Cz. 3. Wyspa Wielkanocna i ponowna odsłona konkursu bożonarodzeniowego

Któż z nas nie pamięta wiekopomnych słów jakie padły w filmie Truman Show?

You can’t go any farther, because you start coming back

embedded by Embedded Video

YouTube Direkt 

Ponieważ jednak w oryginalnie zapodanym celu, czyli wyspach Fidżi, jest totalny burdel i łatwo można obudzić się z maczetą w plecach, rolę produktu zastępczego przejęła w mojej wersji Wyspa Bożonarodzeniowa.

To ta na której są takie rzeźby:

Czytaj więcej

Cz. 6 – Rajd Dakar i Kanion Colca

Jadę sobie spokojnie, patrzę… a tu blokada policyjna!
Myślę sobie – MAJĄ MNIE!

Ale nie! Okazało się, że natrafiłem na rajd Dakar, który akurat musiał mi przeciąć drogę! Nie mają gdzie jeździć, dranie.

Przez trzy godziny musiałem sterczeć, czytać książkę

…robić zdjęcia samochodom…

…i zaprzyjaźniać się z pechowcami, którym rozwalił się rajdowy środek transportu.

Przynajmniej się napatrzyłem jak wygląda mapnik w rajdowym motorze…

Udało mi się też pstryknąć słitfocię naszej ekipie.

Ale moim celem był kanion Colca, do którego – z przygodami bo z przygodami – dotarłem!
Takie były widoki:

A tak stolica regionu – miasto Chivay:

Jadłospis mieszkańców kanionu wygląda tak, że oni – posłuchajcie proszę ja ciebie – żrą chomiki!!


Ich mięso jest drogim przysmakiem zżeranym przy specjalnych okazjach.
.
.
.
Wyprawa na koniec drogi i z powrotem

Ponieważ nadal mnie nie bolało za bardzo z tyłu od ciągłej jazdy, wyruszyłem zobaczyć co jest na końcu drogi…
Jadąc po wertepach natrafiłem w kolejności nie-chronologicznej:

… na miejscowych orzących pole. Napoili mnie lokalnym napojem ze sfermentowanej kukurydzy, zwanym chicha. Dali mi nawet poprowadzić trochę pług – zdjęcia nie pokażę, bo nie zasługujecie. Powiem jedno – zarąbiście ciężka robota. Koń zasuwał tak szybko, że nie dało się celować w grządkę. Chcieli, żebym dawał dalej, ale nie chciałem im niszczyć upraw, choć obie strony miały niezły i dobrowolny ubaw.

…Na ludzi karczujących drzewa, którym pomogłem w tym produktywnym zajęciu. Pień tachany właśnie na samochód miał podobno 1,5 tony

A tak wyglądał koniec drogi: pola, pola i przepaść do której…

…z narażeniem życia….

zbliżałem się… aż dotarłem.


Zdjęcie robione metodą „wygarnąć z kałacha zza węgła”. Mówiąc prosto – podczołgałem się do krawędzi (na szczęście porywisty wiatr wiał od strony czeluści) i wypstrykałem cały magazynek na zasadzie spray and pray.

.
.
.
Podczas powrotu zadziałało moje tradycyjne już szczęście.
Otóż w jednej z mijanych wiosek trafiłem na całonocny festyn!

Tak szykuje się ichniejsza młodzież:

W przerwach między tańcami wszyscy posilają się taką zupą:

A potem znowu w tan!

A to pamiątkowe zdjęcie z mieszkańcami, jak już mnie przyjęli do swojego plemienia.

I koniec mini-wyprawy.

Ponieważ miejsce jest związane z Polską, dajemy tu małe post-scriptum.
Rzeką przez kanion jako pierwsi spłynęli Polacy:
http://www.podroze.pl/dzial/kierunki/kanion-polakow/914/

Więc nie odmówiłem sobie uczcić tego pamiętnego wydarzenia minutą spływu.

Niestety tylko minutą tak dokładnie to z 20-30 minut), bo dali mi za mały kajak i po zrobieniu grzyba (niestety brak zdjęć! Gość zamiast je zrobić jak normalny człowiek, od razu rzucił się z pomocą. Mimo moich instrukcji na taką okoliczność, dodam) stwierdziłem, że wysiadam. Ale co popłynąłem to moje.

Wracając przez wertepy wzdłóż kanionu musiałem pokątnie kupić trochę wachy. Generalnie nocleg miał miejsce w najbardziej odciętej od świata wiosce w jakiej w życiu byłem. 6-7 godzin jazdy przez wertepy w każdym kierunku do najbliższego miejsca z cywilizacją.

Co jednak mnie zupełnie zamurowało – na szczęście tylko w przenośni – to fakt, że szkoła w tym mini-miasteczku nosiła imię Jana Pawła II.

Nazwę nadano na cześć Polaków, którzy 30 lat wcześniej spłynęli rzeką. Czego dowiedziałem się od właściciela osiołka widocznego na poniższym zdjęciu poniżej, a co jak przez mgłę było mi znane z książki, którą ci Polacy napisali.

Ciąg dalszy nastąpi.

Cz. 7 – Przełęcze i doliny w drodze do Cusco, w tym linie w Nazca i jezioro Titty-caca

Cz. 4 Epizody na pustyni Atacama

To jest mój nowy motor. Postanowiłem przetestować produkt chiński.
W sumie nie było źle – dojechałem do mety po 15 tys kilometrów.

Nippońska Yamaha w Australii rozwaliła się po 13 tysiącach, ale była używana, dodać trzeba – w chwili zakupu miała 15 lat.

Chile i gwiazdy (początek podróży)

Pierwszym punktem programu była wizyta w polskim obserwatorium astronomicznym w Las Campanas:

Ta antena powyżej jest tylko antena komunikacyjna zapewniająca wysokie morale załogi teleskopu. Służy do zamawiania pizzy z najbliższego miasta oddalonego o 200km)

Tak wygląda centrum sterowania jednym z amerykańskich teleskopów, które tam stoją i wykrywają nadlatujące ufoloty, meteory oraz promy kosmiczne z Brusem Willisem szukającym ropy. Wielu z Was pewnie przeoczyło to połączenie – be względu na kompetencje astronautyczne NASA wysłała w kosmos najlepszego dostępnego poszukiwacza ropy. Następnym razem ściszcie patetyczną muzykę w stylu „God bless America”!

A tak wygląda polski teleskop od środka:

A tak od zewnątrz:

Cała wycieczka udała się dzięki uprzejmości miejscowego rezydenta – capo di tutti capi polskiej astronomii!

Inne epizody:

Podróż drogą wzdłuż wybrzeża wyglądała DOKŁADNIE TAK JAK MOJE WYOBRAŻENIA WYKREOWANE NA PODSTAWIE PATRZENIA NA MAPĘ W ATLASIE: klifowe wybrzeże opadające do morza

… przy akompaniamencie zachodu słońca.

I biwak nad brzegiem pacyfiku

W oczekiwaniu na tsunami zrobiłem rozbieraną sesję zdjęciową fal

„taaaak, świetnie… teraz powoli zdejmij bluzkę i uśmiechaj się….

… a teraz sam zdejmij spodnie, baranie, bow mokrych nie będziesz chyba żarł kolacji. Tak kończy nieostrożny fotoreporter wojenny!

A tak wygląda śniadanie podróżnika – buła z serem i kakao.

 

Obwośny lekarz:

W Chile co prawda nie ma prawdziwej cywilizacji (prawdziwa jest tylko aryjska, jak głosi nauka Rzeszy!) ale starają się jak mogą. Oto przenośna przychodnia – barakowóz ginekologiczny. Takie konwoje w Chile jeżdżą od miasteczka do miasteczka.


Epizod z drogi

Wrak spalonej ciężarówki, w który o małego słonia nie wjechałem, bo stał na środku pasa.

I kilka fotek z trasy – przez setki kilometrów jechało się albo wybrzeżem, albo trochę w głąb – gdy wybrzeże było niedostępne.

W jednym miejscu wymienili mi oponę, która załapała purchla – telepałem się z nim ponad 100 km. Następna możliwość wymiany za kolejne 400 km.

Restauracja w miasteczku dla kierowców.


Ta pani przyrządza mi rybę – w sprytny sposób uderza w nóż kamieniem!

Ale najlepsza niespodzianka była w sali jadalnej


Na kalendarzu moim zdumionym i właśnie przecieranym oczom ukazuje się budynek TAIPEI 101 – słynny tajwański wieżowiec!

Peru: droga zawiewana przez piasek z pustyni piaskowo-djunowej.

 

Baquedano

Słynne chilijskie miasteczko o historycznym znaczeniu.

Odwiedzającym Chile polecam muzeum kolei – wstęp wolny. Można do woli łazić po lokomotywach.

 

Namiot rozbiłem niedaleko odkrywkowej kopalni żwiru.

.

Wizyta w kopalni Santa Maria

W pewnym momencie droga nie dała dalej iść wybrzeżem – asfalt skierował się w głąb lądu.

Nie ma tego złego… potem wróciłem i tłukłem się po wertepach przy oceanie, ale póki co zajechałem trochę w bok do terenu z licznymi kopalniami.


Trafiłem na taką pilnowaną przez jednego górnika – reszta załogi pojechała akurat tego dnia do najbliższego miasta – tzn. zasypanego pyłem miasteczka z 30 blaszanych domków.
Tu dostaję na pamiątkę kawałki rudy – przytargałem je ze sobą!

Potem dostałem ciepły posiłek


I zostałem oprowadzony po kopalni i okolicy. Poniżej ich ogródek, w którym hodują pomidory. Te nędzne i żałosne na wpół zasuszone pędy to jedyne rośliny w promieniu dziesiątek kilometrów, a zarazem powód do dumy dla podlewających je górników.


Tak wygląda ich prysznic – mój pierwszy od 4 dni!

A tak spiżarnia:

Bardzo miło wspominam te chwile. Goście żyją tam sobie i ciężko pracują w całkowitym odcięciu od cywilizacji! Założę się, że ci górnicy to byli komandosi, słynni szpiedzy i inne tego typu pustacie, kryjące się przed MOSAD-em i innymi agencjami z syndromem niewygasającej pamięci.

Bo do tej kopalni trzeba było kawałek pobłądzić – nie myśleliście chyba że zatrzymam się gdzieś tam przy samym asfalcie?

To było nawet nad chmurami! Fantastyczny widok. Zdjęcie nie oddaje klimatu.

Szosa na skraju oceanu

A tu już wróciłem na szlak nadmorski…
Przy drodze leżało to coś – do dziś budzę się po nocach rozmyślając co to miało znaczyć.


Wyjazd z trasy nadmorskiej był top-adventure.
Okazało się, że mapa kłamie (jej zdjęcie zrobiłem z ręki innych zagubionych – młodego małżeństwa z miasta Antofagasta.

Okazało się po pewnym czasie błądzenia, że trzeba było pojechać taką jedną straszliwie zagruzowaną drogą pod górę.

Dopiero po jakimś czasie droga zaczęła wyglądać na przejezdną, a w końcu stało się w miarę jasne, że prowadzi dokądś!

Czyli do asfaltu. Zanim to się jednak nie stało – zaliczyłem piękną przełęcz o zachodzie słońca. Kolory gór były tak niesamowite, że co chwila robiłem zdjęcia.

A na sam koniec – rafineria już po zmroku.

 

Gejzery i San Pedro de Atacama

Cmentarz w porzuconej osadzie w drodze do San Pedro

To półka sklepowa w miasteczku u stóp Andów – San Pedro de Atacama

A tak wygląda droga do gejzerów Tanto. Miałem nadzieję na podróż przy słoneczku – pół dnia w jedną stronę. Ale w górach, jak to w górach, zrobiła się pogoda w kratkę. Słońce na zmianę z deszczem, śniegiem i gradem. A wyboje były pierwsza klasa.




Po dotarciu do celu – nagroda. Ser z bułą

A potem czekała mnie mordęga z drogą powrotną.




Pomoc górnika w Iquique

Droga do wybrzeża leciała jak strzał z lasera. Ale zanim się wyprostowała, czekała mnie przeprawa przez kręte góry – przy świetle księżyca w pełni. Dało się jechać z wyłączoną przednią lampą, co też uczyniłem. Wrażenie niesamowite.


W sklepie spożywczym pani właścicielka umyła moje menażki, a staruszka robiąca zakupy dała mi w prezencie jabco i pomidora.

Tradycyjnie wjechałem najwyżej jak się dało – żeby zobaczyć co jest na końcu drogi.

A na jej końcu byli goście, którzy siedzieli sobie przy drinku i sjestowali. Jak podeszli to już chciałem spierdzielać, ale okazało się, że są przyjaźni i w minuta osiem zostaliśmy super kumplami.

Naprawili mi bagażnik – tym razem już tak, że do końca podróży mi się nie rozwalił!

Ten motor musiał tak stać ze 20 lat – sądząc po korozji w tak suchym powietrzu. Na rączce wiszą gogle – NIKT ICH NIE DOTKNĄŁ PRZEZ TEN OKRES CZASU. Przynajmniej takie to sprawiało wrażenie.

 

Wizyta w kopalni

Po drodze zobaczyłem kopalnię tuż przy asfalcie.

Tak wygląda ich barak mieszkalny – cała ekipa to raptem 6-7 osób.

Pomyślałem sobie, że może jak poproszę, to mnie na chwilę wpuszczą.

Ale okazało się, że wolą spełnić moje skryte marzenie:


gość zabrał mnie na pół godziny zwiedzania

Pozwolili nawet pobawić się elementami spłonek elektrycznych i pomacać laski dynamitu – LEPSZE NIŻ CYCKI!
Niestety zdjęć nie pozwolił zrobić.


Koniec wycieczki!


A teraz – myk myk do sklepu z pamiątkami.

Przebierać wybierać. Facet specjalnie dla mnie rozwalił wielki głaz i wyszukał jak najpiękniejszy kawałek rudy!

Tak się uświnił aparat po całej tej wycieczce

A po całym dniu znowu w drogę – zachód słońca….

i biwak!

Następny wpis:

Cz. 5 – Starcie z oddziałem Chilijskiej armii

Cz. 5 – Bój spotkaniowy z oddziałem Chilijskiej armii. Broń: pamiątki!

Powodowany impulsem tuż przed przejechaniem do Peru zrobiłem sobie wycieczkę całodniową na wysokość 4800m do jeziora Chungara. Gdyby to nie było do końca jasne: dla kaprysu podróżnika zamiast jechać prosto do granicy odległej o 20 km po prostu pojechałem w bok robiąc 200 km tam i z powrotem po wertepach, wspinając się z poziomu morza na wys. 4.800m.

I tu niespodzianka, a zarazem nagroda!
Na wysokości około 4200 napatoczyłem się na oddział armii chilijskiej.

Dali sobie zrobić zdjęcie: robił je sam porucznik, dowódca oddziału. A z wymiany podarków za jedną z monet które kupiłem w Warszawie na Kole  + naszywkę armii tajwańskiej (akurat miałem!) dostałem naszywkę chilijską oraz…

KURDE! – dystynkcję od tego porucznika, który robił zdjęcie grupowe. Już odchodzili w swoją stronę, ale chłop specjalnie do mnie zawrócił i dał w impulsie przyjaźni.


Zajebista pamiątka –  zdecydowanie najlepsza z Chile, oprócz oczywiście wspomnień!

Całe spotkanie było jednocześnie ostatnim epizodem podróży po pustyni Atacama.

 
Cały epizod: rajd do jeziora Chungara
To jest koryto rzeki (wyschniętej), które stanowiło wylot doliny.
A dolina prowadziła do Boliwii, ale mój cel był parę kilometrów wcześniej – jezioro Chungara.

Tak wyglądają doliny rzek w na pustyni. Bez irygacji jedyne co tam rośnie to temperatura.


Na dole jeszcze byłą irygacja i domy. Potem zrobiło się puściutko

W sumie jeździły tam tylko ciężarówki z towarem do Boliwii – powypadkowe samochody itp.

Droga była w kiepskim stanie. Co chwila przerwy w dostawie asfaltu, remonty, kałuże…

I było strasznie zimno!

A potem droga zupełnie się popsuła. Koleiny i rozjeżdżony szutr.

Widoki piękne, ale nie zachęcały do dłuższego pobytu!

Jest! Zdążyłem w ostatniej chwili przed zachodem słońca! Wysokość 4590 metrów – ZIMNO!!!
Kolację zjadłem trzęsącymi się, zgrabiałymi łapami!


Powrót o zmierzchu był super – zachód słońca dopisał!
Poza tym hen daleko na zachodzie widać było światła miasta Arica – położonego nad oceanem. Widać je było ze 100 km.


…ale po linii prostej. W realnym życiu jak zwykle droga stanęła mi na drodze:
miałem jazdę slalomem między ciężarówkami i po wertepach i przebudowach.

… po ciemku


Ale przy okazji zaprzyjaźniłem się z kierowcą ciężarówki, który sobie nocował w szoferce.

Ja ze względu na zaawansowany zimnowstręt zrobiłem tzw. forced-march do niższych regionów. Namiot rozbiłem już na wysokości tylko ok. 500 m n.p.m.
Noc w namiocie była więc w fajnym pustynnym ciepełku.

A w nagrodę zafundowałem sobie śniadanko w ulubionej restauracji. Następny McDonald widziałem 5000km dalej! Słowo!


Cz. 6 – Rajd Dakar i Kanion Colca

Ameryka cz. 1 – Holyłud i eL-eJ

Jak wszyscy dobrze wiemy, potomkowie skazaców i wykolejeńców, wywiezieni do Nowego Świata, wymordowali jego mieszkańców i zajęli ich ziemie. Później stworzyli światowe imperium i trzymają nas wszystkich za twarz jednocześnie robiąc tzw. dobre miny do złej gry. Czyli produkują bomby i inne bronie grając o najwyższe stawki na szachownicy naszego świata.

Władza ta opiera się na dwóch filarach: robieniu wody z mózgu i kontroli drukowania kasy. Korzystając z okazji, unaoczniłem sobie oba miejsca.

 

1) Fabryka marzeń, zwana potocznie Holiłud, pełna jest zwariowanych i ekscentrcznych producentów i reżyserów. Wystarczyło, że zapuściłem się przysłowiowe pińćset metrów w dzielnicę willową, a już zaprzyjaźniłem się z egzemplarzem wzorcowym:

Nastąpiła wymiana barterowa: ja wyprowadziłem pięknej pani pieski, a ona zrobiła dokumentację fotograficzną.
Przejażdżka zarąbistym samochodem ekscentrycznego producenta – gratis!

I pamiątkowy odcisk terminatora, mojego ideału samotnego motocyklisty

 

2) Drugim źródłem potęgi USA jest kasa – stąd, jak rasowy terrorysta, zrobiłem zdjęcie budynku rządowego.

W czasie procederu zaprzyjaźniłem się z parą okolicznych mieszkańców.

 

Następna część:
Cz. 2. Szukamy Johna Connora… w Santiago de Chile