Raj, ale zamiast hurysów… kotlety schabowe

Tak! Tytuł was nie zwodzi. W maju przyleciałem do raju. Ale nie do raju częstochowskich poetów, co mogłoby sugerować poprzednie zdanie, ale do raju kulinarnego. Do miejsca, w którym wystarczy wejść do pierwszego z brzegu sklepu mięsnego, do pierwszej z brzegu restauracji, zajść na najbliższą stację benzynową, aby zrozumieć dlaczego kolonialne mocarstwa tak bezlitośnie krzewiły na całym świecie zachodnie obyczaje, demokrację… i kolę z frytkami. 
Odpowiedź jest prosta. Żarełko. O tu proszę, jak się szykuje do pożarcia:

Czytaj więcej

Perypetie skuterowe – odcinek NEGATYWNY, czyli błąkamy się od mechanika do mechanika

Szanowni czytelnicy,

nadszedł czas aby porachować perypetie motorowe i rozliczyć Tajwańczyków z ich plusów i minusów. Na początek odcinek negatywny. Generalnie przeszedłem wielką przeplatankę postawy pełnej pomocy i zamaskowanej złośliwości… niekompetencji. Albo mieszanki jednego i drugiego.
Piszę tak , bo oni takie zachowanie mają we krwi – maskują niekompetencję udawaniem półidiotów. Chciałbym tylko dodać, nie wiem czy na pocieszenie, że w innych krajach jest podobna sytuacja. Czasem trochę lepiej, czasem trochę gorzej… Zresztą, sami poczytajcie: http://www.wykop.pl/link/3438899/gdy-klient-przychodzi-do-mechanika-z-instrukcja-naprawy/
Czytaj więcej

Słowo o stosunkach angielsko-francuskich i co z tego wynika dla Tajwańczyków

Jak każdy szanujący się doktorant nauk historycznych wie, przyjaźń między bratnimi narodami angielskim i francuskim nie była zawsze gorąca… A jeżeli już była, to od pożóg podpalanych miast i siół. Tą prawdę historyczną należy propagować, gdyż – jak mówił słynny hiszpański mędrzec Santayana, ci, którzy nie pamiętają historii, są zmuszeni ją powtarzać. Nieliczni tylko znają słowa, którymi Santayana spuentował swoją mondrą maksymę: „A ci co pamiętają historię, muszą stać bezradnie i patrzeć, jak powtarzają ją wszyscy dookoła”.

Gdy więc w mojej włóczędze po tajwańskich górach trafiłem na wioskę aborygenów, postanowiłem zrealizować misję kształcenia lokalnej dzieciarni w zakresie historii średniowiecznej Europy. Nie odmówiłem sobie nauczyć naszych milusińskich gestu pojednania między nacjami.

 

Nauczyłem dwóch łebków, a nowa wiedza rozprzestrzeniła się wśród kwiatu tamtejszej młodzieży niczym pożar buszu na Kalahari. Albo ww. pożar strzech. Gest starannie wyjaśniłem – nauczyłem dzieciaki pokazywać go w formie historyczno-dowcipnej, a nie ześwinionej. Wygłupiać się – nie trzeba mnie dwa razy prosić, ale nie kosztem ofiar, że sformułuję to oksymoronalnie.

Tu wyjaśniam, że gest pokazany pionowo jest ugruntowany przez praktykę społeczną i znaczy u Anglosasów bardzo brzydko. Pokazany poziomo jest zdecydowanie odcięciem się od takiej praktyki wszczynania burdy, a więc jasno nawiązuje do pierwotnego znaczenia: angielski łucznik (longbowman – wiki) ma jeszcze paluchy i może strzelać z u-ku, gdyż odbiorca gestu, Francuz, nie zdążył mu tych paluchów urżnąć zardzewiałym nożem.

Żeby absolutnie wszystko było jasne: w przenośni gest oznacza tyle co „jeszcze mnie nie pokonałeś”, co bardzo starannie dzieciakom wyjaśniłem, jednocześnie zakazując pokazywania paluchów (zwłaszcza pojedynczego) w pionie. Stąd na początku robiły gest we wszystkie strony, a na koniec (zdjęcie poniżej) już jak należy, czyli po historycznie-militarnemu.

Po paru minutach  reszta dzieciarni podłapała gest, co uwieczniam na na poniższym zdjęciu, a ich nauczyciel (czyli ja) pokiwał głową i uśmiechnął się w myślach.

 

Znowu sukces. Nie na darmo tutejszy MEN (Ministerstwo Edukacji Narodowej) we mnie zainwestowało fundując doktorat z historii. Teraz pozytywną energię finansową przemieniłem w wartość dodaną sumarycznej edukacji historycznej nadziei narodu tajwańskiego.

Jedyne czego  żałuję, to to, że nie zobaczę miny Anglika albo Francuza, który zawita w tamte strony. Dzieciakom starannie i dwa razy wytłumaczyłem, że jeśli chcą zrobić takim gościom zrobić niespodziankę, powinny powitać ich właśnie wyżej opisanym gestem.

 

 

 

Ponowna wizyta na wyspie Jinmen

Wyspa przy wyspie

Jinmen to skrawek lądu o długości około 20 km tuż przy brzegu komunistycznych Chin. Wyspa-forteca. Dodam, co powinno wyjaśnić dlaczego mam w sercu specjalne miejsce dla niej, że cała usiana jest bunkrami, koszarami i innymi instalacjami, których odpowiednikiem są plaże w Normandii.

W tym roku wyczaiłem na niej miejsce, którego wcześniej nie znalazłem. Otóż tuż obok portu jest wysepka z fortem, do którego dostęp jest odcinany przez przypływ:

Akurat w czasie mojego pobytu przypływ wypadał na noc i dzień. Dostać się na miejsce można było tylko wieczorem i o bladym świcie.

Generalnie w odległości 3 km było widać już miasto Xiamen – Chiny Ludowe. Wyobraźcie sobie, że pełnicie tam służbę… w zasięgu typu point-blank komunistycznej artylerii.

 

W październiku tego roku (2015) będzie dzień sznura, tzn. rozliczenia miłościwie nam panującej władzy ludowej. Jeśli POlszewickim uciekinierom przyjdzie na myśl schronienie się na Tajwanie, będę na nich czekał równie gotowy co obrońcy Jinmen w latach pięćdziesiątych.

Jeśli pamiętacie wpis o teleskopach, to wiecie, że w teleskopie VLA w Nowym Meksyku wycyganiłem kawał stali – właśnie z przeznaczeniem na nóż.

Kawał podkładu kolejowego z szyn, po których poruszają się anteny, czekał cierpliwie 2 lata.

Został przekuty na piękne ostrze i wkrótce zyska rękojeść i wieczne przywiązanie właściciela.

 

—————-

Dopisane 29 marca 2015:
tak wygląda gotowy nóż:

Cudeńko.

Nowy Amsterdam 2014

„UWAGA! Uwaga! Przeszedł!
Koma trzy!”
Ktoś biegnie po schodach.
Trzasnęły gdzieś drzwi.
Ze zgiełku i wrzawy
Dźwięk jeden wybucha rośnie,
Kołuje jękliwie,
Głos syren – w oktawy
Opada – i wznosi się jęk:
„Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy!”

„Ameryka under attack!”” Głosiły nagłówki gazet 11 września 2001 roku.
Dziś jak co roku Nowojorczycy obchodzą szerokim łukiem rocznicę wyburzenia tajnej, obciążającej amerykańskie służby wywiadowcze dokumentacji, ukrytej w budynku nr 7.
Połączona akcja CIA i Saudyjskich pomagierów z sekty Wahabitów dała nadspodziewanie dobre efekty propagandowe.

————-
Niezorientowanym przypominam, że wg oficjalnej wersji  solidny, z pewnością wzmacniany budynek zawalił się od niewielkiego pożaru na jednym z pięter. A zawalił się calutki z prędkością swobodnego upadku, co widać na wszystkich filmach dokumentujących cały incydent.

Oficjalna wersja starczy za cały swój komentarz.

———————

Ale do rzeczy. Dostałem pracę w branży filmowej. Zaproponowano mi wiele ról – oczywiście głównych.
Wszystkie te oferty przyjąłem i w roku 2015 kolejne obrazy pojawią się w kinach i będziecie mogli wszystko oglądać. Oto jak realiizowałem niektóre z kontraktów.

Na początek przejąłem główną rolę w miejsce Mela Gibsona, który odrzucił ją twierdząc, że nie jest jej godzien. Wcieliłem się w szarego mieszkańca Nowego Jorku, który ciężką pracą osiąga swoje cele życiowe i w końcu (w drugiej części, czyli musisz zapłacić kolejne 40 zł za bilet i popkorn) osiąga sukces.

 

Potem zadzwonił do mnie Arnold – ten, któremu odstąpiłem rolę Terminatora. Do dziś trochę żałuję, bo strasznie ten film stracił na zamianie aktora grającego główny czarny charakter. Doznał on kontuzji, która uniemożliwiała mu odegranie roli motocyklisty walczącego ze złem tego okrutnego świata. Aby lepiej wcielić się w rolę, zostałem poproszony przez Spielberga, abym poznał od środka świat motorowców.

Ludzie drogi to bardzo specyficzny typ. Chodzą, a raczej jeżdżą własnymi drogami i starannie pielęgnują swój imaż osób groźnych i nieprzystępnych:

Na szczęście wkrótce trafiłem we właściwe miejsce – do klubu zrzeszającego polskich emigrantów na Greenpoincie.

I tu wszystkie ponure i budzące grozę mity rozpadły się jak domek z kart (je…nięty karzącą piąchą gościa, który nakazał mi tonem jednoznacznym, że napiszę pozytywnie or else!) Motorowcy okazali się ludźmi przyjaznymi i pełnymi życzliwego poczucia humoru.
By nie być nagosłownym, dam przykład. Ponad poziomy wynosi się gościnność i wyrafinowane, pełne dystansu poczucie humoru tego oto osobnika:

Całość drużyny, oprócz oglądania  Przeminęło z wiatrem (aby wyrazić swój wrodzony szacunek dla gustów płci pięknej, jakże odmiennych od męskich*) na zmianę z Imperium kontratakuje (dla absolutnie ich ulubionego motywu muzycznego Dartha Vadera), urządza regularnie wycieczki po okolicy, aby głosić chwałę polskiego rycerstwa, na pohybel Putinowi i jego pachołkom z PO:

——–
* prawda jest taka, że nie można cały czas oglądać filmów wojennych albo o policjancie infiltrujacym mafię, bo druga połowa w ramach retorsji odmówi posług małżeńskich. Stąd pojawił się nowy gatunek filmu wojennego: zamiast cały czas pokazywać strzelaniny i wybuchy jak w porządnym filmie zasługującym na to miano (co w tym złego, ja pytam!!!!) reżyser należący do lobby żydowskiego w Hollywood dokłada minimum 30% scen romantycznych – że niby żołnierz zaspokaja swoje potrzeby duchowe nie w przyfrontowym burdelu, tylko pisząc do jakiejś – przepraszam za słowo – niedoruchanej narzeczonej 10 000 mil z miejsca z wybuchami.
——

Ale wróćmy do moich kontraktów filmowych.
W międzyczasie zagrałem jedną rolę w filmie o poszukiwaczach skarbów:


Jest to remake słynnego filmu National Treasure. Nicholas Cage mi to załatwił, a poza tym dobrze płacili.
Przyszedłem, kierownik planu wykrzyknął, jak do rekruta wrzeszczy rasowy sierżant, niedoszły profesor fizyki kwantowej. Wrzasnął, aż się siano posypało z sufitu, nawiązując do swojej ulubionej teorii o wspólnej naturze czasu i przestrzeni:
– Kurwa, masz kopać stąd do południa!!

No to kopałem – przez 8 godzin wykopałem około 2 m sześcienne piachu z polodowcowymi kamieniami. Ledwo się ruszałem przez dwa dni. Czego się nie robi dla sławy.

Po sukcesie tej roli, dostałem angaż do kolejnego filmu o Godzilli napadającej na Nowy Amsterdam, a zwłaszcza na Manahachtanienk.

—————————–
Bo Nowy Jork dawniej nazywał się Nowy Amsterdam – zanim nie trafił w łapy Brytyjczyków.
A Manahachtanienk to Manhattan – ale w języku lokalnych Indian, którzy byli to pierwsi. Ale nie ostatni. Niestety.
Dodam, że ten akurat szczep Indian musiał mieć krew jakichś polskich podróżników w czasie, bo Manahachtanienk znaczy tyle co miejsce, w którym wszyscy się schlaliśmy”.
———————————

Całą sprawa z Indianami śmierdzi hipokryzją zwłaszcza w świetle całej afery znanej jako 9/11. Do tematu będziemy wracać. Na jednym z przyjęć dla ekipy filmowej od ich dalekich potomków dostałem pamiątkowe zdjęcie z XIX wieku:

Darczyńca jest kimś szczególnym i jest otoczony aurą niezwykłości. To jedyny człowiek będący krzyżówką Polaka i Indianina. Niewątpliwie ten szlachetny dzikus jest dowodem na prawdziwość starodawnej mądrości „Polak Indianin dwa bratanki – i do łuku i do szklanki”.  Człek ten jest wybitnie wykształcony i wychowany zgodnie z rygorem fhancuskiej ahystokhacji.

Ale wróćmy do głównego wątku całej historii. Oto kanion ulic Manhattanu:

Przez trzy tygodnie dojeżdżałem takimi właśnie drogami do miejsca pracy. To był jedyny raz, kiedy mnie oszukano w kontrakcie.
Zapłacili 20 milionów USD z góry na sam mój widok – i to osłabiło moją czujność. Miałem grać główną rolę bogatego playboya. Do roli tego wpół erotycznego filmu akcji szukano kogoś, kto potrafi pukać panienkę 12 godzin bez przerwy, aż ściany będą dudnić, a panienka zrobi się krucha jęcząc, drżąc i parując jak czarnoziemy polskich kresów zaorane dwutygodniową nawałą artyleryjską Armii Czerwonej tuż przed wiosenną ofensywą w czterdziestym czwartym.

Okazało się jednak, że musiałem zrobić dobre wrażenie jako budowlaniec-remontowiec.
Zamiast dość ciekawej, nie powiem, roli, znowu musiałem machać młotem albo innymi narzędziami. Tym razem byłem członkiem całej grupy remontowej, toczącej zacięty bój o czek w każdy piątek.

Wspólna praca i spożywanie lanczów pełne były braterstwa, i śmiesznych wpadek.

Kierownik tego planu, chodząca sława Hollywood, zwany przez remontową brać „najlepszym stress-manem Nowego Jorku”, był człowiekiem sprawiedliwym, pełnym miłosierdzia, grzecznym i kulturalnym do granic absurdu. Absurd ten przekroczył, założę się, gdy przejął ode mnie nawyk kłaniania się po japońsku w chwili wręczania czeku. (Ciekawe, co powie, jak to przeczyta!)

Ale zdecydowanie najlepszą rzeczą w tym kontrakcie był spór słowny bezustannie toczony przez dwóch towarzyszy pracy.
W spór ten ochoczo się włączałem – żeby było sprawiedliwie, raz po jednej, raz po drugiej stronie. Czasami jednak tylko słuchałem i notowałem teksty, jakie leciały – a było warto – na pewno wiele z nich, takich jak „co tak stoisz jak widły w gnoju?!” znajdą swoje zasłużone miejsce w arcydziełach literatury, które wkrótce wyjdą spot mojej dysgraficznej ręki.

Aby dopełnić tą pełną wzlotów i upadków opowieść, warto wspomnieć, że wszystkie mity i fałszywe stereotypy krzywdzące mieszkańców Ameryki, są prawdziwe.
Dotyczy to policji:

rasizmu:

Ale i samochodów i ich właścicieli:
Na pokazie starych modeli to był reprezentant Europy:

a tak Ameryki:

Pozostaje tylko mieć nadzieje, że górnolotne przesłanie pokoju, które głoszą wszystkie filmy, w których wystąpiłem, zdołają zmienić swoją renomę kraju rozbójniczego:

Z Nowego Jorku mówiłem jak jest.
Roger Out.

 

 

Wyprawa noworoczna 2014

Gdzie jest najbardziej niedostępne miejsce na wyspie Tajwan? Tu:

Tak w znacznej części wyglądało przejście przez szlak do odciętej od świata wioski, poprzerywany w licznych miejscach przez obsunięcia zboczy i lawiny. Sapanie, które słyszysz, to nie ze zmęczenia ani nie telefon od zboczeńca. To adrenalina.

W dół po lewej zbocze nadawało się jedynie do turlania z krzykiem przez 20 metrów. Ci, którzy tracą przytomność przy pierwszym fikołku, albo roztrzaskują czaszkę na pierwszym kamieniu, to szczęśliwcy… dalej zbocze urywa się pionowo, oferując miłośnikom mocnych wrażeń majestatyczny, pozbawiony już pretensjonalnych okrzyków lot swobodny do najeżonego zębiskami skał potokowi ok. 100-150 metrów w dole. Aha, tam w tle na zacienionym zboczu też jest ścieżka. Nie widzisz? No, przecież ja widzę ją wyraźnie!

 

Ale jak tam się znalazłem? Zacznijmy od początku. Otóż w czasie chińskiego nowego roku szkoły są pozamykane na głucho. Jest to złota okazja, aby złapać oddechu od tajwańskich restauracji, które nienawidzę.

Gdyby ktoś nie wiedział, to problem hałasu w nich (kliknij)  jest nadal aktualny. Swego czasu przekonali się o tym rosyjscy naukowcy w słynnym syberyjskim odwiercie. To szczera prawda! Postępowi naukowcy K-raju Rad postanowili pobić kapitalistów na polu geologii i wywiercić najgłębszą dziurę na świecie. Odwiert miał oficjalnie 14 km:

 http://zhistorii.blogspot.tw/2013/10/rosyjska-dziura-do-pieka-najgebszy.html.

Okazało się, że Ruscy dowiercili się do piekła, ale że w oficjalnej propagandzie komunistycznej piekła nie ma, sprawę wyciszono, a uczestników wierceń zesłano na Syb…  Ups! Już na niej byli, więc nie ma sprawy.

Prawda jest jednak taka, że Ruscy znowu sobie popili i z rozpędu przewiercili się do Chin. A precyzyjniej – na Tajwan. A jeszcze bardziej precyzyjnie – do pierwszej z brzegu restauracji w porze lunchu.

I dlatego właśnie znalazłem się w bezludnej dolinie. Zamiast słuchać rozjazgotanych Tajwańczyków, których mam na co dzień, chciałem spędzić 2 tygodnie w terenie i żreć posiłki z ręki pod sklepem. Z daleka od stresu i nerwów. Aha!

ETAP PIERWSZY

To eksploracja wąwozu w wysokich tajwańskich górach.

Jednak to nie restauracje i hotele przyciągnęły moją uwagę, a porzucone wioski i chaty na końcach ścieżek zarośniętych wysoką trawą (dokładnie taką jak w filmie Zaginiony świat.)

Oto jedno z takich miejsc. Noc spędziłem w śpiworze śpiąc na starej desce, którą położyłem przy rozpalonym wcześniej ognisku. Na zadane pytanie odpowiadam: nie nie udało mi się spalić ani chaty, ani lasu. W przeciwieństwie do słynnego amerykańskiego pisarza H. D. Thoreau, któremu ta sztuka się udała. Może jestem nie dość słynny. Jeszcze.

W dalszym toku narracji doszedłem do miejsca, w którym szlak został zarwał się i wpadł w przepaść. Żarłem tam tradycyjne „śniadanie na końcu drogi” i czytałem książke, gdy nagle zostałem zaproszony do samobójczej wyprawy przez szlak, który – jak mi powiedzieli przechodzący pomimo – został zniszczony przez tajfuny i lawiny w kilku  miejscach. Z dziewięciu kilometrów dwa to przeprawy przez takie zawaliska jak na załączonych obrazkach.

Początek rzeczywiście śmiertelnie niebezpiecznych ścieżek był tu, obok zagrzebanego pod lawiną skutera:

Dwa lata i rok wcześniej już dwa razy właśnie w tym miejscu podkulałem ogon i rezygnowałem z dalszego marszu. Ten niegdyś bardzo popularny szlak turystyczny został zniszczony w 2012. Wtedy wszyscy mieszkańcy wyprowadzili się z gór do miasta na dole – Park Narodowy powiedział, że ma to w dupie i nie będą nic naprawiać.

I tu właśnie zaczyna się opowieść… wszyscy mieszkańcy zeszli z gór do miejsc z zasięgiem Internetu. Wszyscy, oprócz jednego. Na końcu szlaku zamieszkana jest jedna sadyba. Żyje w niej starszy dziadek, którego żona i syn raz, dwa razy w tygodniu przychodzą z zaopatrzeniem.

Jeszcze dwa lata wcześniej jeden z mostów wiszących wyglądał tak, jak w tym wpisie. Człowiek wsiadał do wózka i liczył na to, że ciągnący za linę nie mają chętki do wygłupów w stylu wojskowego poczucia humoru.

Na poniższym zdjęciu widać ścieżkę i linę, której można, a nawet trzeba się trzymać. Czarne coś na styku nieba i zbocza to łeb psa, który chwilę wcześniej przeszedł tamtędy bez trzymanki.

Czytaj więcej

Floryda, w tym epizod THE BRIDGE IS OUT!

Eksploracja Florydy sprowadzała się do oczekiwania na start sondy kosmicznej, który wyznaczono wpierw na 5 lipca, ale potem przesunięto na 19 lipca.

Początek był piękny – granicę stanu Floryda przekroczyłem w nocy z 4 na 5 lipca, licząc, że zajadę do jakiejś mieściny przy autostradzie, żeby napatrzeć się na fajerwerki i przemarsz weteranów.
Zamiast pokazu fajerwerków zaliczyłem zarąbistą burzę, która doprowadziła do zwarcia w motorze i całkowitego zatrzymania na poboczu w strugach deszczu

Po przeczekaniu nocy w namiocie, cały mokry i zziębnięty, o czwartej nad ranem doturlałem się do stacji benzynowej – motor dało się odpalić z pychu, a żadne lampy oprócz stopu nie działały. Jedyną opcją było przytroczyć do przedniego reflektora latarkę czołówkę. Co też zrobiłem.


(To zdjęcie akurat nie jest moje, bo w chwili przekraczania granicy stanu zaczęło już kropić i nie wyciągałem nawet aparatu. Ku..wa.)

Czytaj więcej

Pola bitew

Wytrwali czytelnicy dawno już odkryli, że atrakcje turystyczne odwiedzane w casie moich wypraw dzielą się na:

  • kwatery i wulkany
  • pola bitew
  • teleskopy i inne obiekty związane z kosmosem

Generalnie dzień bez odwiedzenia czegoś co robiło, robi albo zrobi „BUM!” jest dniem straconym.

A ponieważ Amerykanie również lubią sobie postrzelać, w tym do siebie nawzajem, całym ciągiem atrakcji były wizyty na polach bitew. Oto ich przegląd:

I.  Rewolucja amerykańska

Saratoga – wrzesień październik 1777

To raczej szereg starć, niż pojedyncza bitwa. Całość stała się punktem zwrotnym całej wojny. Amerykanie pogonili kota Brytyjczykom i zmusili ich do kapitulacji. Dodatkowym bonusem było to, że Francja przystąpiła do wojny przeciwko Imperium Brytyjskiemu.

 

Ticanderoga

To fort wybudowany prze Francuzów, a potem przejęty przez Brytyjczyków. W czasie rewolucji amerykańskiej został zdobyty prze Amerykanów i przeszedł z rąk do rąk jeszcze dwa razy. Fort strzegł przewężenia jednego z jezior, w sumie nic nadzwyczajnego.

Nadzwyczajny był za to powód, dla którego zrobiłem dodatkowe 500 km aby to miejsce zobaczyć:
http://youtu.be/k_G8K3JaHU8

Momenty filmu, który naświetlą sprawę:

http://youtu.be/k_G8K3JaHU8?t=50m22s

http://youtu.be/k_G8K3JaHU8?t=1h5m18s

Przysięgam, że to prawda.

Przeprawa promowa  tuż obok fortu była momentem, w którym licznik mojego motoru wskazał, że udało mi się już przejechać 10 000 mil:

Sukces!

 

II. Wojna secesyjna

Na początku lat 60-tych XIX wieku Amerykanie odkryli ropę naftową sami u siebie i rozpoczęła się tak zwana wojna domowa. Mówiąc jak chłop do chłopa: napadli sami na siebie.

Już na poważnie: Amerykanie nazywają ją wojną domową. Ale wojna ta w Polsce nazywana jest wojną secesyjną – trafniej, zważywszy na przyczyny jej wybuchu. W dużym uproszczeniu chodziło o to, że Stany Zjednoczone były federacją. Część stanów stwierdziła, że im się w tej federacji nie podoba. W rezultacie okazało się że wyjść z braterskiej wspólnoty można tylko nogami do przodu.

Harper’s Ferry

Tu wszystko się zaczęło. To historyczne, piękne miasteczko leży tuż przy ujściu rzeki Shenandoah do Potomaku.

Stacja kolejowa, sztuk raz:

Oraz słynny arsenał, na który w 1859 roku napadł John Brown, chcąc wszcząć powstanie niewolników. Także sztuk raz:

Cała sprawa z Brownem zrobiła większe zamieszanie niż nalot policyjny w burdelu o drugiej trzydzieści w nocy z piątku na sobotę. W kwestii niewolnictwa spolaryzowali się wszyscy, którzy spolaryzować się mieli i Jaruzelski w dniu wybuchu wojny powiedział między innymi:

Warunki życia przytłaczają niewolników coraz większym ciężarem. Przez każdy zakład pracy, przez wiele polskich domów, przebiegają linie bolesnych podziałów. Atmosfera niekończących się konfliktów, nieporozumień, nienawiści – sieje spustoszenie psychiczne, kaleczy tradycje tolerancji. […]

Antietam: 17 września 1862

To jeden z najkrwawszych dni całej wojny.

W czasie pierwszej fazy bitwy, poniższe pole kukurydzy przechodziło z rąk do rąk około 15 razy.

„Niby zwykłe pole”, pisze (jest napisane) na tablicy pamiątkowej.


Miejsce innej wyjątkowo krwawej potyczki przy Burnside’s Bridge:

O ofiarach w tej bitwie przeczytasz tutaj.

 

Druga bitwa pod Bull Run

Punktem centralnym bitwy były pozycje obsadzone przez konfederatów w wykopie nieukończonej linii kolejowej.

Taki był efekt całego szukania wykopu:

I około dziesięciu kleszczy. Całe dwa dni później jednego skurwiela złapałem w McDonaldzie jak mi łaził po ręce.

Obyło się bez boreliozy. Resztę skurwysynów podtopiłem Amolem (spirytusem) i wydłubałem ze skóry po nocnej awarii motoru na Florydzie.

Różne ludzie mają hobby.

 

Gettysburg

Oprócz uczestniczenia w odtworzeniu bitwy, zwiedziłem miejsce, w którym bitwa faktycznie miała miejsce 150 late wcześniej.

Poniższe zdjęcie zostało wykonane z Little Round Top – miejsca najbardziej zaciekłej potyczki w tej trzydniowej bitwie.

Obóz odtwórców bitwy, tak zwanych renaktorów:

A to słynny pisarz… ten, jak mu tam… aaa!… Jeff Shaara. Wraz z małżonką, która przedstawiała się jako sekretarka.
Dorobił się gość na pisaniu książek o wojnie secesyjnej. Na polu bitwy pod Gettysburgiem podpisywał swoje książki. Ten to ma dobrze.

 

Chancellorsville i śmierć generała Jacksona

Na poniższym zdjęciu widzicie szlak przemarszu wykorzystany w słynnym, genialnym manewrze generała „Stonewalla” Jacksona.

Szlak był przypadkowo odkrytą drogą, dzięki której Jackson zaszedł przeciwnika od tyłu i zastał go z opuszczonymi gaciami – w trakcie przygotowywania wieczornego posiłku. Żołnierze Północy byli tak wyluzowani, że nie zaalarmował ich nawet widok licznych zwierząt (zajęców, Tomaszów Lisów, słoni i żyraf) wybiegających z lasu w ucieczce przed nadciągającym wrogiem.

Gdy już szale bitwy przechyliły się zdecydowanie na stronę konfederatów, Jacksona ostrzelali i śmiertelnie postrzelili jego właśni ludzie.

Generałowi trzeba było amputować rękę, którą pochowano osobno.  Na tym zdjęciu robię zdjęcie właśnie tej mogi….

KurwAAAAAAAA! bo miałem halucynację, że ręka wydostaje się spod ziemi.

 

A to jest miejsce śmierci generała. Umarł na powikłania i zapalenie płuc w kilka dni po otrzymaniu rany:

 

Mordowanie Indian i chwilowy zgrzyt pod Little Big Horn 25 czerwca 1876

Któż z nas nie słyszał o słynnym generale Custerze? I o jego arogancji, przez którą doprowadził do rzezi własnych podkomendnych?

 

Cmentarz w Little Big Horn

Droga wzdłuż grani (?) wzgórza.

Pomnik upamiętniający poległych morderców rdzennych Amerykanów:

Po obu stronach drogi poustawiane są kamienie nagrobne – podobno tam, gdzie padli, tam ich pochowano.

A to nagrobek samego Cuslera:

Na nagrobkach prawdziwych Amerykanów (tzn. prawowitych właścicieli tych ziem), jest napisane: „zginął broniąc swojej way of life” – te słowa dobrze trafiają do Amerykanów.

 

Alamo:

To zdecydowanie najbardziej symboliczne miejsce, żyjące w zbiorowej świadomości Amerykanów.

Udało mi się zrobić pikne, późnopopołudniowe zdjęcia fasady tego budynku.

 

Cannonball z VLA do Gettysburga

Jeden z głównych celów wyprawy: przejazd przez Oklahomę w sezonie tornad!

To są ślady po F-5, które przeszło miesiąc wcześniej

 

Bicie rekordu przebiegu!

To, co nie udało się w Australii (deszcz, koleiny i zmęczenie uziemiły mnie na 976 km) i w Argentynie (padło łożysko), udało się w USA. Przebiłem barierę 1000 km dziennie.



641 mil = 1031 km!

Wtedy strasznie się podnieciłem i byłem dumny. A później jeszcze dwa razy udało mi się przebić tą magiczną barierę.

 

Most w St.Luis

Kulminacyjnym momentem przejazdu przez stan Kentucky była wizyta w oczywistym w tych okolicznościach miejscu:

Koniec! Ale triumfalny

Za doliną śmierci wznoszą się piękne, porośnięte drzewami góry.

A na wysuszonych na wiór nadmorskich równinach można napotkać masę ciekawostek – źródeł bogactwa Kalifornii. Między innym liczne polan naftowe.

A już zupełnie blisko Los Angeles zaczyna się kraina bogactwa i luksusu. Ostatnim etapem był przejazd o zachodzie słońca przez Malibu Coast.


Koniec! Triumfalny powrót:

Na sam koniec motor prawie się rozpadł na kawałki:


– bieżnik tylnej opony był zjechany tak, że widać było obszary zupełnie bez gumy
– nie działała lampa przednia
– kierunkowskazy na skutek przebicia działały tylko na bardzo wysokich obrotach i tylko przednie
– tablica rejestracyjna zginęła gdzieś w Arizonie – przez trzy stany (ponad 1000 mil) jechałem bez blachy
– klocki w przednich hamulcach całkowicie zużyte do metalu. Heblować się dawało tylko w dużej potrzebie.

Tradycyjne zdjęcie robione ręką kolejnego właściciela motoru:

I pożegnanie z buciorami, które kopały się z drogą nie tylko przez całe US&A ale i siedem krajów Ameryki Południowej. Łącznie 41 000 km!