Hong Kong 2006 (Wpis historyczny)

Oto wasz wesoły podróżnik pojechał sprawdzić, czy w Stolicy azjatyckiego biznesu nadal panuje ptasia grypa.
Niektórzy życzliwi, poznawszy moje plany, zarzucali toporność takiej metody, porównując ją do sprawdzania za pomocą zapalniczki, czy gaz się nie ulatnia, ale ja wiem swoje.

W imieniu swoim własnym i nie narodzonych dzieci (też własnych) zapraszam do galerii i złośliwych i głupkowatych komentarzy.

Pierwsza historycznie samodzielna wyprawa eksploracyjna Azji.

Zaczęło się niemiłym akcentem: od sabotażu pracowników linii lotniczej. Prosiłem o miejsce przy oknie, to mi dali to co na zdjęciu. Najwyraźniej mają coś do ukrycia.

Świnie!!!! Podstępne ryżojady! A był taki fajny zachód słońca jak dolatywałem *(&&R%^*&%!!!

Dla tych co się jeszcze nie domyślili: to widok z mojego okna – prawda że ładny? Ostatni raz latam tą linią.

Jak wiemy, Hongkong generalnie się składa z: (1) ryżojadów mówiących po angielsku z akcentem Jackie Chana, (2) ryżu, (3) ptasiej grypy, (4) wieżowców i (5) wyspy właściwej.
Oto jeden z w. wymienionych elementów.

A to prawie jak kadr z filmu Blade Runner. Wasz Harrison Ford niewidoczny, bo z drugiej strony kamery.

A to ich (prawie) największe w całej wsi cygaro, jak to dobrze określał wujek Zygmunt F. Symbolizuje ono rytmiczne podrygi światowych rynków towarowych, a w szczególności to, co trafia od tyłu drobnych inwestorów zbierających obierki po takich lewiatanach jak Goldman-Sachs.

Hong Kong ma też i swoje ciemne strony. I nie mówię w tej chwili o jedzeniu – o tym za chwilę.

Do tego żeby podłączyć laptopa, trza było trzech przejściówek:
– stare gniazdko HK na nowy standard
– HK do tajwańskiego
– Z tajwańskiego na polski
– i już przedłużacz do mojego komputera

Jak komuś nie leżą wady strukturalne naszego polskiego ustroju, zapraszam do HK!!


Aby dopełnić obrazu mojego moralnego poniżenia, wszystko to działo się w hotelu na godziny, czyli mówiąc wprost w BURDELU!
Okres rozliczeniowy trwa 12 godzin.  Rano znikałem zostawiając plecak w schowku burdelmamy, zachwyconej, że potrafię wydukać parę słów po chińsku, i wracałem po ponad 12 godzinach.
Była to tańsza opcja niż wynajmowanie hotelu na cały dzień.

A to wyspa Lantau. Jazda awtobusem pędzącym po górskiej szosie PO LEWEJ stronie jezdni, dostarczyła wielu wrażeń, zwłaszcza jak z naprzeciwka nadjeżdżał inny autobus.

Te dzikie krajobrazy znajdują się zaledwie 10km od skrajnie ultra nowoczesnej metropolii dymiącej od promieniowania emitowanego przez tel. komórkowe. Znaczna część mieszkańców zamiast podłączać się do miejskiej sieci energetycznej, nawija sobie cewkę i wystawia na balkon. Taki manewr wystarcza do zasilenia lodówki, telewizora i jednej żarówki 60W. Wracając do tematu: patrzycie na fragment zbocza góry Lantau.

A to fragment podejścia na górę. Jak w marcu było gorąco, to ja nie wyobrażam sobie lipca.

A to już na szczycie.

Wyżej się nie da.

A to, widziana ze zboczy Lantau, wielka, wykonana z brązu, statua buddy. W sumie to nawet największa na świecie.

(To ta sama statua!)

jak wiemy z rewizjonistycznych, antysemickich książek historycznych, kolportowanych przez prosyjonistyczną sitwę ze Światowym Kongresem Żydów na czele, buddyzm zaczerpnął wiele z Folkloru nazistowskiego. Budda robi dyskretne ZIG HAJL.


O skandalu ze swastykami nie wspominam, bo o tym to już każdy chyba wie. Jak oni tak mogą? Podręczników od historii nie czytali? Czterech pancernych nigdy nie widzieli. Przecież to ZŁO!

.

W tym miejscu każdy skrawek w miarę poziomego lądu jest niezwykle cenny. Jednak z maksymalnym wykorzystaniem wolnej przestrzeni pod zabudowę to trochę przesadzili chłopaki.

Ulice jak widzimy, występują w Hongkongu w dużej obfitości. Jest to cecha charakterystyczna wielu miast, nie tylko azjatyckich.

Kolejny dowód podkreślający ważkość poprzedniego twierdzenia.

A teraz mój ulubiony temat – tzw. jedzenie. Oto scenka rodzajowa – proces sprzedaży kury brutto (z piórami i duszą niewinną) My mamy żywe karpie, a oni kury. W lewym dolnym rogu klatka.
Śni mi się to po nocach. Często też idę sobie ulicą a większość żółtasów wygląda tak, jakby te kury też jadła żywcem. BRRRRRR!!

„DON’T MOVE!! Żesz…..”

I co kochani? Czy teraz dziwicie się, że u nich tak ta ptasia grypa się panoszy?

Targ mięsny. Zobaczyłem więcej flaków niż w Total Recall, licząc wszystkie razy obejrzenia tegoarcydzieła Hollywood. Do wyboru do koloru. Te fajne wstążeczki są szczególnie przydatne na stroje do haloween i cieszą się w październiku szczególnym powodzeniem.

Na (swoje własne) szczęście wasz fotograf zaopatrzył się w prawdziwy rarytas: mleko w szklanej butelce jak za komuny. Ukrył je dobrze w pokrowcu na aparat. Gdy narażeniem apetytu pełnił swą wiekopomną misję dokumentacji kulinarnych okropieństw Azji, flaszka z mlekiem przypominała mu kraj mlekiem i miodem płynący – ojczyznę ludową Polskę.

Eskortowany przez ciężki krążownik sanepidu ORP Piorun udałem się w ustronne miejsce aby przystąpić do konsumpcji. To taki atawistyczny instynkt zapożyczony od bodajże pumy. Jedyny polski akcent tego miejsca to flaga dumnie powiewająca na tym stateczku.

Wyspa Lamma, parking dla rowerów. W tle łódka w stylu Rambo II.

A to najlepsze śniadanie pod słońcem – NORMALNA kanapka z szynką („przepłaciłem, ale było warto” jak to mówią) i mleko w szklanej butelce – wszystko to na pięknej plaży wyspy Lamma z widokiem na morze.

(zdjęcie zrobione z ukrytej kamery ukrytej w przełyku.)

Po posiłku udałem się na dalsze zwiedzanie wyspy. N początek zaliczyłem przedzieranie się przez ok. 1 km skalistego brzegu.

No, ale toalety dla psów to mają super.

A to park i ptaszarnia w centrum miasta. Jeszcze rok temu było tu wiele egzotcznych ptaków. Teraz zamknięty na głucho. Pozabijali (i znając ich upodobania kulinarne) zapewne zjedli razem z piórami i pazurami wszystkie ptaki, żeby nie chorowały.

A to park z zapasem wody pitnej dla całej wyspy.

AOMEN

A to już Aomen, czyli po naszemu Makao. Portugalska kolonia. Na zdjęciu kompleks łazienkowy w apartamencie prezydenckim tamtejszego Sheratona. Niestety mniejszych nie mieli, więc musiałem kapkę przepłacić i wziąć to.
Jak można wnioskować ze szczoty w lewym dolnym rogu, czystość i aseptyczność pokojów jest priorytetem numer jeden dla obsługi.

Na równie wysokim poziomie jest znajomość języków obcych. Przy okazji dodam, że problem językowy jest znany tubylcom. Pilot startującego samolotu rutynowo ostrzega pasażerów: „Don’t wory – our flying skills are better than our English”.

Słabo widać, ale wasz szpieg przemysłowy dotułał się do doków. Głupki nic nie pilnowali. W Polsce to by to wszystko [złodzieje] wywieźli na złom w jedną noc i właściciel by się obudził w skarpetkach.

Żeby nie było, że jest tak źle, to tu widzimy ichniejszą starówkę. Brakuje tylko Kolumny Zygmunta i straży miejskiej wypisującej mandaty za parkowanie.

Każdy prawie sklep ma przy froncie taką małą kapliczkę – modlą się skubani o kasę. Powiedział bym, że to zupełnie jak Żydzi, ale jeszcze mnie zgarną i napiętnują za antysemityzm i ksenofobię.

A to najsławniejszy zabytek Makao – front katedry Św. Pawła rozwalonej przez tajfun w 1835 roku.

A koli z takimi gryzmołami na puszce to jeszcze nie piłem.

KANTON

A to już Chiny Ludowe! Kanton. Wysiadłem na losowej stacji metra, żeby trochę poeksplorować. jakoś dziwnie pusto, myślę sobie…

Zagadka rozwiązana. Stację metra wybudowali na początku, za tydzień domurują blokowisko i centra handlowe. Totalne pustkowie – a z mapy wynika, że centrum (w tym geometryczne) miasta.
Gdzie okiem nie sięgnąć – budowy. Jak to juz dobrze ujął znany polski filozof, „mają rozmach sk****szony!”

Ten gość z kartonem to cała ludność najbliższych okolic. Też się pewnie biedaczysko zgubiło.

A to jest mój driver. Na motorze pomógł mi znaleźć KFC, a jednocześnie centrum tego gigantycznego miasta.
Na każdym rogu stoją tacy kolesie z motorami i robią odpłatne usługi transportowe. Fajnie się z nimi targuje po chińsku

A to chiński stróż porządku. Teoretycznie podobno ma pilnować ruchu i ewentualnych violatorów i trespasserów walić drągiem po łbie.
I tu minus dla marketingowców rządu ChRL – płaszcz niestety przypomina znaną skądinąd gestapowską kapotę. I UWAGA: Kupiłem sobie taki płaszcz jako pamiątkę. HA!!! Będę w nim chodził w Polsce!!!!

Ide se taką ulicą z czymś w rodzaju nocnego marketu. Białego jak zobaczyli w jednym sklepie, to palcami go wytykali. Okolica więc była dość egzotyczna, jak na samotne spacery wieczorową porą.
Jednak jak można być w Chinach, kraju słynącym z dystrybucji osiągnięć kina amerykańskiego po okazyjnych cenach, i nie nabyć dowodów tej sławy.

Tak więc idę, myśli moje błądziły sobie: hmmm… ciekawe kiedy zobaczę jak ci kolesie tak strasznie plują (to taki ich zwyczaj narodowy).
Nie zdążyłem nawet postawić znaku zapytania na końcu tego na wpół retorycznego pytania, gdy gość przede mną zrobił tak jak szeregowiec Hudson w filmie „Obcy decydujące starcie” – zacharczał przeraźliwie, a tak uzyskany urobek wypluł z rozmachem przed siebie. Aha, zrobił to dwa razy pod rząd. Robotnicy na budowie w w najgłębszych czasach PRL pozieelenieliby z zazdrości widząc taki kunszt i wprawę.
Następne 10 minut zajęło mi opanowanie histerycznego ataku śmiechu, za co strażników moralności i wyższej kultury równie serdecznie co nieszczerze przepraszam.

A to tablica, czego nie można robić w metrze. A więc: nie pluć, nie bujać się na uchwytach i nie wspinać po rurach. Najwyraźniej kibice z Polski zdążyli już w bardzo niemiły sposób zaskoczyć dyrekcję metra.

KONIEC