i Indianina. Niewątpliwie ten szlachetny dzikus jest dowodem na prawdziwość starodawnej mądrości „Polak Indianin dwa bratanki – i do łuku i do szklanki”.  Człek ten jest wybitnie wykształcony i wychowany zgodnie z rygorem fhancuskiej ahystokhacji.

Ale wróćmy do głównego wątku całej historii. Oto kanion ulic Manhattanu:

Przez trzy tygodnie dojeżdżałem takimi właśnie drogami do miejsca pracy. To był jedyny raz, kiedy mnie oszukano w kontrakcie.
Zapłacili 20 milionów USD z góry na sam mój widok – i to osłabiło moją czujność. Miałem grać główną rolę bogatego playboya. Do roli tego wpół erotycznego filmu akcji szukano kogoś, kto potrafi pukać panienkę 12 godzin bez przerwy, aż ściany będą dudnić, a panienka zrobi się krucha jęcząc, drżąc i parując jak czarnoziemy polskich kresów zaorane dwutygodniową nawałą artyleryjską Armii Czerwonej tuż przed wiosenną ofensywą w czterdziestym czwartym.

Okazało się jednak, że musiałem zrobić dobre wrażenie jako budowlaniec-remontowiec.
Zamiast dość ciekawej, nie powiem, roli, znowu musiałem machać młotem albo innymi narzędziami. Tym razem byłem członkiem całej grupy remontowej, toczącej zacięty bój o czek w każdy piątek.

Wspólna praca i spożywanie lanczów pełne były braterstwa, i śmiesznych wpadek.

Kierownik tego planu, chodząca sława Hollywood, zwany przez remontową brać „najlepszym stress-manem Nowego Jorku”, był człowiekiem sprawiedliwym, pełnym miłosierdzia, grzecznym i kulturalnym do granic absurdu. Absurd ten przekroczył, założę się, gdy przejął ode mnie nawyk kłaniania się po japońsku w chwili wręczania czeku. (Ciekawe, co powie, jak to przeczyta!)

Ale zdecydowanie najlepszą rzeczą w tym kontrakcie był spór słowny bezustannie toczony przez dwóch towarzyszy pracy.
W spór ten ochoczo się włączałem – żeby było sprawiedliwie, raz po jednej, raz po drugiej stronie. Czasami jednak tylko słuchałem i notowałem teksty, jakie leciały – a było warto – na pewno wiele z nich, takich jak „co tak stoisz jak widły w gnoju?!” znajdą swoje zasłużone miejsce w arcydziełach literatury, które wkrótce wyjdą spot mojej dysgraficznej ręki.

Aby dopełnić tą pełną wzlotów i upadków opowieść, warto wspomnieć, że wszystkie mity i fałszywe stereotypy krzywdzące mieszkańców Ameryki, są prawdziwe.
Dotyczy to policji:

rasizmu:

Ale i samochodów i ich właścicieli:
Na pokazie starych modeli to był reprezentant Europy:

a tak Ameryki:

Pozostaje tylko mieć nadzieje, że górnolotne przesłanie pokoju, które głoszą wszystkie filmy, w których wystąpiłem, zdołają zmienić swoją renomę kraju rozbójniczego:

Z Nowego Jorku mówiłem jak jest.
Roger Out.