Ostatnie podrygi buszmena

Jeszcze 10 lat temu byłoby to niemożliwe technicznie.
Dwadzieścia late temu – byłby to dobry pomysł na opowiadanie SF.
Dziś to brutalna rzeczywistość. Internet jest wszędzie.

Ostatnie dni podróży po Australii. Zdjęcie obozowiska pośrodku buszu.

Po 5 minutach od zrobienia jest już dostępne czytelnikom z całego świata!

Kangurlandia – Epilog

Tak więc dokonało się – na przestrzeni czasu mojej wyprawy wchodziłem na góry i zbocza, oglądałem dziwne zwierzęta i penetrowałem jaskinie. Jadąc drogami i wertepami przejeżdżałem przez mosty (a także ich brak) oraz tunele. W zasadzie najeździłem się tak dużo, że jedyny tunel, przez jaki nie przeszedłem, to przewód pokarmowy krokoryla różańcowego (Crocodylus porosus).

Tak więc, objechawszy 13.5 tysięcy killometrów na motorze (jeszcze to czuję w tylnej części ciała), hułubiąc w głowie drogocenne wspomnienia….

————————–

Interludium ostatnie

Dwóch neurotechników Recall paliło papierosy patrząc z ulgą na znikające plecy klienta.
– Wreszcie polazł. Wyobraź sobie, że ten dupek zażyczył sobie wspomnienia z Australii z okresu tuż przed wybuchem III Wojny Światowej
– Co? Przecież tam były same skały nawet przed bombardowaniem atomówkami. Za mało mu widoku pustyń za oknami?
– Jak widać nie. Ale było z nim cyrku… Stary – kilka razy zaczął się ruszać, jakby czegoś szukał. Raz wyrwał mi z ręki notes i zaczął wyrywać kartki.
– Nieźle. Rzeczywiście powinien leżeć jak kłoda przez cały czas. Widocznie w implantowanych wspomnieniach działo się coś bardzo ważnego.
– Ale co? Gniótł dowody rzeczowe? Usuwał kartki z pamiętnika? Zresztą, nieważne! Zaraz zabieramy się za następnego. Widziałeś tego wielkoluda w recepcji? Całe życie pewnie żarł sterydy.
– Widziałem. Zażyczył sobie wycieczkę na Marsa. Założę się, że będzie cyrk. – rozgniótł papierosa. – Dobra! Do roboty – sprawdź klamry mocujące pacjenta – jeszcze będzie się wyrywał w czasie implantu i nas pokaleczy przy okazji.
– Taaa… jest, szefie.

————

pokornie mogę wracać do narzekania na tajwańską gastronomię.

K O N I E C

(The End)

Kangurlandia cz. 15 – Gura imienia sługi masonów (dlatego przez "u")

Ranek zastał mnie w mokrym namiocie – jak zwykle zresztą przez ostatnie dni.

trochę popadało i, jak to w górach, co chwila groziło dalszym intensywnym deszczem. Jednak to mnie nie powstrzymało przed eksplorowaniem historycznych pozostałości po XIX-wiecznej kolonizacji Australii.

.

Stopniowo jednak przejaśniało się

.

A  gdy po pewnym czasie dotarłem do małego górskiego miasteczka, pogoda zrobiła się niezwykle kolorowa – wyobraźcie sobie pełne słońce tuż po intensywnym wczesnojesiennym deszczu. I jeszcze w dodatku był to niedzielny poranek.

Kolory i kontrast z ostatnimi dniami były niesamowite.

Tak wiec do Parku Narodowego im. Fryderyka Kościuszki dotarłem w optymistycznym nastroju.

Do tego w motorze wyzerowałem licznik:

.

.

Po drodze mijałem piękne strumienie i inne rzeczy. Dzięki nadmienionym strumieniom udało mi się zaoszczędzić na zakupie butelki wody po 10zł za 1,5L :

.

Aby nadrobić opóźnienie, trochę ze wspinaczką oszukiwałem. Oszczędziłem sobie 3 godziny mordęgi w błocku.

.

Gdy tylko zsiadłem z krzesełka (cały wyciąg był dla mnie – dotarłem na miejsce 30 min przed zamknięciem wyciągu) rozpoczęła się potworna i mordercza zamieć śnieżna.
Dlatego właśnie na stacji dolnej kolejki dopytywali się mnie natarczywie, czy wiem co robię i czy mam latarkę i inne duperele dla mięczaków.

.

Śnieg i grad walił prosto w oczy, tak że trzeba mi było się przez 6 km pochylać, żeby jakiś poryw mnie nie zwiał ze śliskiego szlaku.

.

W końcu zacząłem zbliżać się do celu wycieczki.

Idę, idę…. i jestem! Oto proszę państwa historyczny moment zdobycia najwyższego pagórka na wyspie australijskiej.

„A dlaczego tak się zawziąłeś chopie, żeby tam iść?” zapytałby ktoś mnie nie znający dość dobrze.

Odpowiedź jest prosta:

Otóż w tym pięknym, oblanym promieniami słonecznymi miasteczku, które odwiedziłem rankiem, nabyłem drogą kupna super bułeczki kajzerki, normalną (oprócz wyrąbistej ceny) szynkę, oraz dżemik truskawkowy (kwaskowy, dobry!).

… i obiecałem sobie, że kolejny posiłek będzie na szczycie Mt. Kosciuszko.

Jak postanowiłem tak zrobiłem! MNIAM MNIAM MNIAM!!! NOM NOM NOM!!!

Dłonie tak mi zgrabiały od porywistego wiatru ze śniegiem, że przez pół godziny bolały jak po gaszeniu zapału armaty rogatywką, albo po chamskim zatkaniu zapału palcami (pamiętam to z podręcznika do histori do szk. podstawowych! To było w czasie insurekcji kościuszkowskiej albo jakoś tak.)

Droga powrotna była w niemal całkowitych ciemnościach.

.

Górna stacja kolejki – kaput z powodu śnieżycy i fajrantu.

.

Tak więc przez prawie dwie godziny schodziłem w dolinę po zaśnieżonym szlaku pogrążonym w ciemnościach. W większości przez ciemny las.

.

No tak – motor na swoim miejscu:

.

Jednak….

po odjechaniu ok 3km motor wziął i się zepsuł. Nie pomogło nic – noc spędziłem w namiocie w przydrożnym parowie w temperaturze -5 st. Celcjusza. Proszę na dowód, że to nie przelewki:

.

Rano okazało się, że motor zrobił definitywne kaput. Nawet ogrzanie słońcem i kopanie mu nie pomogło…

.

a pogoda zrobiła się SUPER piękna – po śnieżycy ani śladu. Dzięki!

.

Naprawa zapowiadała się na ok 2000 PLN, więc nie pozostało nic innego jak sprzedać motor mechanikowi…

.

a uzyskaną kasę przeznaczyć na torebkę orzeszków (bo na waciki by nie starczyła)

A miało być tak pięknie. Wywiady autografy, wizyty w zakładach pracy….

Ciąg dalszy: E.T. dzwoni do domu

Kangurlandia – E.T. dzwoni do domu

Tragiczna awaria mojego pojazdu marki Yamaha sprawiła, że dalej trzeba było awanturować się na piechtę. Ta nie do końca pozytywna sytuacja nie zmusiła mnie jednak do przerwania podróży.

„NEVER GIVE UP! NEVER SURRENDER!” jak mówili słynni bohaterowie , których heroiczne czyny można obejrzeć w historycznym filmie dokumentalnym pt. Galaxy Quest.

Śmiało podążyłem więc ku mojemu celowi – do miejsca, skąd można się połączyć z kosmicznym korabiem pionierów ludzkości, pędzących ku nowym przygodom gdzieś tam w międzygalaktycznych próżniach. Mówiąc po ludzku – trzeba było zadzwonić po pomoc drogową.

A więc do rzeczy!

Stolica Australii – Canberra – skrywa na swoich obrzeżach galaktyczną tajemnicę.

Tajemnica jest tak tajna, że w ofertach wycieczkowych NIE MA ŚLADU po możliwości dostania się do miejsca, o które chodzi. Ani autobusu, ani wycieczki oferowanej w hostelu…. Innymi słowy: Aby dotrzeć na miejsce trzeba się było przebijać na dziko.

Tak więc po przeanalizowaniu danych nadesłanych przez Zwiad Satelitarny…

postanowiłem dostać się tam na przełaj przez busz i poprzez rzekę nieznanej głębokości, a potem przez pasmo wzgórz pokrytych chaszczami, dzikimi kangurami, jednym rysiem (nie zdążyłem zrobić zdjęcia, tak samo jak i lisowi), oraz innymi potworami, które obserwowały mnie z ukrycia.

Uszczęśliwiony perspektywą zbliżającej się przygody ruszyłem z kopyta.

— * * * —

Pierwsza niespodzianka tego dnia – ruchomy punkt sprzedaży biletów – na przystankach. Dobry wynalazek: nie idź do kasy, kasa przyjdzie do ciebie.

.

Druga niespodzianka. RPSB (Ruchomy Punkt Sprzedaży Biletów) poinformował mnie, że trzeba mi bilet tzw. tranzytowy – z przesiadką. Jednak kierowca a jednocześnie kontroler, u którego miałem takowy kupić kazał mi jednak zamknąć mordę, siadać i siedzieć cicho „bo mi się to nie opłaca”. Widać mój stan niedogolenia a la Robinson Cruzoe uczynił cuda.

.

Kolejny autobus wywiózł mnie na skraj publicznej sieci komunikacji miejskiej. Dalej na piechtę.

.

Gdzieś za tymi wzgórzami kryje się miejsce, do którego zmierzam.

.

Niestety kasa się Australijczykom skończyła w budżecie i nie wybudowali mostu. Byłem jednak tak zdeterminowany, że gotów byłem iść po dnie, jak dzielna piechota rosyjska w czasie walki z germańskim nejeźdźcą. Znalezionym drągiem sondowałem dno (ok. 1m od powierzchni). Ciężko będzie…

.

Na szczęście jednak dzięki pracy zwiadu wiedziałem, że dalej w dół rzeki jest jakaś wyspa albo coś. Taka okoliczność pozwoliłaby skrócić długość przymuowej bądź co bądź kąpieli związanej z przeprawą. Postanowiłem zainwestować w spacer i pójść w kierunku rzeczonej wysepki widocznej na mapie satelitarnej.

Po przedarciu się przez nadbrzeżne chaszcze

(niektórzy lubią chodzenie w płaszczach, inni płodzenie w chaszczach, a ja lubię chodzenie w chaszczach)

dotarłem do upragnionego brodu – a w tym wypadku do progu skalnego, przez który rzeka się przeciskała.

.
Dało się przez to przejść suchą stopą – skacząc z kamienia na kamień. Ha!
.

Następnie przyszła kolej na wspinaczkę po ścieżkach wydeptanych – o pardon – wyskakanych przez kangury. Były niezwykle płochliwe i musiało ich być całkiem sporo – co parę minut tylko słyszałem oddalające się odgłosy skoków.

.

.

Tak to wyglądało z 1/6 drogi.

.
A tak wygląda prawdziwy australijski busz – kamienisty grunt z powyrastanymi dość często drzewami.

Okazało się, że wokół miejsca do którego zmierzałem, ktoś wcześniej koczował i się czaił. Być może to obcy, liczący na skorzystanie z emergency phone wybudowanego w pobliżu.

.

Na wszelki wypadek udokumentowałem szczątki biologiczne:

Ale będzie numer, gdy jeden z czytelników, profesor nauk przyrodniczych, stwierdzi, że takiej kości nie miało żadne zwierzę jakie kiedykolwiek chodziło/stąpało po powierzchni ziemi.

A cały ten trud po to aby….

dotrzeć do DEEP SPACE COMMUNICATION COMPLEX – czyli do zarąbistej anteny nadawczo-odbiorczej!

Pierwsze spojrzenie…

i z połowy zbocza pokrytego buszem i kangurami

A tu proszę – jak zwykle mimo piętrzących się trudności dotarłem na miejsce. SUKCES!

W muzeum przylegającym do anteny można było zobaczyć żarcie kosmonautów

oraz kamień księżycowy (kupiony na eBayu)

A także dowiedzieć się różnych rzeczy o tej wspaniałej antenie.

Oraz nażreć się niedosmażonych frytek w restauracji z widokiem na antenę.

Wokół kompleksu, na przynętę dla obcych rozstawiono krowy,

które zgodnie z licznymi świadectwami rozżalonych amerykańskich farmerów, są ulubionymi ofiarami porwań przez UFO.

.

I tym humorystycznym akcentem kończę.

.
Następny odcinek:
Kangurlandia – Epilog

Czyli jednak!

Odcinek specjalny.

Właściciel tego kolesia z sądu, który się raz zerwał ze smyczy:

(szczegóły tutaj: http://www.pardon.pl/artykul/6977/skandal_czlowiek_lecha_walesy_uderzyl_kamerzyste_zobacz

był jednak agentem o ps. BOLEK!

Miłego czytania, sługusy POstkomunizmu!!! W śmierdzącej Wyborczej tego nie przeczytacie!

W śmierdzącej wyborczej przeczytacie za to, że za nawałę medialną odpowiedzialni są „wszyscy” a nie zasrana GW z apelem durnia Wajdy na czele.

http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article587633/Swiadek_Walesa_byl_Bolkiem.html

Były prezydent kontra Wyszkowski

Świadek: Wałęsa był „Bolkiem”

Były funkcjonariusz MO w Gdańsku, Janusz S. zeznał przed Sądem Okręgowym w Gdańsku, że Lech Wałęsa w połowie grudnia 1970 r. został zwerbowany do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa jako agent o pseudonimie „Bolek”. „Do 1974 r. prowadziłem teczkę pracy i personalną Lecha Wałęsy jako TW Bolek” – powiedział świadek

64-letni emerytowany Janusz S. zeznawał jako świadek w procesie o naruszenie dóbr osobistych z powództwa Lecha Wałęsy przeciwko b. działaczowi Wolnych Związków Zawodowych Krzysztofowi Wyszkowskiemu.

Sprawa dotyczy telewizyjnej wypowiedzi Wyszkowskiego z 16 listopada 2005 r. o domniemanej agenturalnej przeszłości b. prezydenta. W tym samym dniu Wałęsa otrzymał od Instytutu Pamięci Narodowej status pokrzywdzonego. Zapowiedział wówczas, że będzie od tego momentu pozywał do sądu osoby, które nadal będą twierdzić, iż był on agentem służb specjalnych PRL. Wałęsa domaga się od b. działacza WZZ przeprosin oraz 40 tys. zł zadośćuczynienia na rzecz Szpitala Dziecięcego w Gdańsku-Oliwie.

„Do 1974 r. prowadziłem teczkę pracy i personalną Lecha Wałęsy jako TW +Bolek+. Jego współpraca z SB od chwili pozyskania, między 15 a 17 grudnia 1970 r., była intensywna przez 3-4 miesiące. Spotkania z nim oficerów prowadzących odbywały się kilka razy w tygodniu, a w jednym przypadku 2-3 razy dziennie. Do czerwca 1971 r. Wałęsa dostał za współpracę 20 tys. zł, przy średniej pensji stoczniowca 1600 zł” – powiedział Janusz S.

Janusz S. pracował od 1968 r. w Komendzie Wojewódzkiej MO w Gdańsku w pionie bezpieczeństwa. Jak wyjaśnił przed sądem, zajmował się tam m.in. opracowywaniem dokumentacji z przesłuchań ze źródłami informacji SB oraz tworzeniem kartotek personalnych agentów.

Świadek podkreślił, że nigdy w tym czasie nie widział Wałęsy, a wiedzę o jego współpracy ma na podstawie przekazywanych mu dokumentów, w tym meldunków i pokwitowań pieniędzy.

Jak zeznał Janusz S., podczas jednego ze spotkań w hotelu „Jantar” z udziałem zastępcy szefa gdańskiej SB Wałęsa dostał jednorazowo 1500 zł; bezpiece zależało wówczas, aby nie doszło do drugiej fali strajków w Stoczni Gdańskiej, planowanych przez robotników na 19 i 20 stycznia 1971 r.

Janusz S. dodał, że po pierwszych intensywnych miesiącach współpracy Wałęsa donosił niechętnie i do składania przez niego meldunków dochodziło już doraźnie.

Jak zeznał, po spaleniu Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku w grudniu 1970 r. na przesłuchania przywieziono autobusem 30 stoczniowców. W tej grupie był też Lech Wałęsa.

„Jeden z przesłuchujących Wałęsę oficerów, który wyszedł na papierosa, mówił wówczas +Mamy go. Przysięgał na krzyżyk, że będzie lojalny i będzie z nami współpracował+. Widziałem potem na własne oczy napisane odręcznie przez Wałęsę i podpisane takie oświadczenie. Było w nim napisane, że zobowiązuje się do zachowania w tajemnicy współpracy z SB” – powiedział Janusz S.

W opinii Janusza S., Wałęsa zdecydował się na kolaborację z SB dobrowolnie i bez szantażu. „Jeśli o dobrowolności możemy mówić w sytuacji dwugodzinnego przesłuchania w nocy” – dodał.

Janusz S. mówił, że w ramach swoich obowiązków – prowadzenia teczki TW „Bolek” – uzyskał też informację z zarządu Wojskowej Służby Wewnętrznej, że Wałęsa pełniąc służbę wojskową był wcześniej pozyskany także do współpracy przez WSW.

Świadek wyjaśnił, że kilka lat temu, kiedy dowiedział się o kłopotach sądowych Wyszkowskiego, wysłał do niego, a także do Anny Walentynowicz, maila, że jest gotów świadczyć o współpracy Wałęsy z SB w sądzie. „Coś wtedy we mnie pękło. Nie ujawniałem się natomiast ze swoją wiedzą wtedy, gdy sąd lustracyjny w 2000 r. orzekł, że oświadczenie lustracyjne Lecha Wałęsy jest prawdziwe. Nie chciałem się wtedy w to mieszać, wiedziałem m.in., ile dokumentów zostało zniszczonych” – dodał.

Na rozprawie nie było Wałęsy i Wyszkowskiego. Na jej początku pełnomocnik b. prezydenta Ewelina Wolańska, powołując się na czas żałoby narodowej, zaproponowała ugodę. Miała ona polegać na oświadczeniu Wyszkowskiego do protokołu o tym, że przeprasza i wycofuje się ze swoich słów na temat Wałęsy. Strona powodowa zrezygnowałaby wówczas z innych roszczeń. Pełnomocnik Wyszkowskiego, Jolanta Strzelecka powiedziała jednak, że nie może się skontaktować z przebywającym obecnie za granicą Wyszkowskim i nie zna jego stanowiska w tej sprawie.

Kolejna rozprawa odbędzie się 6 lipca.

Kangurlandia cz. 12 – Van Diemen's Land

(część pościgowa w trakcie pisania)

Tasmania to kawałek Australii, który obraził się na resztę tej wyspy i odpłynął kawałek na południe. W związku z tą okolicznością, aby się na nią dostać, należy kupić bilet na miejscowy odpowiednik promu Heweliusz.

Po przymocowaniu motoru do podłogi (pokładu) można zabrać się za podziwianie morskich bałwanów w całkowitej ciemności.
O bladym świcie prom dopływa i wszyscy pasażerowie są wyrzucani z kabin na poranny ziąb.

Niestety walił deszcz. Miało to swoje dobre strony – przez 6 godzin licząc od świtu siedziałem uzupełniając załączniki do podań na uczelnię.
Niech żyją wakacje!
Od miłej obsługi dostałem dostęp do źródła zasilania, a nawet darmową kawę. Z tą kawą to chyba liczyli, że mnie ożywi i sobie pójdę gdzieś indziej.

Na szczęście po południu zrobiło się całkiem całkiem i ruszyłem na eksplorację wyspy.

Zrobiła się złota polska jesień.

Godzinę później znowu zaczął walić deszcz. i walił przez cały czas.
Gdy doturlałem się na drugi koniec wyspy, mokry namiot i śpiwór był jedyną opcją.

.

Diabeł polski spotyka diabła tasmańskiego

Następnego dnia w sumie ku mojemu zaskoczeniu pogoda zrobiła się super. Jednak moje całonocne mantry typu „niech piekło pochłonie taką jazdę” spełniły się – spotkałem diabła.

Te urocze pluszaki to nie prawdziwe diabły, jak polscy politycy z PO, ale zwierzęta endemiczne dla Tasmanii.

Jak opowiadał opiekun tych pieszczochów, żrą one WSZYSTKIE materiały pochodzenia zwierzęcego – łącznie ze sobą nawzajem.
Pokazowe karmienie było bardzo śmieszne: w wybiegu z DWOMA diabłami gość wrzucał JEDEN kawałek mięsa.
W związku z tymi okolicznościami zwierzaki przez ponad pół godziny wyrywały sobie ten kawał z mord, ganiając się dookoła zagrody komicznie przy tym dysząc. Zwierzak, który akurat miał w mordzie rzeczony kawał mięsa zatrzymywał się żeby łapiąc oddech coś z niego użreć. Wtedy drugi dopadał pierwszego (najczęściej od tyłu z zaskoczenia) wyrywał mięcho i gonitwa zaczynała się od początku.
Pokładałem się ze śmiechu. Przypominało to perypetie z tym zwierzakiem:

Karmienie kangurów:

.

Port Artur – kolonia karna

Ja tam sobie spacerowałem, a następnego dnia przeczytałem sobie w Internecie, że w tym miejscu jakiś gość, wkurwiony, że Japońce robią mu nad uchem zdjęcia i planują kolejne Pearl Harbor, załatwił ponad trzydziestu (info o tym w połowie artykułu). Byłem w tym barze! GIT!

29 kwietnia 1996 roku w Port Arthur na Tasmanii uzbrojony w broń półautomatyczną Martin Bryant zabił 35 osób i zranił 20. Strzelał w kawiarni pełnej japońskich turystów, w pobliskim pubie oraz do przejeżdżających ulicą pojazdów. Po zatrzymaniu ten 28-letni mężczyzna o przyjaznym wyrazie twarzy i długich blond włosach był badany przez czterech biegłych psychiatrów, którzy starali się dociec przyczyny tak desperackiego postępku. W wyniku owych konsultacji postawiono cztery różne diagnozy.

Pierwszy z lekarzy stwierdził, że pacjent ma schizofrenię paranoidalną, drugi orzekł, iż jest to psychopatia, trzeci zdiagnozował zespół Aspergera (będący odmianą autyzmu), czwarty zaś ograniczył się do stwierdzenia, iż Bryant nie ma syndromu Aspergera.

.
Tak wygląda kolonia:

—————————

A teraz mały wtręt historyczno-socjologiczny:

Wszyzscy wiedzą, jakie cyrki były z ruskimi gułagami i niemieckimi robotnikami przymusowymi.

To zamienianie ludzi w niewolników dostarczających darmowej pracy było CECHĄ SYSTEMOWĄ określonego typu gospodarki i ekonomii. Bez tej pracy te imperia nie miałyby prawa się utrzymać przy życiu. O ile ekonomia Imperium Rzymskiego była typu łupieżczego (dobrze odmieniłem?) WIĘCEJ TUTAJ, to wiktoriańska Anglia, ZSRR, III Rzesza – wszystko to opierało się na bezwzględnym wyzysku własnych i cudzych obywateli.


TO SAMO CO POTĘPIANI PRZEZ NAS RUSCY I NIEMCY robiło swego czasu wspaniałe Imperium Brytyjskie – i do tej pory nie doczekało się potępienia!
Ludzi brali w dyby za choćby kradzież chusteczki i zsyłani do kolonii karnych na końcu świata PO TO, ABY WŁASNYMI RENCAMI I MRÓWCZĄ PRACĄ WYKUWALI TAM WSPANIAŁĄ PRZYSZŁOŚĆ IMPERIUM.

—————————

Parę urywków z opisów kolonii:

.
A tu padam ofiarą wydajności tasmańskiej policji – zakuli mnie w dyby za sranie po krzakach:

v

Wnętrza domów wyglądają tak, jakby ich właściciele mieli wrócić lada chwila.

.

Wyprawa do Wyspy Tasmana

Po raz drugi okazało się, że jadąc na chybił trafił trafiłem IDEALNIE, tj do miejsca gdzie oferuje się zarąbiste wycieczki morskie, które widziałem reklamowane jeszcze na promie.

.

Tu już po 15 minutach jedna dziewczyna wymiękła i zarzygała burtę w drodze na tył łodzi. HA HA HA!

.

Proszę bardzo – widok z samego dziobu, miotanego w górę i w dół przez rozszalałe Morze Tasmana.

.

Deklarowanym celem wycieczki było oglądanie fauny morskiej – ot i foka!

.

… oraz formacji skalnych – oto jedno ze zdjęć, bynajmniej nie najlepsze.

W końcu płynęliśmy pod wiatr – więc wszystkich innych wymiotło na tył łodzi (który zgodnie z tradycją morską buja najmniej). Wytrwałem tylko ja – zaprawiony jazdą na motorze do kontroli zmysłu rónowagi

Wyspa Tasmana zamieszkana jest prze 3 rodziny pilnujące latarni morskiej, oraz TYSIĄCA kotów, które sprowadzone na wyspęrozmnożyły się w sposób niekontrolowany i wyżarły WSZYSTKIE ptaki. Czym się teraz żywią – nie wiem, bo zamiast pytać dalej obśmiewałem w myślach pierwotną informację.
Wiem tylko, ze kolesie planują wyłapanie tych kotów i przeniesienie ich gdzieś indziej  – tak żeby populacja ptaków mogła się odrodzić.
(jak nie będzie komentarzy, to wytropię paru czytelników po ich numerach IP, a następnie załątwię, żeby całą tą kociarnią zaopiekowała się ich sąsiadka)

W drodze powrotnej napotkaliśmy stado delfinów. Ich tradycyjne wyskoki (w języku delfinó oznaczające „Wynoch stąd, wy łyse małpy!) w ostrym świetle zbliżającego się do zachodu słońca były syperanckie.

.

I na zakończenie dnia – zachodzik

Ciąg dalszy: kopiec Kościuszki

Kangurlandia cz. 11 – Święte góry

Po środku samego środka Australii planiści wybudowali świętą górę Aborygenów, zwaną przez nich samych ULURU, a przez potomków bandytów i złodziei, zsyłanych do Australii przez Imperium Brytyjskie – AYER’s ROCK.

Po krótkim objeździe na motorze, spróbowałem dogadać się z górą, aby pozwoliła mi na drodze wyjątku wejść na swój teren.

– Święta góro! – zawołałem. – Pozwól mi wejść na siebie!

Góro, góro, a gdzie masz dupę?

Rozeźlony w akcie desperacji wykrzyknąłem: – Góro, sznurowadło ci się rozwiązało!
– Co?! Gdzie? – zdziwiła się góra i schyliła się w dół.
Wtedy błyskawicznie zastosowałem ulubioną technikę znanego wszystkim ostatniego sprawiedliwego – kop z półobrotu.

Góra zaryła paszczą w glebę, ale szybko się podniosła.
– Dobre. Udało ci się to. Okazałeś się przebieglejszy ode mnie. W nagrodę powiem ci tajemnicę. Nie jestem zwykłą górą. Jestem meteorem. Udało się osiąść na ziemi łagodnie dzięki antygrawitacji. Natomiast mój kolega Gosses Bluff zaliczył dzwona prosto między oczy, bo zagapił się na cycki Księżyca (Księżyc była kobietą – tak jak Kopernik). Zawsze był trochę gapowaty.

I na tym rozmowa się skończyła. Wziąłem więc i pojechałem kawałek dalej – do góry Kata Tjuta – 44 km na zachód.

Góra musiała zostać już ostrzeżona o moim przybyciu, bowiem już przy dojeździe dostrzegłem szereg znaków zniechęcających:

(po angielsku ” DROGA SIĘ KOŃCZY”)

.

Polazłem na rekonesans do wąwozu, który wydawał się zachęcający. Góra jednak zaszumiała wiatrem, zachrzęściła lawinami i buczący głos, dochodzący telepatycznie do mojego układu wegetatywnego układu nerwowego. Usłyszałem komendę A-KYSZ.
Na samym końcu wąwozu kolejnej świętej góry zobaczyłem kolejny OMEN: „nie przechodzić za ten punkt!”


Tak więc przystąpiłem do Rytuału Połowy Drogi: pożarłem baton mars, napiłem się koli (niestety nie Pepsi!) i z tego najgłębiej położonego serca Australii w mojej podróży zacząłem udawać się na wybrzeże – do Tasmanii.

Część następna:
Van Diemen’s Land

Kangurlandia cz. 2 – Operacja Pustynna burza i poszukiwanie diamentów

Poprzedni odcinek: Kangurlandia cz. 1 geograficzne i astronomiczne uwarunkowania specyfiki australijskiej

Operacja „Pustynna burza”

Przez dwie godziny zblizałem się do burzy, która co chwila rozświetlała się błyskawicami.
Osoba jadąca na motorze powinna w takiej sytuacji przeczekać piorunobicie w bezpiecznym miejscu, gdyż nie jest wyposażona w klatkę faradaya, którą jest zazwyczaj samochód.
Ja jednak zamiast klatki faradaya miałem ułańską fantazję i śmierdzący niewyprany strój podróżnika, postanowiłem więc dzielnie przeć naprzód mimo rzucanych przez los obiektywnych trudności.


.
Po jakimś czasie okazało się, że burzy tradycyjnej towarzyszyła burza piaskowa.


.

Zrobiło się ciemno i zaczął wiać bardzo silny wiatr.

.
Miejscami zaczął padać deszcz…

.

I zachodzić słońce:

.

Kolory zrobiły się jak na Marsie (pamiętam z filmu TOTAL RECALL!, w związku z tym włączyłem sobie soundtraka do słuchania)

.

Te ciężarówki z przyczepami to słynne australijskie ROAD TRAINS, które są w Australii Zachodniej najbardziej ekonomicznym i jedynym sensownym środkiem transportu – kabina z kierowcą ciągnie czasem do czterech przyczep z towarem.
Poniżej patrzyłem jak jedna taka ciężarówa mija mój motor o milimetry.

.

Po zapadnięciu ciemności widać wyraźnie pożary buszu – widziałem je przez dwie noce pod rząd – na przestrzeni ok. 1000 km. Pustynia była całkowicie płaska.

.

A na koniec dnia czekał mnie kolejny biwak w ksztolach.

Dobranoc!

W poszukiwaniu diamentów

Do Iraku Amerykanie przyszli szerzyć ideały ostatniego stadium zdegenerowanej demokracji. Ich deklarowane ideały okazały się jednak równie materialne co iracka broń masowego rażenia (ang. weapons of mass distraction).
W rezultacie amerykańskie imperialisty sterowane przez masonów z Wallstreet, niczym wampiry ssące krew niewinnego dziewczęcia, ssią ropę z ziemi należącej do miłującego pokój narodu irackiego.
Na podobnej zasadzie mi udało się uzyskać wizę turystyczną do Australii. Zamiast zwiedzać muzea, do Australii pojechałem (przyjechałem) w poszukiwaniu diamentów, tudzież innych rud metali.

Diamenty można spotkać (i jest to bardzo radosne spotkanie) w tzw. złożach kimberlitowych – czyli w pobliżu wygasłych wulkanów, których okolice mogą zawierać diamenty w zerodowanym materiale, wyniesionym do powierzchni ziemi przez procesy wulkaniczne… i odwiewanie wiatrem.
Tak więc jadąc przez pustynię, uważnie przypatrywałem się krajobrazowi, szukając okazji na wzbogacenie się.

Proszę bardzo, znalazłem!

A więc ruszamy na poszukiwania! Kilometr dzielący to właśnie przeze mnie odkryte złoże diamentów pokonałem w podniosłym nastroju, śpiewając Bogurodzicę i inne wzniosłe pieśni.

Snułem także plany… Na początek kupię sobie gdzieś prywatną wyspę…

Albo nie! Wpierw spłacę ZUS, potem Urząd Skarbowy, a z tego co zostanie… może starczy na frytki w McDonaldzie.

Wspinaczka zajęła 3 minuty – wulkan był bowiem bardzo wygasły – to znaczy została po nim praktycznie kupa kamieni. Może wysoka na 10 metrów, nie więcej.

Ani na niej, anie przeszukanych skrupulatnie najbliższych okolicach osypiska NIE ZNALAZŁEM ani jednego diamentu! (Myślicie, że bym się przyznał, gdybym jakiś znalazł?)

W związku z tym porozglądałem się po okolicy, i tyle. Ciekawe co było w środku, nie dało się zajrzeć – było zbyt ciemno.

Może jednak są tam diamenty? Hmm… a może by tu… w sumie dobre miejsce, gdzie ja mam papier… jest!

Robiąc pobieżną inwentaryzację zawartości kieszeni w międzyczasie nacharchałem do szczeliny w samym szczycie. Czy ktoś z was napluł kiedyś do środka kateru? Cetralnie mu między oczy? Do tego trzeba mieć cojones, moi drodzy!

—————
Interludium I

GALACTIC NEWS NETWORK

ANNO DOMINI 25 832 456. Kwiecień.

PREZENTER: Witamy państwa, podajemy ostatnie wiadomości.
Sensacja. Po ponad 200 milionach lat odnalazł się autonomiczny próbnik wysłany na odległą planetę SOL-III. Niestety wpadł on do wulkanu w czasie pobierania próbek lawy. Usterka w układzie przechowania energii uniemożliwiło mu wydostanie się z pułapki. Dopiero gdy rdzeń wulkanu zerodował całkowicie,  wystawione na energię płynącą z gwiazdy kolektory słoneczne zebrały ilość energii niezbędną do regeneracji układu napędowego, startu pojazdu i wygenerowania przejścia powrotnego przez hiperprzestrzeń.
Największą sensacją jest jednak próbka biologiczna, jaką sonda zebrała! Otóż analiza wsteczna ujawniła, że jeden z prehistorycznych mieszkańców tej planety, dokonawszy śmiałego czynu zbliżenia się do krawędzi wulkanu, nacharchał do środka, obdarowując nas drogocennym prezentem w postaci próbki materiału genetycznego!
Naszym naukowcom, gdy już ochłonęli z entuzjazmu po tak przełomowym odkryciu archaicznego DNA, udało się zsyntetyzować replikę tej istoty małpokształtnej. Według pierwszych ocen jest to długo poszukiwane brakujące ogniwo między bezrozumnymi zwierzętami, a cywilizowanymi istotami ludzkimi.

Dzięki regeneracji pamięci komórkowej, udało się odtworzyć osobowość istoty w stanie w chwili pozostawiania próbki biologicznej. Teleportujmy się do labolatorium, gdzie trwa gorączkowa praca nad przywróceniem tej mołpoidalnej istoty do życia.

[KSZZ!!! zmiana ujęcia. Labolatorium]

Naukowiec: Re-kreacja organizmu właśnie zbliża się do końca. Użyliśmy całe pozyskane charcho-DNA, aby odtworzyć organizm wraz z jego osobowością z chwili pozostawienia wydzielin jamy gębowej.
Jako dodatkowy bonus mieliśmy do dyspozycji inny prezent. Jest on tak wspaniały, że dochodzimy do wniosku że został umieszczony na zaginionej sondzie celowo aby dostarczyć nam bezcennej wiedzy biologicznej. Dzięki przebogatej próbce uzyskaliśmy nieoceniony choć tylko niepełny wgląd w skład pokarmu, jakim istota się zywiła. Pozyskane DNA pozwoliło na odtworzenie trzech gatunków roślinnych (np. pszenica) oraz dwóch zwierzęcych (krowa i byk). Chojna przesyłka z przeszłości jest sensacją archeologiczną na miarę lokalnej grupy galaktyk…   Przepraszam… O!! już się budzi!! Za 5 sekund nastąpi włączenie świadomości! 5… 4… 3…

REPORTER: Posłuchajmy, co ma do powiedzenia ten osobliwy przybysz z przeszłości!

PRZYBYSZ: ….wa jego mać! Chusteczki zostały przy motorze! Trudno, znowu trza rwać książkę… ZARAZ! Co to? Gdzie ja jestem?
NAUKOWIEC: Witaj, obca istoto! Jesteś w galaktyce M31, labolatorium 23X98V na planecie Wulkan-II.

PRZYBYSZ: O, rozumiem. Uratowaliście mnie przed kolejną turą postkomunistycznych rządów PO! Dziękuję!! A moja planeta?

NAUKOWIEC: Niestety rządy PO obróciły planetę w pustynię, po której chulał wiatr. Potem poszła zupełnie w P**ZDU w czasie pobliskiego wybuchu supernowej. Została tylko opalona na węgiel skała.

PRZYBYSZ: Piękne. I co ja teraz z sobą zrobię?

NAUKOWIEC: Postanowiliśmy odremontować twoją planetę i odtworzyć najlepiej jak się dało, korzystając z zapisów w twojej pamięci.

PRZYBYSZ: A inni ludzie? A… będę miał bezprzewodowy Internet?

NAUKOWIEC: Ludzi nielza jak zrobić. Rozlazłoby się to po całej waszej galaktyce w poszukiwaniu ropy. Wygenerujemy ci tylko kilka tysięcy samic, abyś nie czuł się samotnie. A internet – podłączymy cię do zasobów całej lokalnej grupy galaktyk. Powinno ci wystarczyć.
PRZYBYSZ: LISTO!*
NAUKOWIEC: Aha, aby pomóc ci w konswerwacji twojego organizmu i utrzymaniu homeostazy, na całej planecie co 20 metrów postawimy kible. Na wszystkich kontynentach. Zadowolony? Ta wizja dominowała w twoim umyśle w chwili pozyskania przez nas twojego materiału genetycznego.
PRZYBYSZ: Tak…. W sumie wszystko jedno. Ale zaraz…  A co to mnie tu tak uwiera przy miednicy…
NAUKOWIEC: A! To nasz największy dar dla Ciebie. Wiedząc, w jak wielkiej potrzebie pochodnych celulozy byłeś w chwili obdarowywania nas twoim DNA, zmodyfikowaliśm je i z twojego boku będzie się generować wstęga tak zwanego papieru szer. 18cm. Nasi gen-technicy obliczyli, że prędkość 20cm na dobę  da ci jedną rolkę na tydzień. Czy tyle wystarczy?
PRZYBYSZ: K**WAAAAAA………..!

(Koniec interludium)

* – listo (hiszp.) znaczenie słowa wyjaśnione tutaj i tutaj. W powyższym wpisie nastąpiły zmiany poprodukcyjne, z czego wynikł paradoks czasowy.
————————

.
Rozczarowany i z pustymi rękami, ale przynajmniej raźnym i lekkim krokiem zawróciłem w kierunku pozostawionego na poboczu środka transportu.

Z całej wyprawy jedyne co znalazłem to kawałek kamienia z inkluzjami rudy żelaza!

Moja epicka podróż turla się dalej!

 

NEXT PART: Następny odcinek: Australia 2: radzież motoru oczami Sherlocka Holmesa
Początek podróży tutaj.

Kangurlandia cz. 3 – Kradzież motoru oczami Sherlocka Holmesa

Poprzedni odcinek: Operacja Pustynna burza i poszukiwanie diamentów

 

Sherlock Holmes to postać budząca podziw u wszystkich. Jest tak ze względu na niesamowitą wręcz spostrzegawczość i umiejętność kojarzenia ze sobą faktów.

Najsłynniejsza opowieść o tej budzącej zazdrość umiejętności tutaj:

Sherlock Holmes was helping Watson with his taxes.
To the smug face of Sherlock, an overjoyed Watson exclaimed, „Another brilliant deduction, Holmes!”
HA HA HA! Temat wybitnie kwietniowy – w przywiślańskim kraju zbliża się czas składania deklaracji.

Żaden Sherlock Holmes nie pomoże jednak w rozwiązaniu zagadki poniżej!
Ileż godzin przetrawią nad nią ludzie z obsługi motelu, na którego parkingu się zamelinowałem na noc: pozostawiony na betonie ślad po oleju (nieszczelna uszczelka skrzyni biegów) i obok kamień, który ktoś przetargał 200m z klombu z drzewkami naprzeciw recepcji…

Nawet nie będę próbował Was prosić o zgadywanie co się stało. Nie macie szans! Opowiem po prostu jak było:

1) Zaparkowałem motor na parkingu przy jakimś zamkniętym na noc motelu. Motocykl postawiłem przy planowanym miejscu rozstwienia namiotu (ważne) a potem ten namiot rozstawiłem.

2) Przeniosłem namiot pod drzewo, żeby mniej się rzucał w oczy.

3) około 1.00 w nocy słyszę, że coś się dzieje 50m ode mnie od strony śmietników (zmęczony podróżą nie zwróciłem uwagi, że tam są).
Po jakimś czasie przestało hałasować, a ja zapadłem w niespokojny sen zmęczonego (ważne!) człowieka.

4) nagle na granicy snu i jawy dobiega mnie odgłos odpalanego motocykla!
Poderwało mnie na baczność – wyglądam przez otwór drzwiowy namiotu. Patrzę – nie ma motoru!!!!
Informacja została natychmiast przetworzona i zamieniona w czyn. Neurony jeden po drugim przechodziły z trybu „śpię, odwalcie się” na tryb „walka”. Ktoś zasunął mi motor i próbował go właśnie odpalić z pychu!

5) Wypadłem z namiotu jak stałem, czyli w skarpetkach (i spodniach), i pognałem aby rzucić się z kłami i pazurami na złodzieja.
Głośno klapiąc platfusami dokłusowałem do recepcji ok 200 m dalej. Tamtędy złodziej musiał przejechać, aby wyjechać z parkingu. Butów nie zakładałem, wierząc że 10 sekund jest więcej warte niż dodatkowa odporność na nierówności nawierzchni.

6) Pusto!! Całkowita cisza. Już odjechał kiedy jeszcze wydostawałem się z namiotu!!

Brak odgłosu motoru. Może się zaczaił gdzieś w krzakach!…

Nie myśląc się nad szczegółami, zająłem sobą miejsce gdzie przebiegała jedyna droga wyjazdowa z motelu. „Zablokuję gościa jak odpali motor w ciemności i będzie chciał wyjechać z terenu” pomyślałem.

7) Z sekundy na sekundę coraz większe połacie moich płatów czołowych budziły się i meldowały na stanowiskach bojowych: Nie jestem Terminatorem i nie będę szedł na czołówkę z rozpędzonym motorem.
Chwyciłem więc i wyrwałem z ziemi głaz wagi ok. 5kg. Akurat dobry na rzut 3-5 metrów.
Jak gość się spróbuje uchylić jadąc, zaliczy glebę. Wiem bo kierownica mojego motoru jest za mocno skręcona i ciężko się obraca.

Adrenalina dodała mi umiejętności analitycznych. Mam dwie opcje:

a. Jeśli zrobi unik, złodziej w optymalnym dla siebie wariancie wyląduje w krzakach ze mną na karku w półtorej sekundy potem.

b. Jak się nie uchyli to zaliczy centralnie całusa od miejscowych formacji piaskowców w kolorze kremowym. Cała przyjemność z całą pewnością po mojej stronie. Zamiast nowego motoru będzie miał mordę jak buldog.

8. Czekam. Adrenalina i wściekłość pulsują w żyłach i mózgu. Zaraz złodziej będzie miał przykrą niespodziankę, a ja poopowiadam zszokowanym policjantom o granicach obrony koniecznej w PRL-bis i słynnych złodziejach transformatora.

NIC…

Kamień naszykowany do rzutu.
Za chwilę  z głośnym okrzykiem THIS IS SPARTA!!! cisnę mój pocisk w jedynie słusznym kierunku…

9) Nie słuchać dźwięku silnika. Powoli idę w kierunku namiotu.

Czuję się jak obrońca średniowiecznego zamku w środku niespokojnej nocy. Na murze w nieprzeniknionym mroku nocy słychać skrobnięcia wspinających się intruzów. Za kilka sekund rozpocznie się pandemonium, a wydarzenia przyspieszą jak Kubica na starcie z pierwszej pozycji.

10) Gdy już dochodzę czujnie do parkingu, widzę… mój motor – stoi jak stał.

No to pięknie. Mam halucynacje dźwiękowe. Moi wrogowie mieli rację – ze mną jest coś mocno nie tak! Załamany idę spać.

11) A jednak nie! rano okazuje się, że śmietniki są poobalane (na zdjęciu powyżej w głębi). Widać w nocy jakiś pies w końcu je powywracał, żeby dobrać się do zawartych w środku resztek. Łomot upadającego plastikowego śmietnika jest do złudzenia podobny do pierwszego ryknięcia odpalanego silnika motoru.

Zagadka rozwiązana!

I co, domyślilibyście się jaka niesamowita historia kryje się za kamieniem leżącym obok kilku rozlanych kropel oleju silnikowego?

To prawie jak znakomita scena z początku filmu „Szeregowiec Ryan” – gdy widzimy las krzyży, które nic nam nie mówią o dramatycznych historiach kryjących się za każdym z nich.

Następny odcinek: Różne perypetie
Początek podróży tutaj.

Kangurlandia 9 – Noc w kraterze i krater w nocy

W tym rozdziale: Niczym w dziewiętnastowiecznej powieści nasz bohater osiągnie środek czasoprzestrzenny swojej podróży. Spędzi noc w największym kraterze w Australii. Ponadto o nocnych spacerach i co z tego wynikło.

Noc w kraterze położonym* 100 km od najbliższych siedzib ludzkich stała się historyczną koniecznością z uwagi na zainteresowania astronomiczne piszącego te słowa.

———
* e tam „położonym”. Ktoś go pierdzielnął z przytupem aż kangurom i tubylcom gacie pospadały w promieniu 1000km!!

Otóż na zachód od miejscowości Alice Springs, 124 miliony lat temu (się znowu spóźniłem i moja podróż to musztarda po obiedzie)

w znękaną nadmierna rządami PO Ziemię przywaliła kilometrowa asteroida.

Zrobił się wielki huk, ziemia zadrżała i wypiętrzyła. Zwierzęta zmieniły się w parę (te stojące najbliżej) lub na własnych nogach oddaliły się od miejsca katastrofy. Możliwe są też oczywiście stadia przejściowe między tymi alternatywami, np. lot odepicentryczny krwawych przemielonych szczątków.

Ale do rzeczy: Ten zarąbisty krater, zwany Goosses Bluff, oddalony jest ok 200km od najbliższego miasta.
Chętnemu odwiedzić to odludne miejsce na przeszkodzie staje droga.

Do pokonania jest ok 50km drogi pełnej piachu, wybojów typu „falka” i słońca walącego po oczach prosto znad horyzontu.

…choć z drugiej strony wyglądać to może fajnie…

to jednak zapewniam, że jazda w takich warunkach jest KOSZ-MA-REM.
Jeszcze przez kilka godzin ciemności ćmiło mi się w oczach od patrzenia w kierunku słońca.

.

Dla wytrwałego czeka jednak nagroda. Zza horyzontu powoli zaczynał ukazywać się cel podróży – fajowy krater po meteorze z filmu Armageddon.

.

Do celu dotarłem po kilku godzinach walki z drogą. W kraterze o średnicy wewnętrzenej 1 kilometr byłem całkowicie sam – ciemności nie liczę, bo się nie odzywała. Oto pamiętna chwila uwieczniona na ładującym się GPSie

Krater znajdował się DOKŁADNIE w połowie zasięgu mojego stalowego rumaka – czyli 200km od Alice Springs. Zapasowa waha wlała się po sam kurek wlewu, w kanistrze pozostawiając dosłownie jeden łyk (50ml) cieczy.

Po nakarmieniu rumaka, przyszła kolej na jeźdźca (ale nie germańskiego oprawcy).

.

A po tym, jak księżyc w pełni wychynął znad krawędzi krateru, zrobił się klimat na wampiry oraz lekturę. Było całkiem jasno – można było książkę czytać, co też zresztą zrobiłem – bo książka była o Księżycu, z którego strzelano meteorami w Ziemię, więc wszystko się zgadzało.

.

.

Na początku było jednak bardzo ciemno – to widok krateru w nocy.

.

A to wspomniany wcześniej księżyc, ostrożnie zaglądający w czeluści krateru: kto też znowu odwiedził nasze skromne australijskie progi?

.

Gdy obudziłem się o 2 w nocy, było tak jasno, że postanowiłem udać się na przechadzkę po zboczach krateru. Latarka nie była potrzebna. Przy świetle księżyca wspiąłem się na szczyt jednego z osypisk.


——————
Na wspinanie się na największe ściany miałem trochę cykora – poszedłem więc spać, aby kolejne etapy eksploracji zrealizować przy świetle dziennym.


..
Krater w promieniach wschodzącego słońca wyglądał zarąbiście.

.

Na rozstawionych w różnych miejscach tabliczkach informacyjnych wyczytałem, że kometa, która tak fajnie grzmotnęła o ziemię tworząc w dalekosiężnej konsekwencji park narodowy, miała 1km średnicy i składała się z pyłu i lodu.

W samiutkim środku krateru tkwiło podejrzanie większe od innej roślinności drzewo.

.

Postanowiłem wspomóc je trochę i zostawić mu prezent.
Kurcze – sowa – symbol mądrości,

.

a ja niestety po raz kolejny z rzędu zapomniałem kupić chusteczki i musiałem ratować się książką.


interludium

Nagle usłyszałem dudniący głos…
— UUuuuuu! To ja…. duch meteoru…..
– Co.. jak?! Kto tam?!
– Normalnie… UuuuUUUU… Jestem zbłąkanym kosmicznym duchem, który przybył na twoją planetę 140 mln lat temu.
– O! Coś niesłychanego. I nie możesz stąd odlecieć?
– Nie. Moje ciało rozpadło się, a ja zostałem uwięziony pod tym drzewem.
–  Acha!
– A ty przed chwilą dostarczyłeś mu nowie siły. Urośnie większe i mocniejsze, nie dając mi szans na uwolnienie.
– O kurcze, przepraszam! – powiedziałem skruszony.
– Uuuuu…. O ja nieszczęsny! Uuuuuu!

Dygresja: w jakim miejscu w domu można w spokoju się zamknąć i przeczytać parę stron książki albo gazetę? Właśnie w tym!
A ponieważ książka, którą zabrałem ze sobą, miała bardzo dużo wspólnego z robieniem meteorami w powierzchni ziemi kraterów, uznałem, że nadeszła pora na relaksującą lekturę.

Aha, książka „Luna to surowa pani” Roberta Heinleina w chińskiej wersji językowej wygląda tak:

.

No, ale czas wracać… Wracając natknąłem się na ślady mojej walki z drogą.  w tym miejscu rozegrała się dramatyczna potyczka. Droga chciała mnie koniecznie cmoknąć w czółko. Ja nie chciałem się dać pocałować – i gdy tylko droga zbliżała swoją piaszczystą mordę, ładowałem jej kopa między oczy.

.

Na koniec wyjechałem na asfalt i dotankowałem na stacji benzynowej na totalnym odludziu, gdzie tylko psy szczekały i niedomknięte drzwi skrzypiały

.

Właściciel stacji coś tam zagadał, czy aby nie chciałbym zainstalować sobie bioportu, na co ja pospiesznie opuściłem jego przybytek, by udać się w dalszą podróż.

.
Ciąg dalszy: Święte góry