Ameryka Cz. 17 Epilog

Epizod 5: W „domu”


Dwie możliwości:
albo ja mam w telefonie lepszy GPS niż linia lotnicza w samolocie
albo zaliczyliśmy ostrzał z FLAKa.


A tak powitały mnie moje ukochane kubki: wykonane metodami tradycyjnymi, kupione pod grunwaldem.
Niestety na Tajwanie nabrały tej przykrej cechy, że zachodzą pleśnią po kilku dniach nieużywania.

Natomiast ciekawostka co do telefonu, który się zalał w Brazylii.
Po oddaniu do naprawy nie chcieli kasy – dostałem od HTC cały środek nowiutki i za darmo!!!

KONIEC PODRÓŻY

Ameryka Cz. 2 – Znowu szukamy Johna Connora (w Santiage de Chile)

Wyprawa zaczęła się jak porządna operacja wojskowa rozwinięciem natarcia o czwartej rano.

Oto autobus z lotniska o świcie.

A to panorama stolicy Chile – miasta Santiago.

Niewielki kościółek na szczycie góry.

Wielki posąg Matki Boskiej widoczny z wielu kilometrów

A to najlepsze! Jest to zdecydowanie najpiękniejszy kościół, jaki w życiu widziałem. Zdjęcie zrobione z jego tyłu. Widzicie nawę, ławki, a w głębi ołtarz.

I zachód słońca – z tego samego miejsca. Nabożeństwo wieczorne musi robić niesamowite wrażenie.

II. Zakup motoru
Epokowa chwila! Od teraz nie ma już odwrotu. Aby nie było tak łatwo, postanowiłem zakupić motor produkcji chińskiej!


Ta dam!! Znowu wcielam się w rolę terminatora. Tym razem szukam nie Johna Connora, ale wyzwoliciela ludu – Cze Gławery czy jakoś tak.

II. Początek podróży
Długo nie poszukałem. Po dwustu kilometrach podróży  poszła dętka!

…od zakupu nowego motoru dokładnie 298km po asfalcie!

Mój fart polegał na  tym, że stało się to 500 m od stacji benzynowej i warsztatu wulkanizatora. Gdyby ta awaria nastąpiła na środku pustyni, 200 km od najbliższego miasta, inaczej bym tu pisał.

Podjechał wulkanizator i załadowaliśmy całość na pick-upa.

Piszę w liczbie mnogiej, bo w załadowaniu pomagała mi Policja – sami to zrobili z uprzejmości!!! Gość nawet zadzwonił po lepszego wulkanizatora z własnej komórki!
.

Następnie razem z motocyklem o chwilowej wartości złomu i fantami (plecaki, itp) zostałem wywieziony w nieznanym kierunku. Była to pełna improwizacja. Motor trzeba było trzymać rencami – żadnych pasów do wiązania nie było… a gość pruł jak rozwścieczony brytyjski niszczyciel pędzący ku łodzi podwodnej, która właśnie zatopiła spasiony ropą tankowiec z jego młodszym bratem, który właśnie się ożenił, na załodze.

Okazało się, że chińskie badziewie na dwóch kołach ma tak wmontowane wentyle, że nie da się napompować powietrza na stacjach benzynowych w kraju zakupu – po prostu się nie mieści końcówka!

Młotek leżący na podłodze jest na postrach. Służy do zastraszeniu motoru – żeby nie próbował popsuć się bardziej.

Właściciel wykonał tą usługę:
– usunięcie dętki i tym samym zamiany opony na bezdętkową;
– zamianie wentyla na taki przekrzywiony w bok.
policzył BARDZO TANIO – taniej niż by mnie kosztował przepyszny obiad, na który mnie zaprosił on i jego żona.
PYCHOTA! Wreszcie normalne jedzenie. Pomidory i smażony kotlet z kurczaka! Jedynym zgrzytem w całej imprezie był znaleziony na talerzu ryż. Na szczęście były też kartofle (ziemniaki). To ich taki zwyczaj (w Chile i Peru), że na talerz do mięsa nakładają jedno i drugie.

Po wymianie oleju została jedna część. Mechanik zarzekał się, że to moja!
Schowałem więc na wszelki wypadek.
Motor po zgubieniu tej części przejechał 15000 nie skarżąc się na jej brak. Sam nie wiem co o tym myśleć.


Żegnamy Chile. Na granicy dranie nie chcieli mnie wypuścić – musiałem wyżebrać papiery umożliwiające wyjazd, ale się udało. Doszło do tego, że gadałem z szefem całego urzędu celnego. Na szczęście miły gość i załatwił wszystko OK.

Cała rozmowa to temat na osobny wpis, ale ja tylko tu powiem, że mam 100% przekonania, że gdyby nie nietypowa dla moich rozmówców sytuacja, całość zakończyła by się tutejszym oczywistym  rytuałem – łapówką. A skończyła przyjaźnią.

Kolejny wpis:

Cz. 3: Wyspa Wielkanocna i ponowna odsłona konkursu bożonarodzeniowego