Dookoła połowy Tajwanu

Zanim przejdziecie do galerii rozbieranych zdjęć, oto daję wam przed oczyska kilka epizodów, abyście się dziwowali i wnukom opowiadali o ostatniej ostoi demokratycznych Chin

Droga najeżona niebezpieczeństwami
Otóż było ci to tak:
Przed nowym rokiem byłem kompletnie spłukany (rada: wpierw czekaj na przelew od klienta, a potem wysyłaj towar).
Zaprosiła mnie jednak pewna chińska rodzina na obiad noworoczny.

Efekt – zjadłem naprawdę dziwne rzeczy, orżnąłem ich w kości i jeszcze dostałem parę prezentów – czyli kasę.

Ok.

Epizod I
Zhaltowała mnie policja – i to już ok 20 km od Tajpej.
Zdarzenia cząstkowe:

– nie (słownie N I E) zażądał łapówki od obcokrajowca
– i na koniec najlepsze – NIE chciał zobaczyć mojego prawa jazdy ani ubezpieczenia ani NIC!!!
– Dwa razy upewnił się, że wiem dokąd jadę i gdzie skręcić
– Dostał pocztówkę z Warszawy

Epizod II
Dojechałem do miejscowości Lishan (ok 2000 m npm) – ponieważ byłem totalnie spłukany, i cały dzień nic nie jadłem, uszczęśliwiłem właściciela jednej z restauracyjek w sposób następujący:

1. europejczyk wstąpił w progi jego lokalu
2. zeżarł ichnie pierogi Z DOKŁADKĄ!!!!

Rano na siedzeniu skutera znalazłem…. pudełko ciastek. nie wiem kto mi je dał – ale jest paru kandydatów, bo przez jakiś czas szukałem miejsca do rozstawienia namiotu i miejscowi wiedzieli że jakiś białas przyjechał na rekonesans.
Nadal jestem w szoku. Na wszelki wypadek wpierw kawałek odjechałem, a dopiero potem zeżarłem te ciacha. Dzięki temu, jeśli były w nich narkotyki, po których obudziłbym się bez nerki, albo innej części ciała, do której jestem przywiązany, to darczyńca ciastek nie miałby żadnego pożytku.

Epizod III
Jadąc w najgorszej mgle (zimno też było) zatrzymałem się zęby założyć polar – chyba pierwszy samochód jaki się pojawił, zatrzymał się, spytali czy wszystko OK, a jak zobaczyli jak majstruję nad osłonami dłoni przy skuterze, to dali mi torebki foliowe żebym użył zamiast rękawiczek.

Epizod IV
Już wracając, trzeciego dnia, totalnie się zgubiłem, facet, który pokazywał mi na mapie, gdzie jestem i trochę tłumaczył, dogonił mnie po ok 1km, rzucił krótko „follow me” i pilotował ok 20km!!!! przez ciemnicę do miejsca, z którego już nie było można zabłądzić.
Jeszcze na koniec, widząc że jestem trochę poturbowany przez koczowniczy tryb życia, dał mi paczkę chleba na drogę (tak jak policeman, też dostał pocztówki).
Wyobraźcie sobie coś takiego w Polsce – bo ja nie mogę.

A teraz galeria:

Tych niewinnych ludzi….

Wygrzmociłem w nowy rok w kości – sami zaczęli, więc ich wina. Ja tylko grałem.


Zacząłem z tym.

… a skończyłem z tym. Zwróćcie uwagę, że na każdym kolejnym banknocie uśmiech faceta jest coraz szerszy.

I jeszcze dali mi kasy w kopertach (taki ich noworoczny zwyczaj – dawanie dzieciom czerwonych kopert z kasą na nowy rok.)

Żeby nie było tak dobrze, musiałem trochę tego świństwa zjeść! Zdjęcie rozmyte, bo aparatowi zrobiło się niedobrze na zam widok tego co fotografował.

tak więc jako że miałem za co, i pogoda też się zrobiła niczego sobie, wypożyczyłem skuter i wio!
W głębi wyspa Nublar (to drobny quiz dla koneserów)

Kawał: Pytanie: Jaka jest różnica między Tajwanem, a Parkiem Jurajskim?

Odpowiedź: Na Tajwanie wycieli część dżungli, zrobili z tego pałeczki [te do jedzenia, przyp. wł.] i zjedli nimi wszystkie zwierzęta.

Wybrzeże jest bardzo malownicze, zwłaszcza przy ładnej pogodzie. Z racji na ukształtowanie terenu, wojska CHRL będą lądować w innym miejscu.

Na plaży, na której spałem pierwszej nocy, rosły na dziko ananasy. A zeżreć ananasa prosto z drzewa to dopiero coś. MNIAM!

Z braku noża zacząłem roztrzaskiwac ananasa o głazy (na których spałem w nocy)
Ojojoj! Zaraz sobie podjem….. ale frajda


K.U.RRRRRrrrrrrrRRRRR.W.A! (moi miejscowi uczniowie, adepci języka polskiego mówią w takim wypadku „kulfa maś”)

Albo to jakis inny gatunek, albo jeszcze nie dojżały.
Zawsze pozostaje ananas w konserwie kupiony w Biedronce.

.

.

W związku z niemożnością posiłku wegetariańskiego, trzeba się było napchac rybami na śniadanie.
Ci żółci kolesie mają duże zacięcie do ryb – w końcu mieszkają na wyspie. Patrzcie dalej…


Ten miał zacięcie szczególne – tylko czekałem z aparatem, aż jakaś większa fala go stamtąd zmyje widowiskowo i ku uciesze gawiedzi (w tym przypadku mojej).


Sam stanąłem za blisko! Ryzyko zawodowe reportera.

Ale było warto – rozbryzgi były super.

A tutaj kwitną sobie drzewa – wszyscy się tam zatrzymywali i robili sobie nawzajem fotki, więc żeby się nei wyróżniać, też zrobiłem parę.

Tak! to co jest przed kamieniem to TABLICA REJESTRACYJNA. Od tej chwili zacząłem patrzeć nie tylko przed siebie ale i do góry!
W Polsce można co najwyżej być przejechanym przez debila albo pijaka na przejściu dla pieszych, jednak na Tajwanie może nam spaść na głowę kawał skały…

… może się skończyć asfalt…

A tutaj piękne osunięcie zbocza.

Może nas zamglić (ale nie od chlania) Widoczność 10 m nawet przy zapalonych światłach przeciwmmgielnych

Może się też osunąć ziemia
…Albo może nas trafić dowolne połączenie powyższych atrakcji.
Nie wspominam nawet o tajfunach i trzęsieniach ziemi, węży, stada rozpędzonych bizonów i blokady rolników, bo akurat tego nie było.

Tu im się droga skończyła. Naprawdę robi wrażenie, jak jedzie się obok czegoś takiego.

Tak to wygląda z daleka. Kolesie mają zacięcie

A takich zakrętasów jest pełno w górach. Po jakimś czasie już nawet niespecjalnie zwalniałem.

W samo centrum zadupia (jeśli można to tak nazwać) doleciałem na oparach paliwa, co widać na zdjęciu.

To było miejsce położone głęboko w górach. Jedyna stacja benzynowa w promieniu 50km.

Zachód słońca zastał mnie w miejscowości Lishan – nie ma tam za bardzo miejsca na rozstawienie namiotu więc spałem dla odmiany od kamieni i głazów, na bruku pod jakimś budynkiem, zwanym górnolotnie „centrum tyrizma”. Oczywiście w namiocie – trzeba jakieś pozry cywilizacji zachować.

Co ciekawe, ktoś musiał białasa wypatrzeć, bo rano na siedzeniu skutera znalazłem prezencik – ciasteczka.

Tam naprawdę bardzo lubią i szanują białych.

A to najwyzsza wysokosc, na jaka wjechalem!

Na tej drodze jedynym zapachem był swąd palonych klocków hamulcowych. A korek lepszy niż nad Morskim Okiem i pod Giewontem.

A to ostatnie zdjęcie – wykonane przez właściciela wypożyczalni motorów. Białas jednak nie zdołał mu rozwalić skutera i przjechał w jednym kawałku.