Wyprawa noworoczna 2014

Gdzie jest najbardziej niedostępne miejsce na wyspie Tajwan? Tu:

Tak w znacznej części wyglądało przejście przez szlak do odciętej od świata wioski, poprzerywany w licznych miejscach przez obsunięcia zboczy i lawiny. Sapanie, które słyszysz, to nie ze zmęczenia ani nie telefon od zboczeńca. To adrenalina.

W dół po lewej zbocze nadawało się jedynie do turlania z krzykiem przez 20 metrów. Ci, którzy tracą przytomność przy pierwszym fikołku, albo roztrzaskują czaszkę na pierwszym kamieniu, to szczęśliwcy… dalej zbocze urywa się pionowo, oferując miłośnikom mocnych wrażeń majestatyczny, pozbawiony już pretensjonalnych okrzyków lot swobodny do najeżonego zębiskami skał potokowi ok. 100-150 metrów w dole. Aha, tam w tle na zacienionym zboczu też jest ścieżka. Nie widzisz? No, przecież ja widzę ją wyraźnie!

 

Ale jak tam się znalazłem? Zacznijmy od początku. Otóż w czasie chińskiego nowego roku szkoły są pozamykane na głucho. Jest to złota okazja, aby złapać oddechu od tajwańskich restauracji, które nienawidzę.

Gdyby ktoś nie wiedział, to problem hałasu w nich (kliknij)  jest nadal aktualny. Swego czasu przekonali się o tym rosyjscy naukowcy w słynnym syberyjskim odwiercie. To szczera prawda! Postępowi naukowcy K-raju Rad postanowili pobić kapitalistów na polu geologii i wywiercić najgłębszą dziurę na świecie. Odwiert miał oficjalnie 14 km:

 http://zhistorii.blogspot.tw/2013/10/rosyjska-dziura-do-pieka-najgebszy.html.

Okazało się, że Ruscy dowiercili się do piekła, ale że w oficjalnej propagandzie komunistycznej piekła nie ma, sprawę wyciszono, a uczestników wierceń zesłano na Syb…  Ups! Już na niej byli, więc nie ma sprawy.

Prawda jest jednak taka, że Ruscy znowu sobie popili i z rozpędu przewiercili się do Chin. A precyzyjniej – na Tajwan. A jeszcze bardziej precyzyjnie – do pierwszej z brzegu restauracji w porze lunchu.

I dlatego właśnie znalazłem się w bezludnej dolinie. Zamiast słuchać rozjazgotanych Tajwańczyków, których mam na co dzień, chciałem spędzić 2 tygodnie w terenie i żreć posiłki z ręki pod sklepem. Z daleka od stresu i nerwów. Aha!

ETAP PIERWSZY

To eksploracja wąwozu w wysokich tajwańskich górach.

Jednak to nie restauracje i hotele przyciągnęły moją uwagę, a porzucone wioski i chaty na końcach ścieżek zarośniętych wysoką trawą (dokładnie taką jak w filmie Zaginiony świat.)

Oto jedno z takich miejsc. Noc spędziłem w śpiworze śpiąc na starej desce, którą położyłem przy rozpalonym wcześniej ognisku. Na zadane pytanie odpowiadam: nie nie udało mi się spalić ani chaty, ani lasu. W przeciwieństwie do słynnego amerykańskiego pisarza H. D. Thoreau, któremu ta sztuka się udała. Może jestem nie dość słynny. Jeszcze.

W dalszym toku narracji doszedłem do miejsca, w którym szlak został zarwał się i wpadł w przepaść. Żarłem tam tradycyjne „śniadanie na końcu drogi” i czytałem książke, gdy nagle zostałem zaproszony do samobójczej wyprawy przez szlak, który – jak mi powiedzieli przechodzący pomimo – został zniszczony przez tajfuny i lawiny w kilku  miejscach. Z dziewięciu kilometrów dwa to przeprawy przez takie zawaliska jak na załączonych obrazkach.

Początek rzeczywiście śmiertelnie niebezpiecznych ścieżek był tu, obok zagrzebanego pod lawiną skutera:

Dwa lata i rok wcześniej już dwa razy właśnie w tym miejscu podkulałem ogon i rezygnowałem z dalszego marszu. Ten niegdyś bardzo popularny szlak turystyczny został zniszczony w 2012. Wtedy wszyscy mieszkańcy wyprowadzili się z gór do miasta na dole – Park Narodowy powiedział, że ma to w dupie i nie będą nic naprawiać.

I tu właśnie zaczyna się opowieść… wszyscy mieszkańcy zeszli z gór do miejsc z zasięgiem Internetu. Wszyscy, oprócz jednego. Na końcu szlaku zamieszkana jest jedna sadyba. Żyje w niej starszy dziadek, którego żona i syn raz, dwa razy w tygodniu przychodzą z zaopatrzeniem.

Jeszcze dwa lata wcześniej jeden z mostów wiszących wyglądał tak, jak w tym wpisie. Człowiek wsiadał do wózka i liczył na to, że ciągnący za linę nie mają chętki do wygłupów w stylu wojskowego poczucia humoru.

Na poniższym zdjęciu widać ścieżkę i linę, której można, a nawet trzeba się trzymać. Czarne coś na styku nieba i zbocza to łeb psa, który chwilę wcześniej przeszedł tamtędy bez trzymanki.

Czytaj więcej