Jak jedzie się do pracy

Kochani, jak wiecie, tą samą czynność można wykonać na wiele sposobów. Można na przykład iść zobaczyć Star Wars w kinie w pierwszym rzędzie i z dźwiękiem Dolby Digital – wszystkie trzy stare epizody pod rząd przez całą noc. Można też ten sam film oglądać na szpanerskim telefonie w autobusie. Czujecie różnicę? Można też przeżyć własne życie oglądając telewizję i wszystkie te zdeprawowane mordy polityków – zer, chamów i agentów (nazwiska znacie, więc tu zmilczę). Jako alternatywę – można spędzić życie na robieniu tego, czego inni nie robią, bo myślą, że to głupie i dizecinne i niepoważne.

Na prostym przykładzie pokażę wam alternatywną trasę do pracy. Otóż dostałem zadanie inspekcji w fabryce na południu Tajwanu. Metody dostania się na miejsce:

METODA 1: „Easy way” wsiadam do pociągu i za 90 minut jestem na miejscu. Po użerce z producentem wsiadam do pociągu powrotnego i wracam na stare śmiecie. Całość: 6-7 godzin, koszt 2000NT$

METODA 2: „the hard way” Czas: 2 dni koszt – 700NT$ (wliczając jedzenie przez ten okres, choć siedząc w domu też musiałbym żreć, ale wliczyłem je do kosztu przejazdu)

———–
Na początek – plantacje herbaty. Po ulewnych deszczach wody gruntowe, wypłukawszy uprzednio esencję z krzaków  [herbaty – przyp. red.] zamieniają się w strumienie herbaty Lipton o odcieniu zależnym od lokalnej specyfiki gleb. Następnie firma ta ustawia cysternę w korycie potoku i napełnia zbiornik metodą „na smoka wawelskiego”, czyli otwarcia tylnej klapy cysterny i oczekiwania na napływ wody. Pełna cysterna jedzie do fabryki, gdzie pozyskanym roztworem wypełnia się butelki LIPTON ICE TEA (produkt całkowicie naturalny, wszystkie prawa zastrzeżone).

Po przedarciu się przez łańcuch górski, docieram do wybrzeża wschodniego. Zmierzch zapada nieuchronnie jak klauzula wyroku po ostatniej apelacji.


Jeden odcinek drogi całkowicie rozwaliło w czasie tajfunu – w związku z tym droga tymczasowa wiedzie przez koryto rzeki.


Kiedy Tajwańczycy postanowili rozbudować infrastrukturę rzeczną, ich szef powiedział tak:
„Tutaj zrobimy góry, tutaj las, tu  kwiatki, a tu bym pier***nął szlaczek… ehm! tj rzekę!

(szlaczek pochodzi – jakby ktoś nie wiedział – ze słynnego kawału o Jasiu, popularnego w szkołach podstawowych)

Jak pomyślano tak zrobion0 – nie oglądając się na zabudowę już obecną.

A tak naprawdę to sprawka tajfunu. Mieszkańcy tego domu na zdjęciu powyżej musieli się nieźle ze***ać ze strachu, jeśli obsuwa miała miejsce w nocy jak spali. Lepsze wrażenia niż film z terminatorem w 3D!

Kontynuowałem więc moją heroiczną podróż godną lepszej sprawy. Czym wyżej wjeżdżałem tym więcej mgły się robiło.

A potem noc zapadła jak decyzja nad traktatem lizbońskim – nagle i niespodziewanie dla członków społeczestwa.
Górska droga stała się mało że mglista (nożem kroić) to jeszcze ciemna jak…. Do tego to nie była mgła, tylko chmura, która akurat kondensowała się na deszcz na moich – dosłownie – oczach.

Co jakiś czas z naprzeciwka jechały olbrzymie ciężarówki wiozące owoce z górskich plantacji. Strach było wtedy jechać, bo zajmowały praktycznie całą szerokość jezdni.
Widoczność – z relektorem czy bez – około 2-3 metry. Przez większość czasu nie było widać następnej odblaskowej wypustki pośrodku drogi, co zmuszało mnie w paru miejscach do  zatrzymania skutera. Starałem się jechać środkiem drogi, właśnie po tych wypustkach, jednak często one znikały (bo droga w danym miejscu była remontowana po lawinie kamiennej, na przykład). Ciężarówkę więc do ostatniej chwili było widać jedynie jako zbliżającą się poświatę (jak UFO w filmie „Bliskie spotkania 3-go stopnia”) i przytłumiony mgłą i deszczem ryk silnika.

A to najlepsze, że nie było prawie nigdy widać czy po lewej jest przepaść, czy góra. Droga, którą jechałem jest wyrąbana w zboczach o nachyleniu 70-90% i za tymi słupkami na zdjęciu

…przy ładnej pogodzie przepaść jest na 600 w dół – wiem, bo pamiętam. (zauważcie brak barierek – ponadto – to było miejsce po niedawnej lawinie – i nawierzchnia byłą całkowicie rozwalona, pokryta dezorientującym żwirem i błotem na odcinku ok 30 m.
Widoczność nadal 2-3 metry, stopniowo zwiększała się w porywach do 5-6 – ale tylko sporadycznie.

W końcu wyjechałem ponad chmury – ok. 2000 m.n.p.m.

Niestetyjedyna stacja benzynowa po drodze była zamknięta – bo w taką pogodę NIKT NORMALNY nie jeździ, tylko siedzi w domu i ogląda pyski i ryje polityków w TV. To samo w drugim miejscu – górskim miasteczku Lishan.

—————-

Wariat ma swoje motywy, człowiek normalny częstokroć nie ma żadnych godnych uwagi.” — Stefan Kisielewski

——————

Stacja czynna od 7 rano – więc przymusowo rozstawiłem namiot na dziko na platformie widokowej na wschód słońca i doczekałem do rana.

Przy okazji możecie zobaczyć jak nas kasują podatkami wbudowanymi w energię – na zdjęciu benzyna 95 kosztuje 2,2PLN w przeliczeniu!!

Oczekiwanie na otwarcie stacji benzynowej umilałem sobie rozważaniami co by się stało, gdyby ktoś grający w koszykówkę na tym boisku skoczył za mocno i całość pokulałaby się w stronę bezlitosnej weryfikacji teorii Newtona…

ok, 500m w dół po stoku z nach. około 80%.

O – mniej więcej tak to wygląda.

To restauracja na ws. 2400mnpm – z widokiem na gigantyczną dolinę wypełnioną przewalającymi się porannymi chmurami.

Przy takim widoku pożarłem ryż smażony + kawa na gorąco.

Chciałem zamówić ciepłą zupę, ale nie za bardzo skumali moje dukanie po chińsku (w głębi tajwanu gadają dialektami pierwotnych ludów malajskich, a nei chińskich), więc widząc białą (w domyśle ameykańską) mordę, dali mi kawę do popicia.

I kolejne osiągnięcie – pierwszy raz w życiu widzę śnieg na Tajwanie.

Wysokość ok. 3000m ( maksymalna na jakiej byłem na skuterze to 3400)

Aha – byłem ubrany we wszystko co miałem – łącznie ze strojem przeciwdeszczowym. Zimno waliło jak od serc zdrajców głosujących za traktatem lizbońskim:


Dla Tajwańczyków śnieg to wielkie przeżycie – widziałem jak zatrzymywali się przy drodze i jak debile robili sobie zdjęcia na jego tle ciesząc się nie wiadomo z czego.

W wielu miejscach oczywiście matka natura uderze bezlitośnie swoją stalową pięścią w infrastrukturę drogową.

A tu kolejna niespodzianka dla kierowców:

Przyczyna powyższego stanu rzeczy jest następująca: otóż w ramach oszczędności centralne góry na Tajwanie wykonano z piasku zamiast ze skał. Czyli kolejne chińskie badziewie!

Po tym zjeździe na niziny między pasmami gór, udałem się w kierunku kolejnych przełęczy.
Słońce na wys. 2500 chyli się ku upadkowi jak imperium amerykańskie:

Po drodze plantacje herbaty rozciągają się jak guma do żucia

Wszystko byłoby zbyt piękne, gdyby można było nażreć się w McDonaldzie. Niestety lokalne specjały wyglądały tak:

czyli bez niespodzianek w tej kwestii. Się tylko zastanawiałem, czy zawartość tych kokonów nagle nie wylezie na zewnątrz z ochydnym dźwiękiemoślizgłego mlaskania i nie przyklei mi się do mordy jak w filmie tak znanym, że tytułu tutaj nie będę przytaczał.

…A wracając do zachodów słońca:

Zjazd z gór o zachodzie zastał mnie z koniecznością znalezieniamiejsca na nocleg. Tym razem była to jakaś opuszczona plantacja herbaty. wjechałem w labirynt tej plantacji po całkowitej ciemnicy i  rozstawiłem na noc.

O świcie moim czom ukazało się to:

O świcie wstałem wraz ze skowronkami

STOP WRÓĆ! Oni wszystkie skowronki już dawno zeżarli!
O świcie wstałem razem z ludźmi pracy, którzy właśnie ćwiczyli zjeżdżanie koparką z ciężarówki.
Fantastyczna sprawa! Gość w koparce sam zjechał sobie z tej ciężarówy używając łyżki jako podpory raz z jednej a raz z drógiej strony. Gapiłęm się na całą procedurę od początku do końca.  Mistrz!! Naprawdę!

A to poranne mgły w dolinach z plantacjami herbaty.

Kolor wszystkiego – niesamowity w świetle porannego słońca.

Po drodze jeszcze sobie powspominałem film „Indiana Jones and the Temple of Doom” na przygodnienapotkanym moście wiszącym.
http://splicd.com/lCnS8eIGv0o/124/164

A propos, to prawdziwe oblicze Indiany Jonesa: luknijcie sobie tutaj:

 

I po mniej więcej 2 godzinach beznadziejnego błądzenia skuterem dotarłem do fabryki do któej mnie jeden klient wysłał.

I co, który sposób dojazdu do pracy lepszy?

CARPE DIEM!!!!

"Min njet" – czyli wyprawa do Kambodży

Wyprawa była pełna kolonialnego czaru i zwiedzania urokliwych zabytków, pełnych tysiącletnich smaków i tajemnic.

Tropikalna gęstwina leśna, rojąca się od świergoczących i przekrzykujących ptaków. Przy drogach czekali uśmiechnięci tubylcy, oferujące wachlarz owoców rosnących w leśnych ostępach.

Ciężko pracujący tej krainy zmagają cię co dzień z wyzwaniami życia wymagającego uszlachetniającej duszę pracy przy uprawach i rybołówstwie.

…..

………. bzzz….  bZZZZ….

…..

Dobra, żartowałem. Jesteście na właściwym blogu i zaraz będzie śmiesznie (chyba że ktoś nie dysponuje poczuciem humoru).
Niestety, wyprawa do Kambodży, wbrew waszym zboczonym domysłom, nie skończyła się strzelaniem do krów z bazooki ani nawet strzelaniem z Kałacha na strzelnicy.

Głównym celem było osiągnięcie dawnego pola bitwy między miastem a lasem. Te starożytne zmagania między budowniczymi cywilizacji a ekoterrorystami spod Raspudy, zakończyło się zwycięstwem Matki Natury, która oblazła wszystko jak mrówki słoik z miodem.

To główny nadrzeczny bulwar stolicy Kambodży:

Żartuję. To wioska rybacka (częściowo z domami na wodzie), która była miejscem przesiadki z autobusu do Łodzi wiozącej turystów do Ankor-vat.

A to jest ta wioska na wodzie. Ulice to tory wodne.

Gdy rzeka zrobiła się naprawdę szeroka, na płyciznach pojawili się ludzie z sieciami.

Tutaj, straumatyzowany filmami typu „Czas Apokalipsy” tylko miałem nadzieję, że na pokładzie mojej łodzi nie wyląduje nagle kapelusz wyładowany granatami produkcji ZSRR.
Na szczęście w czasach kapitalistycznego rozkwitu takie łódki podwożą jedynie owoce na sprzedaż.

A te dzieciaki siedzą sobie w nurcie i sprzedają banany i puszki z polkoktą.

Dzieci służą jednocześnie jako boje wczesnego ostrzegania przed krokodylami.

Z powodu braku infrastruktury (kraj jest wyniszczony przez kolonialne zaszłości i inne historyczne uwarunkowania), benzynę sprzedają ludzie ze straganów przy drodze. To żółte w butelkach to właśnie benzyna.

Zjawisko te jest fundamentem ustroju państwa, zapewniającym stałą łączność elit rządzących z masami pracującymi.
W związku z tym elementem lokalnego kolorytu, jakiekolwiek ekscesy ze strony rządu są bowiem niemożliwe do pomyślenia. Ludność, uzbrojona w owe butelki wyrazi swój natychmiastowy sprzeciw.

Jakiekolwiek wypłaszczanie ludzi czołgami – co miało miejsce np. w Chinach – także nie wchodzi więc w grę.

Naszczucie na kraj zagonów pancernych Rommla (tego od Africa Corps) albo innych mistrzów wojny pancernej – oznaczałoby automatyczną i 100% gwarantowaną destrukcję pojazdów mechanicznych, lepiej niż w Groznym jak głupi Rosjanie tam wjechali czołgami bez osłony piechoty.

Jeszcze inaczej: żaden przekręt z Referendum ws. Traktatu Lizbońskiego nie przejdzie władzy bezkarnie – w razie niemożności wyrażenia swojego zdania za pomocą kartki papieru i długopisu, w ruch (balistyczny – przyp. red.) idą butelki.

Ankor Vat

Tytaniczne zmagania między lasem i czasem po jednej, a budowlańcami z drugiej to główny motyw parku tematycznego Ankurwat.
A tak na poważnie, to jest to kompleks świątyń rodem z filmów z Indiana Jones. Kompleks zajmuje kilka ładnych km kwadratowych. Wewnątrz żyją ludzie – zbierający owoce z lasu – ale nie jagody i kurki, tylko banany i inne takie.

To jest świątynia na szczycie jednego wzgórza.

Główną atrakcją dla turystów cierpiących na tzw. Jet Lag (zmianę stref czasu) jest wstać o 5 rano i zobaczyć jak słońce wyłania się (dlaczego nie „WYJELENIA” – feministki kazały usunąć? żądam równouprawnienia – co drugi dzień wyłania, a co drugi wyjelenia! zmienić słowniki i gramatykę!! HA HA durne feministki!) zza ściany lasu, a najlepiej zza największej świątyni.
Nie mogłem być przecież gorszy, więc też się kazałem zawieźć:

Tu jeszcze noc:

Więc skorzystałem z okazji i oblazłem świątynie dookoła z latarką.

I proszę ja musiałem wstawać o piątej, a wy widzicie to samo siedząc w domu – chyba się nie popisałem sprytem. Tak czy inaczej, odsiedziałem swoje wśród hordy głupich jak i ja turystó a fotoaparatami.

A to promenada zmierzająca do tej głupiej świątyni.

Oraz fosa, obiegająca (jak może fosa obiegać cokolwiek – uch, dobra niech będzie) cały przybytek. Jest ona dowodnym dowodem, że budowniczowie świątyni też mieli czasem gości tak jak my Niemców.

Aha, w pewnym momencie znudziłem się łażeniem tam gdzie inni turyści, i poszedłem w las jak ogary.

Półgodzinne przeciskanie się wąskimi ścieżkami przez dżunglę…

…raz nawet oblazły mnie termity (tylko dwa, ale gryzły jak diabli)

… zostało nagrodzone odnalezieniem ruin zupełnie opuszczonych.

Znajdowały się one w samym rogu terenu świątyń – tuż przy dawnym murze otaczającym cały kompleks.

Aha, odnalazłem też chatkę Shreka:

I tym humorystycznym akcentem kończę…

Filipiny: Śladami Aleksandra Magellana i Ferdynanda Kwaśniewskiego

Tak, kochani,

wasz umiłowany autor najczęściej komentowanego bloga roku 2008 oraz 2009 był na Filipinach.

Pobyt na tym wspaniałym archipelagu, na którym rozwój wiary katolickiej nie jest zagrożony knowaniami marksistowsko usposobionych antyklerykalnych aktywistów.

Co prawda jeden z ważniejszych działaczy PZPR, a następnie długoletni prezydent nadwiślańskiego kraju, magister Aleksjej Kwaśniewski, próbował zaszczepić ziarno zwątpienia w duszach i sercach filipińskiego ludu, ale ci w kontrakcji dosypali mu czegoś do jedzenia (a raczej picia HA HA HA!) i próbowali egzorcyzmować, w wyniku czego diabeł mu dupą próbował się ewakuować. O tym za chwilę.

Mój pobyt rozpoczął się od epizodu taksówkowego, choć jeszcze po karcie wjazdowej którą otrzymałem na lotnisku wiedziałem, że ten wyjazd to nie przelewki i będzie wesoło.

Otóż około 1AM z lotniska zostałem zabrany do miasta taksówką. Taksówkarz zaraz na początku spytał, czy chcę prowadzić jego samochód. Pewnie, że…. tak!!
Tak więc 95% trasy ok 25 km przebyłem jadąc obcym samochodem po obcym mieście pogrążonym w mrokach tropikalnej nocy o trzeciej nad ranem. W sumie wcale nie tak obcym samochodem, bo to była stara Toyota, dokładnie taka sama jaką miałem w Polsce!

Z tej przygody zachowały się tylko dwa niewyraźne zdjęcia telefonem

Następny dzień  – rekonensans

Tak wygląda opieka dentystyczna na Filipinach:

A to największa katedra w Cebu City

image-sm-002.jpg

W środku ludzie ustawili się w wężowej kolejce aby zobaczyć statuę NMP.

Na ulicach miasta Cebu królują olimpijczycy. Na poniższym zdjęciu czołowy kolarz Filipin trenuje jednocześnie pokazując współobywatelom dobry przykład pracowitości. Otóż przy okazji dorabiał klucze, a kręcenie gejami (nie wolno mówić „pedał”, bo to niepoprawne politycznie) napędzało prymitywną tokarkę.

Przy katedrze stoi krzyż Magellana, który po heroicznej podróży zawitał w te oto strony – po przepłynięciu Pacyfiku.

Cała wyprawa była pełnym spontanem. Celowo, zwykle tak robię, nie czytam nic o kraju, do którego jadę, aby mieć lepszą niespodziankę.

Widok krzyża natchnął mnie do dotarcia do miejsca, w którym Ferdynand M. po raz pierwszy zszedł na ląd żeby się wysXXX pod krzakiem, zamiast w ocean.  Niestety annały nie wspominają, że w trakcie kontentowania się pozycją kucającą, przyzwyczajony do kompensacji bujania statku, obalił się na bok we własną kupę. Załoganci tak go obśmiali, że parę tygodni później biedaczysko popełnił samobójstwo ze wstydu. Sprawę zatuszowano, a śmierć upozorowano na atak tubylców.

Po zaplanowaniu przejazdu na sąsiednią wyspę, na czas oczekiwania na prom wypożyczyłem motor celem rekonesansu wyspy Cebu (część jasnozielona).

Zwrot motoru i tradycyjne już zdjęcie wykonane przez właściciela zwracanego w niepogorszonym stanie wehikułu.
image-sm-002.jpg

Wejście na statek – nocnym rejsem promem HMS Titanik na sąsiednią wyspę – LEYTE. Leyte po filipińsku znaczy to tyle co wyspa krwiożerczych rekinów. Nazwy wszystkich sąsiednich wysp znaczą to samo, ale brzmią różnie, gdyż są zapisem narzecza innego plemienia ludożerców za każdym razem.
image-sm-002.jpg

A tak to wygląda z perspektywy zaokrętowanego pasażera:

image-sm-002.jpg

Morze oświetlone było księżycem w pełni.

image-sm-002.jpg

A w środku promu ludzie spali na pryczach – foliowe kotary osłaniały ich od wiatru.

image-sm-002.jpg

Po dotarciu na wyspę, przesiadłem się do autobusu (też nocnego) do miasta Tacloban – które było w generalnym kierunku zaplanowanym wcześniej.

 

Konduktor między palcami ściska zwitki banknotów do wydawania reszty.

image-sm-002.jpg

Świt

image-sm-002.jpg

Następnie dogadałem się z jednym riksiarzem na poszukiwanie miejsca, skąd można będzie pożyczyć motor na dalszą część wyprawy.

image-sm-002.jpg

Trafiłem na Amerykanina ożenionego z miejscową kobietą. Motor pożyczony! teraz mordercza przeprawa przez rojące się od tubylców szosy.

Przerwa na śniadanie. Na tej pięknej plaży nie było żywej duszy – mogłem więc w spokoju zeżreć suchy prowiant i wypić mokrą wodę.

Dostanie się na skrajną część półwyspu wymagało błądzenia po rozmaitych lokalnych drogach – nie było żadnych drogowskazów.

Ale w końcu dotarłem do rybackiej wioski i wynająłem tubylców do tego, aby mnie zawieźli na wyspę.

I proszę bardzo – jak ktoś chce to może. Jak Magellan tu dotarł, to znaczy że ja też mogę.

A teraz najlepsza część: pod wieczór pogoda się zesrała! Zrobiły się wielkie fale, a w dodatku dzień się skończył (i zaczęła noc – przyp. red.). W związku z zaistniałym żydo-masońskim spiskiem żywiołów postanowiono:
– kontynuować wysiłki związane z powrotem do portu macierzystego, tj. wioski rybackiej
– przenieść wszystko na rufę tej łódki, żeby maksymalnie odciązyć ww. dziób przy najeżdżaniu na fale
– ignorować fale o amplitudzie 4-5 METRÓW!!! i liczyć że one też nas zignorują.

Na zdjęciu małe preludium jeszcze za dnia. Mieliśmy kłopoty z przybiciem do Homonhon, bo fale były wysokie, że brzeg przysłaniały.

TAK, KURWA!, przez chyba 1,5 godziny w kompletnych ciemnościach, silnym wietrze od dziobu i minimalną widocznością lądu przedzieraliśmy się na odcinku ok 19km.

Nigdy mnie tak wcześniej nie wybujało – przygoda taka, że nie ma przebacz.

Tu już dopływaliśmy do brzegu – i wyciągnąłem aparat – wcześniej było to po prostu NIEMOŻLIWE. Po prostu sprawy wyglądały tak nieciekawie, że trzeba się było cały czas trzymać burt, a myśl o ich puszczeniu była niedorzecznością.

Po dojściu do siebie – a muszę przyznać że ledwo wylazłem z łódki, tak się trząsłem z zimna i adrenaliny, przyszło do rozliczenia.
Za całodzienny kurs zapłaciłem 4000 tamtejszych (przepłaciłem, ale było warto) bo w cenie biletu było:
– roller coaster jak w wesołym miasteczku,
– prysznic pod wodospadem,
– rejs po zatoce Leyte – miejscu o znaczeniu historycznym, w którym rozegrała się największa bitwa morska w historii świata,
– nocleg w bungalowie nad brzegiem tropikalnej egzotycznej zatoki.
Oczywiście kasa którą płaciłem była kompletnie mokra, tak jak i ja cały. HA HA HA!

Uradowani kasą spadłą im z nieba, rybacy postanowili mnie przenocować. W zasadzie zmusili mnie do tego. Wytłumaczyli, że wieczorami grasują partyzanci-bandyci (w Polsce partyzantów nie ma, a bandyci zajęli ciepłe posadki w rządzie).
Uległem perswazji i wyruszyłem w drogę powrotną dopiero o 3.00 w nocy (miałem oddać motor do 9.00 rano następnego dnia, a to już był ten następny dzień. Powiadomiłem tylko właściciela pojazdu, że wracam następnego dnia, a łączność telefoniczna nie chciała za bardzo działać.

W czasie powrotu na lewo i prawo rozciągały się pola i lasy.

Lasy palmowe i pola ryżowe.

Wioski i sioła dopełniały obrazu jaki przetaczał się przed moimi oczyma.

Ku uldze wierzycieli i niepocieszeniu wrogów – dojechałem szczęśliwie, slalomując między świniami, bandytami i innym elementem. Świnia od wieków towarzyszy człowiekowi – mam tu na myśli właśnie TOWARZYSZY – czyli kolesi z PZPR (np. Kwaśniewski) i innych aparatczyków obecnie np. w PO.

 

I po raz kolejny, ucieszony właściciel wehikułu robi zdjęcie pamiątkowe po moim szczęśliwym powrocie.

Ponieważ się spóźniłem i i tak trza było zapłacić za drugi dzień, skorzystałem z rady właściciela motoru i udałem się na zwiedzanie okolicy o znaczeniu historycznym. Tam właśnie, w październiku 1944 miała miejsce amerykańska inwazja na Filipiny (wcześniej japońska, a wcześniej Hiszpańska, pecha mają ci tubylcy)

Przy okazji rozpętała się tam największa bitwa morska w dziejach świata – większa nawet od Bitwy Jutlandzkiej 30 maja 1916.

———————-

Bitwa w zatoce Leyte:

http://www.zgapa.pl/zgapedia/Bitwa_o_Leyte.html

Bitwa Jutlandzka:

http://www.zgapa.pl/zgapedia/Bitwa_jutlandzka.html

————————–

McArtur wychodzi z morza, niczym wenus z morskiej piany.

A to wzgórze 120 – pierwszy obiekt o znaczeniu strategicznym zdobyty przez Amerykańców.

Z racji wąskiego marginesu czasowego do Manili powróciłem samolotem

W Manili, zamiast oglądać głupie centrum miasta, wybrałem się na wycieczkę żeby z daleka zobaczyć wyspę Corregidor:

Po przenocowaniu w motelu, z samego rana, tuż przed udaniem się na lotnisko, udało mi się rzucić na Corregidor okiem. Dla tych, co spali w czasie lekcji historii, wyspa ta leży u wejścia do zatoki Manilskiej (zobaczta se na mapie) i miała olbrzymie strategiczne znaczenie.

Corregidor

————-

Dla niedouków przesypiających lekcje historii:
To tutaj McArthur powiedział słynne słowa I SHALL RETURN – po tym jak Japońce w 1942 pogonili mu kota.

http://www.pbase.com/image/73771770

—————

Aha, i jeszcze prezent od Filipińczyków – to tak na pożegnanie – przy wylocie trzeba samemu płacić opłatę lotniskową.

Ostatnie podrygi imperialistycznej dekadencji (wpis polityczny)

W Polsce ludzie wreszcie z wolnej woli, a nie pod przymusem  śpiewają  pieśni na pochodach, a tymczasem bryła świata niepowstrzymanie stacza się w kierunku zwycięstwa socjalizmu.

O ile obecnie narody świata dają niewielki opór zalewowi socjalizmu, to dawniej opór ten był zdecydowany i silny. Socjalizm musiał więc zdobywać grunt po trupach swoich przeciwników. Oto garść przykładów
– powstanie w Wandei po rewolucji francuskiej

– wojna domowa w Rosji 1917-1919

–  ogólnonarodowa akcja „civil disobedience”  (obywatelskie nieposłuszeństwo) przeciw IG Farben i Nazistom 1933-45.
…hmmm. okey, ten przykład był zły!

– opór narodu polskiego pod sowiecką okupacją 1945-1981 (potem się nie liczy, bo już się dogadali)

– 2003: dumne zwieńczenie narodowego wysiłku narodu polskiego . Czujny i gotowy na zdecydowane odparcia wszelkich pomysłów na odebranie mu niepodległości czy gospodarkę centralnie sterowaną itp

——————
Jak szkodliwa jest gospodarka centralnie sterowana, można pojąć za pomocą poniższej ilustracji

Moje pytanieL skąd UE ma kasę na dopłaty do polskich rolników za to że zaorają pole raz do roku:

http://www.eksportuj.pl/artykul/pokaz/id/3001/polska-stala-sie-importerem-cukru

Poprzez zalecenie Unii Europejskiej, odnośnie ograniczenia produkcji cukru o 13,5 proc., Polska stała się importerem tego surowca.

Aby zrealizować zalecenia UE, Krajowa Spółka Cukrowa, która posiada 40% udział na polskim rynku musiała zmniejszyć produkcję cukru o 91,2 tys. ton. W praktyce oznaczało to zamknięcie dwóch cukrowni: w Lublinie i w Łapach.

A teraz pomyślcie: raz że UE jest największym na świecie importerem cukru (płaci(my) kasę, to jeszcze producenci dostają rekompensatę za ograniczenie produkcji!
Czyli tą kasę którą nadpłacasz za cukier w sklepie na rogu, Unia płaci producentowi, żeby nic nie robił, i importerowi/producentowi za granicą Polski.
Kto z was w referendum ODDAŁ swój głos Unii Europejskiej, paszoł won zmojego bloga, albo przeprosić w komentarzu za swój błąd.

Aha, zapomniałem, żebyście wiedzieli kto nami rządzi:

—————————————

Wracając do ban-k-dyckiej imperialistycznej Ameryki i tematu recesji wałkowanego w mediach….

Tuszę (ha ha, dobre słowo) że wszyscy wiedzą o tajemniczym zniknięciu pierwotnych mieszkańców kontynentu północnoamerykańskiego.

Otóż dzięki zawirowaniom  na światowych rynkach finansowych osłabła czasowo cenzura skrywająca tajemnice historii. Okazuje się, że osadnicy przybyli z Europy do Nowego Świata wcale nie używali ognia i miecza w celu redukcji populacji lokalnych społeczności. Używali broni biologicznych w postaci ospy i innych chorób.

———–

Na forum ONZ zapytano przedstawiciela USA (2003):
– Skąd macie taką pewność, że Irakijczycy mają broń masowej zagłady?
– Na wszystko mamy faktury!

——————————

fnp13

(Opis zdjęcia:  Po lewej: pierwotni mieszkańcy Ameryki, którzy padli ofiarą akcji rozdawania koców z ospą.
Po prawej: sczytowy produkt triumfującej amerykańskiej inżynierii genetycznej i nanotechnologii: zdublowany system immunologiczny pozwala na obronę przed świńską grypą i innymi patogenami)

Jak wiemy, imperium Amerykańskie powstało całkiem niedawno, bo ledwie dwieście parę lat temu, na skutek bombardowania miłością i kwiatami pierwotnych mieszkańców.

Następnie mieszkańcy wyrazili niechęć picia herbaty produkowanej przez ciemiężony naród chiński (prawa człowieka!), i wzorem Lepera  wysypali herbatę na tory…. hmmm… jakoś to było chyba inaczej. O, mam!

http://pl.wikipedia.org/wiki/Herbatka_bosto%C5%84ska

W XVII wieku Boston był jednym z ważniejszych centrów handlowych obu kontynentów amerykańskich. Miasto miało bardzo mocne więzi gospodarcze z Koroną Brytyjską.

W 1773 w związku z nadmierną podażą herbaty, ceny jej na rynkach światowych znacznie spadły. Kompania Wschodnioindyjska posiadająca jej wielkie zapasy otrzymała od rządu brytyjskiego, zgodnie z uchwaloną Ustawą o herbacie (The Tea Act) prawo jej sprzedaży w amerykańskich koloniach z pominięciem zwyczajowych ceł i podatków. Uderzyło to w amerykańskich importerów tego produktu. Protekcyjna polityka brytyjska wywołała wielkie niezadowolenie wśród amerykańskich Brytyjczyków, które doprowadziło do bojkotu herbaty i niedopuszczania statków Kompanii do amerykańskich portów. W Bostonie jednak ruch tranzytowy odbywał się pod opieką Gubernatora Nowej Anglii, który miał do dyspozycji garnizon wojskowy i flotyllę wojenną. W związku z tym port bostoński używany był do wwożenia herbaty do Ameryki.

Komentarz: czyli poszło o kasę, a nie o równość wszystkich ludzi! HA HA HA!!!

Niestety nasz niedoszły Ojciec Założyciel Andrzej Leper nie zdołał zbudować światowego imperium.
Po jednym z incydentów

lepper1
…muszony został do uwikłania się w batalie prawne i niedoszły mąż opatrznościowy Europy, równy Waszyngtonowi i innym takim,  stał się ofiarą [po]wolnego do granic absurdu sytemu sądowniczego w Polsce.

——————

W związku młodością Imperium, amerykańska infrastruktura mieszkaniowa nie jest szczególnie rozbudowana.

123401247328446253

Nie przeszkadza to Amerykanom rozprzestrzeniać swojej wspaniałej, kwitnącej tysiącletnią mądrością kultury. Dla ilustracji, dzięki zdobyczom nowoczesnej techniki lotniczej i nuklearnej Amerykański styl życia dosięgnął kraju kwitnącej wiśni:

fnp14

W związku z tym, że to coraz bliżej mojej ulubionej wyspy, stwierdzam, że czas się wylogować i poszukać sobie innego matriksa…

tpsa_matriks