Cz. 13 – Missiones, Brazylia i Urugwaj: 2000km na gazie

Spotkanie z Robertem deNiro
Z Brazylii wróciłem na chwilę do Argentyny, która miała tutaj mocno wyciągnięty na północ kawałek swojego terytorium. Są to tzw. Missiones, czyli misje. Niestety duży udział w kolonizowaniu tego obszaru należy do Polaków. Piszę „niestety”, bo przy kolonizowaniu zazwyczaj nikt rdzennych mieszkańców nie pyta, czy cieszą się z przybycia nowych mieszkańców. Częściowa hańba za wyniszczenie lokalnej ludności spada więc i nasz naród.


Gdy już zrobiło się ciemno, wymęczony jazdą natknąłem się na takie zjawisko – krzyż!

Trafiłem do misji

Czytaj więcej

Cz. 12 – Paragwaj i wodospady Iguazu (2000km na gazie)

Paragwaj przywitał mnie za pomocą asfaltu

(czasami jeszcze droga odgrażała się takimi niespodziankami – generalnie było trzeba jechać bokim drogą polną, ale ludzie,w tym i ja, radzili sobie jak mogli)

… i przyjaznych i znudzonych żołnierzy

Którzy napoili mnie z kompanijnego kufla i dali wodę na drogę. Mam od nich zarąbisty suwenir w postaci plakietki.

Napity ruszyłem w dalszą drogę, która była wyjątkowo piękna. Otóż od granicy do punktu podbijania paszportów jest około – uwaga! – 300 km (słownie TRZYSTA KILOMETRÓW) jazdy.

Czytaj więcej

Ameryka cz. 11: Boliwia II, czyli tam gdzie droga traci swą szlachetną nazwę

Ok, czas pożegnać się z pustyniami, górami i płaskowyżami.
Mając pięć czy sześć lat kartkowałem atlas świata (to taka książka, że są same mapy) i strasznie mi się spodobał obszar, gdzie góry na bardzo krótkim odcinku przechodziły w dżunglę. Wyglądało to tak:

Z daleka podobne do pól tarasowych – tylko to nie ta skala. Liczyłem, że da się zjechać jak z górki na rowerze, mijając w przelocie machających chłopów walczących z chwastami o realizację planu pięcioletniego…

Ale zamiast pięknych pól z ryżem było…. tytułowe błocko, w czym okrutny los miał mnie wkrótce srogo uświadomić.
.
.
Tak wyglądał początek mordęgi: ostatnie podrygi stolicy Boliwii: miasta La Paz


I wyjechaliśmy na prostą. Myślę sobie: „no wreszcie cały czas asfalt!” Wkrótce przekonałem się jednak, Wszechświat jest wredny i złośliwy.

Czytaj więcej

Płacimy czynsz

Dziś krótko.
Pewnego pięknego dnia nawiedza mnie właściciel budynku żeby otrzymać czynsz za wynajem.
Widziałem go w oknie. Gry tylko zbliżył się do drzwi, w chwili w której pukał uchyliłem drzwi, wyrzuciłem mu pod nogi drewnianą imitację granatu produkcji naszych odwiecznych przyjaciół zza zachodniej granicy, po czym drzwi znowu zatrzasnąłem.
Ha ha ha. Ale się gość zdziwił. Słyszałem tylko jęk zdziwienia oznaczający, że z taką sytuacją jeszcze się nie spotkał.


Jak już mu adrenalina przeszła, bardzo się ucieszył, że jeszcze żyje.
Nawet dał sobie zrobić zdjęcie na pamiątkę.

Ameryka Cz. 15 – Cannonball. Tym razem udany, choć ledwo ledwo!

Wyścig z czasem miał miejsce na odcinku od stolicy do stolicy: od Błenos Ajres do Santiago de Chile.
Przejazd + naprawa motoru: 2 1/4 dnia.

Wyjazd z molocha zabrał około 3 godziny. Błądzenie po przedmieściach i eska.. tadach (wiaduktach) wylotowych było mordęgą nawet z GPSem. Pod koniec współczujący mieszkańcy nawet palili na asfalcie ogniska, aby skierować mnie na właściwy tor.

Jak już wyjechałem na prostą drogę w kantrysajdzie, z południa zrobiła się noc.

Czytaj więcej

Ameryka cz. 9 – NO A LA CORRUPCION!

Korupcja w Ameryce Południowej to częste zjawisko – zupełnie jak deszcze na planecie Kwinta.*
Ot, taka lokalna specyfika.

* – miłośnikom SF redakcja gratuluje odgadnięcia z której to powieści. Pozostałych zachęcam do przeczytania dzieła, którego domniemanym bohaterem jest pilot Pirx.

Żeby ludzie przestali się korumpować (bo to nieładnie), wszędzie przy drogach malowane są hasła „NIE DLA KORUPCJI!”

Dlatego, gdy doszło do incydentu, byłem wniebowzięty.

Tak wygląda granica Peru i Boliwii: stadion XX-lecia.

Czytaj więcej

Ameryka cz.14 – Błenos Ajres

Wizytując obcy kraj należy zapoznać się z jego historią.
Dzięki temu wysiłkowi będziemy mogli z należytym szacunkiem zrozumieć serca i umysły miejscowej ludności. Wiąże się to z niewybrednym żartem kończącym poprzedni wpis.

Najciekawszym bodaj epizodem jest geneza nazwy stolicy Argentyny – Buenos Aires.
Gdy żeglarze-odkrywcy penetrowali wschodnie wybrzeże kontynentu, tuż przed wpłynięciem do estuarium La Platy w AD 1536, akurat skończył im się prowiant. Czytelnik znający już inne wpisy na tym blogu oraz zawiłe ścieżki wyobraźni jego autora, w mig domyśli się, że prowiant składał się wyłącznie z fasoli, grochu i innych podobnych specjałów umilających życie mieszkańcom współdzielonej przestrzeni życiowej, zwłaszcza zamkniętej.
——————
Niejeden niosący nieustraszonych odkrywców żaglowiec zginął bezpowrotnie pochłonięty przez chciwe łapska oceanu… w wyniku gromowej eksplozji nagromadzonego pod pokładami metanu. 

Szczególne nasilenie katastrof miało miejsce w rejonie tzw. trójkąta bermudzkiego, który do dziś cieszy się z tej racji złą sławą. Jakie tam ufo! Na trop przyczyny tajemniczych zniknięć wpadli Brytyjczycy, którzy od 1740 roku dodawali do jadłospisu sok z cytryny. Hydratacja alkenów w kwaśnym środowisku soku cytrynowego

CH2=CH2 + H2O ——-> (nad strzałką H+) CH2OH-CH3
(czyli znany z wielokrotnie powtarzanych testów organoleptycznych C2H5OH!)
dawała dwa następstwa:
– następowało skokowe podniesienie morale,
– redukowano do zera prawdopodobieństwo eksplozji metanu.

Mało kto wie, ale to właśnie żeglarze opracowali wynalazek wykrywający metan: kanarki z Wysp Kanaryjskich – stąd ich nazwa, mająca upamiętnić doniosłe rozwiązanie problemu nękającego załogi żaglowców. Ze statków, nieszczęsne ptaszęta trafiły do kopalń.
—————————–

Poniższa scena ze słynnego filmu Płonące siodła Mela Brooksa pozwoli poczuć aromat przygody, jakim delektowali się dzielni odkrywcy w trybie 24/7:

.
.
No więc wracając do tematu… głodni ALE SZCZĘŚLIWI żeglarze dobili do brzegu w poszukiwaniu jakiegoś MacDonalda i by uczcić w pamięci odmianę jadłospisu i idących z niej konsekwencji nazwali osadę Buenos Aires, czyli po hiszpańsku DOBRE POWIETRZE, albo DOBRE WIATRY, jeśli „wiatry” tłumaczyć dosłownie.

Tyle dla miłośników mojej prozy.
A dla szukających zdjęć odwiedzanych miejsc:

Ulica na przedmieściach o poranku:

Wejście do autobusu…

Jest poprzedzane sprawdzeniem, czy się wsiada do właściwego.


Mapa wygląda tak, że miasto podzielone jest na sektory, a w każdym sektorze wypisane są numery autobusów, które zatrzymują się w rejonie. Poszukiwanie przystanku jest zostawione w gestii podróżnego*.

(* – o pardon! Podróżnym to ten ktoś dopiero będzie jak znajdzie przystanek i akurat nie będzie strajku MZK)

Sklep spożywczy an przedmieściach:


Głupie zdjęcie ulicy:

Autostrada

I estuarium La Platy


Cz. 15 – Cannonball. Tym razem udany