Z Azjatami przy jednym stole

Niniejszym pocieszam wszystkich, którzy nie mogą się już doczekać tegorocznych wyborów, by zagłosować na „żadnego z powyższych”, byle nie cierpieć kolejnych czterech lat w bulu i nadziei na lepsze czasy.

POlszewiki jadą

POlszewiki Jadą

Ucisk polszewistowski jest niczym wobec moich cierpień restauracyjnych.

 

Na wstępie przyznam się, że jestem znerwicowany i straumatyzowany i wszystko mnie wkurza tak jak w filmie Dzień świra. Kawał….

Przychodzi gość do apteki i mówi.
– Poproszę Nerwosol.
– Co proszę?
– NERWOSOL KURWA!

…. jest autentyczną opowiastką o mojej niedoli, zmienioną w kawał.

Do rzeczy. Teoretycznie restauracja w momentach innych niż sobota i piątek wieczór powinna być cichym miejscem zjedzenia posiłku i przeczytania przy tym rozdziału książki. Ludzie przychodzą, kulturalnie dyskutują, żegnają się, wychodzą.

Może tak. Może na Zachodzie.

W Chinach wygląda to tak:
nagle do stołu na przeciwko dosiadają się trzy-cztery świnie i zaczynają głośno jazgotać i żreć.

Jazgotanie oznacza, że w 5-6 przypadkach na 10 są czymś straszliwie podekscytowani i drą się jeden przez drugiego tak jakby: jedna osoba wygrała właśnie milion w totka, drugiej powiły się pięcioraczki (w tym jeden z dwoma głowami), a trzeci właśnie dostał przez pomyłkę podwójną wypłatę.

Wracając do jedzenia, cokolwiek to jest, zupa, ciało stałe (w sumie nie ciało, ale zwłoki) – siorbią. Skurwiele wsysają jedzenie jak odkurzacz, przy tym dodatkowo mlaskają głośno z otwartymi pyskami.

f1c8c5a2c75849e5e778275999309801

Jak się ma szczęście, to kolesie jeszcze cierpią na katar albo alergię. Wtedy głośno wciągają do środka fluki z nosa – podobno to ułatwia trawienie lepiej niż herbatka Paracelsus.

Ktokolwiek podróżował pociągiem w Chinach, doskonale wie o co chodzi. Najgorsze są minuty i sekundy pory lunchu. Nagle robi się ruch do maszyny z wrzątkiem i cały przedział zalewa zupki z makaronem spagetti…. i zaczyna się.
Czy muszę podkreślać fakt, że makaron w nitkach jest najbardziej siorbogennym pożywieniem dostępnym w sklepach na terenie kraju kwitnącego ryżu? Nie!

Sprawa kończy się tak, że na ok. 40 minut do godziny wstaję z siedzenia i przechodzę czytać książkę do śmierdzącego papierochami korytarza między wagonami. Licząc na to, że tym razem nikt tam nie wpieprza tych makaronów na stojąco, jeszcze rozmawiając „na krzycząco” przez komórkę albo z drugim i czwartym równie hałaśliwym gościem.

Czy można siorbać jedząc kanapkę? Można.

Apogea tej sytuacji potrafią zaskoczyć. Niniejsze słowa piszę w barze Subway – to taki z kanapkami. Nie w Chinach, ale w podobno kulturalnym Tajwanie. Do innych restauracji, takich z ryżem, przestałem chodzić, bo tam nie da się wytrzymać więcej niż 5 minut.

Nie przez siorbanie – w ryżodajniach używa się pałeczek, więc siorbanie jest utrudnione (ale nie niemożliwe). Chodzi o jazgot rozmów – czasami mam wrażenie, że nasi azjatyccy bracia nauczyli się mówić na wdechu, tak nawijają.

Do szczelnego wypełnienia sali jazgotem wystarczy jeden stolik z czterema rozwrzeszczanymi małpami. Trzy też dają radę. Generalnie wszystkie osoby trajkoczą jedno przez drugie – w jednym takim kółku dyskusyjnym gadają średnio trzy osoby z cztery obecne. Jakby stado małp w zoo dostało apopleksji na widok niespełnionych obietnic [tu wstawić nazwisko wybranego polityka].

Właśnie przed chwilą jedna baba przy stoliku obok pożarła kanapkę. Sprowadzało się do przeraźliwie głośnego zsiorbania całego jej nadzienia składającego się z warzyw i innych dodatków. Mlaskanie też oczywiście było – bo takie nieszczęścia chodzą parami jak Marks i Lenin.

No żesz kurcze jego mać! Nie mam gdzie teraz chodzić z książką, oprócz własnego kibla.

Koniec świata gorszy niż ten:

Koniec świata według Tomasza Olbratowskiego (21 grudnia 2012)

Jak będzie wyglądał koniec świata i ile ma wspólnego z otaczającą nas rzeczywistością? Ostrzegamy – oglądanie dzisiejszego felietonu może odbić się na Waszym zdrowiu psychicznym! Felietonów Tomasza Olbratowskiego słuchaj w radiu RMF FM od poniedziałku do piątku o 7:50.

 

Kur****wa! Następny taki sam mlaskający gość właśnie usiadł mi za plecami! Pa!!!

Ameryka cz. 1 – Holyłud i eL-eJ

Jak wszyscy dobrze wiemy, potomkowie skazaców i wykolejeńców, wywiezieni do Nowego Świata, wymordowali jego mieszkańców i zajęli ich ziemie. Później stworzyli światowe imperium i trzymają nas wszystkich za twarz jednocześnie robiąc tzw. dobre miny do złej gry. Czyli produkują bomby i inne bronie grając o najwyższe stawki na szachownicy naszego świata.

Władza ta opiera się na dwóch filarach: robieniu wody z mózgu i kontroli drukowania kasy. Korzystając z okazji, unaoczniłem sobie oba miejsca.

 

1) Fabryka marzeń, zwana potocznie Holiłud, pełna jest zwariowanych i ekscentrcznych producentów i reżyserów. Wystarczyło, że zapuściłem się przysłowiowe pińćset metrów w dzielnicę willową, a już zaprzyjaźniłem się z egzemplarzem wzorcowym:

Nastąpiła wymiana barterowa: ja wyprowadziłem pięknej pani pieski, a ona zrobiła dokumentację fotograficzną.
Przejażdżka zarąbistym samochodem ekscentrycznego producenta – gratis!

I pamiątkowy odcisk terminatora, mojego ideału samotnego motocyklisty

 

2) Drugim źródłem potęgi USA jest kasa – stąd, jak rasowy terrorysta, zrobiłem zdjęcie budynku rządowego.

W czasie procederu zaprzyjaźniłem się z parą okolicznych mieszkańców.

 

Następna część:
Cz. 2. Szukamy Johna Connora… w Santiago de Chile

Rok 2012 się zbliża

W ubiegłym tygodniu otrzymaliśmy przedsmak tego, co czeka nas już za 21 miesięcy – w grudniu 2012.
Japonię cofnęło do kamienia łupanego – po żarcie zamiast do supermarketu wybierają się do pobliskiego lasu.

Jeśli uważacie to za barbarzyństwo, to proszę bardzo. Przynajmniej zwierzęta mogą spieprzać i tym samym ewoluować w kierunku większych prędkości (asymptotycznie ku prędkości światła)

Co jednak powiecie na to:

To jest dopiero barbarzyństwo!

Jak Tawjańczycy imprezują

Pracowity naród Tajwański, gdy już odtrąbią fajrant w fabrykach elektroniki, którymi wyspa jest usiana, muszą zagospodarować swój czas wolny.
Niektórzy w tym celu liczą ziarenka ryżu, inni zaś, pielęgnują tradycje kawaleryjskie.

Najpopularniejszym sportem jest jednak pożeranie morskich potworów.


.
Nie obejdzie się też od pożerania naszych opierzonych braci i sióstr.
Jak zwykle głowa nieszczęśnego stworzenia idzie na ruszt razem z resztą – pociętą razem z układem kostnym.

.
Gdy już kołduny sobie ponapychali, mieszkańcy Tajwanu zaczynają rzęzić w sito, czyli śpiewać karaoke.
Kto oglądał film „Lost in Translation”, wie o co chodzi.

.
A potem nastąpiło najciekawsze zjawisko etnograficzne. Okazało się, że jubilat zaprosił na impreze tancerki topless, kurwy i ladacznice.
Jednak córa koryntu (na pewno nie wie gdzie leżał Korynt, ale co tam), za gażę 3000NT$ (300PLN) plus napiwki, chodziła na golasa i przytulała chętnych.

.
Akcja wyglądała często tak, że ktoś złośliwy dawał jej parę setek i wskazywał ofiarę, swojego np. kumpla, na ofiarę obściskiwania.

.
Było bardzo śmieszne. Na ten czas dzieci wyproszono na zewnątrz restauracji.
.
Następnie był striptease (tak to się pisze?) i tańce na scenie.
Potem, jak zahipnotyzowany pacjent wracający do swego dizeciństwa, wszyscy grzecznie wrócili do śpiewania karaoke.

.
Gdy dzieci wróciły już po tym porażającym spektaklu kusicielek i ladacznic, wszyscy zaczęli obżerać się słodyczami, promowanymi w mediach przez lobby dentystyczne i stowarzyszenie lekarzy kardiologów.

.

Później nastąpiła kulminacja imprezy – losowanie telewizora FLAT LCD pośród obecnych. Głowę dam, że gość który go wygrał, pracuje na codzień przy linii montażowej produkującej takie same telewizory.


.
Po zakończeniu konkursu, znowu zaczęli wyć do mikrofonu. Tym razem wycia i ryki połączyli z usiłowaniami przekazania swojego stylu życia kolejnemu pokoleniu.

I tyle. Koniec.
A ty, zamiast siedzieć podłączony do internetu

wyszedł byś na dwór!

Merry Christmas 2010

Konkurs na najdziwniejszą Wigilię trwa.

Tym razem zgubiłem się w dżungli. I to na serio. Niestety mało zdjęć się udało zrobić zanim nie padła bateria w telefono-fotoaparacie, jednak to co jest powinno oddać klimat wyprawy.

Zaczło się tak

To jest punkt widokowy na piękne jezioro porośnięte dookoła górami i dżunglą.

Droga prowadząca do tego miejsca schodziła jeszcze w dół. Zawsze mnie interesowało co jest dalej – zakładałem że prowadzi ona do samego jeziorka. Dlatego też tematem wigilijnej wycieczki zostało dotarcie do brzegu jeziora.

Szedłem więc, szedłem….

i natrafiłem na koniec drogi z opuszczonym domem na końcu. Normalny człowiek pomyślałby: „Ślepy zaułek, trzeba wracać na karpia”, jednak ja tak łatwo się nie poddaję.

Za domem była ścieżka w dół.

Szedłem szedłem. Poślizłem się. Szedłem dalej.

Na końcu ścieżki (zawalonej osunięciem ziemi) był stary pordzewiały skuter.

W związku z zaistniałą sytuacją trzeba było schodzić lasem. Było ciężko. Nachylenie stoku to 50-70 stopni.

Skusiłęm się na szukanie kontynuacji ścieżki idąc wzdłóż poziomnic, ale bez sukcesów. Kilka razy polazłem w kierunku, w którym nachylenie było większe, co skłoniło mnie do odszukania koryta strumienia.
Na właściwy kierunek naprowadziłem się dźwiękiem płynącej wody gdzieś tam w dole.

Po jakimś czasie, gdy zaczęło się robić ciemno i chłodno. Mokro było przez cały czas.
Dotarłem do strumienia – niestety dalej iść się nie dało – zbyt ciemno nawet z latarką.
Głazy przy strumeiniu bujały się przy chodzeniu.

Brzegi były tak strome, że w zapadających ciemnościach. Przepychanie się między lianami i kamieniami, które ledwo co trzymały się zboczy, było zbyt ryzykowne. Tak więc balanga wigilijna odbyła się w namiocie na gołej skale.

Postanowiłem sprawdzić pocztę:

Tak! Spam jest wszechobecny!

Może nie wszyscy wiedzą, ale Spam to nazwa chamskiej mielonki. Marka ta była swego czasu tak popularna, że włałnie na cześć tej popularności wszechobecną niechcianą pocztę też nazwano spamem.

Gdy rozwidniło się, czyli o bladym deszczowym świcie, dało się zrobić zdjęcie mojego prowizorycznego obozu na płaskiej skalnej płycie tuż nad wodospadem.

.

Ponieważ zbocza wzdłuż strumienia były zbyt strome, jedyną rozsądną alternatywą było poruszanie się korytem strumienia.

Strumień, zasadniczo składający się z wody i koryta, oraz nadającej mu charakterystycznej cechy pochyłości teren, czasami miał wbudowany wodospad, konieczna więc była kolejna akcja z rzucaniem przed siebie plecaka w czasie próby obejęcia niemal pionowymi ścianami składającymi się ze skał, luźnej symbolicznej warstwy gleby i (na szczęście) drzew, których można się było uwieszać.

Dno strumienia też nie było ideałem – piekielnie śliskie po deszczu i pełne wielkich spiętrzonych głazów stanowić mogło śmiertelną pułapkę. Trzeba się było cztery razy zastanowić przed postawieniem gdzieś stopy. W najgorszych momentach znowu trzeba było zrzucać plecak, który miał amortyzować ew. upadek.


.
Taka wędrówka jest najeżona niebezpieczeństwami.


Udało mi się jednak szczęśliwie dotrzeć do bardziej przyjaznych miejsc


.
Ponieważ Tajwańczycy nie zostali nagrodzeni za posłuszeństwo dotacjami z Unii Europejskiej, do zbiornika nie doprowadzono należycie wysypanej żwirem alejki. Trzeba się było dostać do lustra wody schodząc kanałem burzowym.
Czy brodzenie w wodzie pełnej kijanek i nie wiadomo jeszcze czego jest przyjemne? Sprawdźcie sami, tak jak ja.

.
Trud został jednak wynagrodzony! Jestem na wodzie. Nie jest to prawda wyprawa dookoła świata, jednak jak na skalę Tajwanu, na którym jest tylko jedno porządne naturalne jezioro z prawdziwego zdarzenia, żeglarska przygoda jest na „102”

A tak apropos…
Unia Europejska przejęła prawa autorskie do naszego ulubionego serialu! Było to jedną z tajnych klauzul Traktatu Lizbońskiego.
Nasi odwieczni przyjaciele zza zachodniej granicy, oddzielającej cywilizowaną Europę od pogańskiego barbarzyństwa, przygotowali nową, jedynie prawdziwą wersję, w której dzielni bohaterowie, po odwróceniu kompasu do góry nogami, zapierdzielają na wschód!


.
Czy na jeziorze można się zgubić? Jak najbardziej. Jak ktoś chce, wszystko może. Moja próba znalezienia odnogi szlaku, którym planowałem powrócić do cywilizacji zakończyła się w dupie.

Zrobiło się zimno, mokro (cały czas padał drobny deszcz; dla jasności – od popołudnia poprzedniego dnia!), a także ciemno.

I tu dochodzimy do kwintesencji wyprawy.
Wylądowałem ok 400 m. od tamy, która powstrzymywała wody jeziora przed zmienieniem się w rzekę i spłynięciem do oceanu. Byłem przekonany, że ok 30 minut wystarczy na dotarcie do wskazanej przez GPS drogi.

Skończyło się na pięciu godzinach wymachiwania maczetą w ogarniętej ciemnością plątaninie lian i ciernistych ksztoli, mozolnym przeciskaniu się pomiędzy drzewami i lawirowaniu w górę i w dół zbocza o nachyleniu minimum 50 stopni.


predzioThe best home videos are here

Rezultat:

Mokry jak pies, zjechany tak, że ledwo się dało maczetą ciąć krzaki, wyczołgałem się w sumie przez przypadek na całkowicie nieużywaną betonową ścieżkę, miejscami zresztą przysypaną osuwiskami ziemi.

Na pamiątkę zostały liczne rany cięte, kłute i szarpane na rencach (dłoniach), nogach i łbie.


Już dawno mi się takie rzeczy zaczęły podobać. JUTRO TEŻ WAM UCIEKNIEMY!

Kangurlandia cz. 0 – Prolog: A miało być tak pięknie…

WPIS KU POŻYTKOWI TYCH, KTÓRZY TEŻ CHCIELIBY WYJECHAĆ DO AUSTRALII

Przejechanie taksówką z lotniska 4km (CZTERY!!!!! KM) kosztowało 18AUD (x2.60 = 45PLN). Na szczęście jechałem do spółki z miejscowym gościem, z którym przesiadłem się do autobusu ZKM. Licznik się kręcił jak wściekły pulsar (to taka gwiazda). Nie zrobiłem zdjęcia, bo myśli zaprzątnięte miałem planami natychmiastowego wyskoczenia przez okno taksówki, bez jego otwierania, za to pozostawiając po sobie znany z filmów animowanych przerębel (szerzej opisany we wpisie o Malezji).

A to zakupy na kolacjo-obiad:

– mały słoik drzemu truskawkowego
– puszeczka tuńczyka (smak pieprzowo-cytrynowy, na głodzie nawet smaczny, normalnie bym kijem nie tknął),
– puszka fasoli w sosie własnym (celem generowania poduszki powietrzenej chroniących dolną zabudowę nerek w czasie długotrwałej jazdy na motorze),
– napój owocowy (wypiłem po drodze, bo słońce tu tak wali, jakby właśnie zmieniało się w supernową; butelkę z korko-ustnkiem zachowałem, postanawiając chlać od dziś czystą wodę – jak dzikie zwierzęta)
–  dwa banany
– słoiczek VEGEMITE – czyli takich drożdży z witaminami – specyficzny australijski produkt. Gdy Australia zdawała mi się tylko niespełnialnym marzeniem,  czasem kupowałem ten VEGEMITE, aby (dosłownie) obejść się smakiem przygody.
– 6 bułeczek na hamburgery (ku równie wielkiemu co nieuzasadnionemu rozczarowaniu pieczywo tak podłe, że kompletnie rozpada się przy krojeniu, więc jest nawet gorzej niż na Tajwanie)
– mydło (które w związku z niespodziewanymi wydatkami na wyżywienie, pewnie w którymś momencie zjem razem z papierkiem w dodatku)

Cena tej przyjemności zakupowej:
23.25AUD x 2.6  = 60.45PLN

———
Na myśl tu przychodzi pu-łenta znanego i cenionego kawału:
Przychodzi odpindolona baba do lekarza z pługiem na plecach.  Lekarz na to:
O-rzesz kuRRRwa!
————-

Jakby ktoś wątpił w cenę skromnych zakupów dla matki z jednym dzieckiem, to tu proszę przelicznik:

Tym samym wyjaśnia się, dlaczego  część Australii to pustynie: mieszkańcy, oszczędzając na zakupach żywności, wyżarli kangurom drzewa, krzaki i trawy, mchy i porosty, bakterie i wirusy i wszystko inne co zawiera DNA i wodę (a w końcu kangury też, bo to cenne źródło białka, a poza tym oszczędzili im w ten sposób straszliwej śmierci głodowej). Dziś – za Wikipedią – ” […] Obszar pustynny zajmuje powierzchnię większą niż na jakimkolwiek innym kontynencie; dwie trzecie powierzchni […]

Wyczytałem też, że ceny żywności razy-3 ponad racjonalną wysokość sprawiają, że Australijczycy to najczęściej podróżujący naród świata, i najszczuplejszy za wyjątkiem Etiopii.
Inny przykład: nitki dentystyczne do zębów – 14AUD (35PLN – KURDE!!!). Kupowane są pewnie tylko dlatego, że dentyści też walą ceny jak za zboże, więc tubylcy-desperaci prostą kalkulacją wolą nitki.

Ok, muszę kończyć – idę przegrzebać okoliczne śmietniki (na szczęście niedawno czytałem książkę o archeologii śródziemnomorskiej, więc mam teoretyczne podstawy), zanim rzucą się na nie hordy tubylców i turystów – może coś znajdę na śniadanie.

Filipiny: Śladami Aleksandra Magellana i Ferdynanda Kwaśniewskiego

Tak, kochani,

wasz umiłowany autor najczęściej komentowanego bloga roku 2008 oraz 2009 był na Filipinach.

Pobyt na tym wspaniałym archipelagu, na którym rozwój wiary katolickiej nie jest zagrożony knowaniami marksistowsko usposobionych antyklerykalnych aktywistów.

Co prawda jeden z ważniejszych działaczy PZPR, a następnie długoletni prezydent nadwiślańskiego kraju, magister Aleksjej Kwaśniewski, próbował zaszczepić ziarno zwątpienia w duszach i sercach filipińskiego ludu, ale ci w kontrakcji dosypali mu czegoś do jedzenia (a raczej picia HA HA HA!) i próbowali egzorcyzmować, w wyniku czego diabeł mu dupą próbował się ewakuować. O tym za chwilę.

Mój pobyt rozpoczął się od epizodu taksówkowego, choć jeszcze po karcie wjazdowej którą otrzymałem na lotnisku wiedziałem, że ten wyjazd to nie przelewki i będzie wesoło.

Otóż około 1AM z lotniska zostałem zabrany do miasta taksówką. Taksówkarz zaraz na początku spytał, czy chcę prowadzić jego samochód. Pewnie, że…. tak!!
Tak więc 95% trasy ok 25 km przebyłem jadąc obcym samochodem po obcym mieście pogrążonym w mrokach tropikalnej nocy o trzeciej nad ranem. W sumie wcale nie tak obcym samochodem, bo to była stara Toyota, dokładnie taka sama jaką miałem w Polsce!

Z tej przygody zachowały się tylko dwa niewyraźne zdjęcia telefonem

Następny dzień  – rekonensans

Tak wygląda opieka dentystyczna na Filipinach:

A to największa katedra w Cebu City

image-sm-002.jpg

W środku ludzie ustawili się w wężowej kolejce aby zobaczyć statuę NMP.

Na ulicach miasta Cebu królują olimpijczycy. Na poniższym zdjęciu czołowy kolarz Filipin trenuje jednocześnie pokazując współobywatelom dobry przykład pracowitości. Otóż przy okazji dorabiał klucze, a kręcenie gejami (nie wolno mówić „pedał”, bo to niepoprawne politycznie) napędzało prymitywną tokarkę.

Przy katedrze stoi krzyż Magellana, który po heroicznej podróży zawitał w te oto strony – po przepłynięciu Pacyfiku.

Cała wyprawa była pełnym spontanem. Celowo, zwykle tak robię, nie czytam nic o kraju, do którego jadę, aby mieć lepszą niespodziankę.

Widok krzyża natchnął mnie do dotarcia do miejsca, w którym Ferdynand M. po raz pierwszy zszedł na ląd żeby się wysXXX pod krzakiem, zamiast w ocean.  Niestety annały nie wspominają, że w trakcie kontentowania się pozycją kucającą, przyzwyczajony do kompensacji bujania statku, obalił się na bok we własną kupę. Załoganci tak go obśmiali, że parę tygodni później biedaczysko popełnił samobójstwo ze wstydu. Sprawę zatuszowano, a śmierć upozorowano na atak tubylców.

Po zaplanowaniu przejazdu na sąsiednią wyspę, na czas oczekiwania na prom wypożyczyłem motor celem rekonesansu wyspy Cebu (część jasnozielona).

Zwrot motoru i tradycyjne już zdjęcie wykonane przez właściciela zwracanego w niepogorszonym stanie wehikułu.
image-sm-002.jpg

Wejście na statek – nocnym rejsem promem HMS Titanik na sąsiednią wyspę – LEYTE. Leyte po filipińsku znaczy to tyle co wyspa krwiożerczych rekinów. Nazwy wszystkich sąsiednich wysp znaczą to samo, ale brzmią różnie, gdyż są zapisem narzecza innego plemienia ludożerców za każdym razem.
image-sm-002.jpg

A tak to wygląda z perspektywy zaokrętowanego pasażera:

image-sm-002.jpg

Morze oświetlone było księżycem w pełni.

image-sm-002.jpg

A w środku promu ludzie spali na pryczach – foliowe kotary osłaniały ich od wiatru.

image-sm-002.jpg

Po dotarciu na wyspę, przesiadłem się do autobusu (też nocnego) do miasta Tacloban – które było w generalnym kierunku zaplanowanym wcześniej.

 

Konduktor między palcami ściska zwitki banknotów do wydawania reszty.

image-sm-002.jpg

Świt

image-sm-002.jpg

Następnie dogadałem się z jednym riksiarzem na poszukiwanie miejsca, skąd można będzie pożyczyć motor na dalszą część wyprawy.

image-sm-002.jpg

Trafiłem na Amerykanina ożenionego z miejscową kobietą. Motor pożyczony! teraz mordercza przeprawa przez rojące się od tubylców szosy.

Przerwa na śniadanie. Na tej pięknej plaży nie było żywej duszy – mogłem więc w spokoju zeżreć suchy prowiant i wypić mokrą wodę.

Dostanie się na skrajną część półwyspu wymagało błądzenia po rozmaitych lokalnych drogach – nie było żadnych drogowskazów.

Ale w końcu dotarłem do rybackiej wioski i wynająłem tubylców do tego, aby mnie zawieźli na wyspę.

I proszę bardzo – jak ktoś chce to może. Jak Magellan tu dotarł, to znaczy że ja też mogę.

A teraz najlepsza część: pod wieczór pogoda się zesrała! Zrobiły się wielkie fale, a w dodatku dzień się skończył (i zaczęła noc – przyp. red.). W związku z zaistniałym żydo-masońskim spiskiem żywiołów postanowiono:
– kontynuować wysiłki związane z powrotem do portu macierzystego, tj. wioski rybackiej
– przenieść wszystko na rufę tej łódki, żeby maksymalnie odciązyć ww. dziób przy najeżdżaniu na fale
– ignorować fale o amplitudzie 4-5 METRÓW!!! i liczyć że one też nas zignorują.

Na zdjęciu małe preludium jeszcze za dnia. Mieliśmy kłopoty z przybiciem do Homonhon, bo fale były wysokie, że brzeg przysłaniały.

TAK, KURWA!, przez chyba 1,5 godziny w kompletnych ciemnościach, silnym wietrze od dziobu i minimalną widocznością lądu przedzieraliśmy się na odcinku ok 19km.

Nigdy mnie tak wcześniej nie wybujało – przygoda taka, że nie ma przebacz.

Tu już dopływaliśmy do brzegu – i wyciągnąłem aparat – wcześniej było to po prostu NIEMOŻLIWE. Po prostu sprawy wyglądały tak nieciekawie, że trzeba się było cały czas trzymać burt, a myśl o ich puszczeniu była niedorzecznością.

Po dojściu do siebie – a muszę przyznać że ledwo wylazłem z łódki, tak się trząsłem z zimna i adrenaliny, przyszło do rozliczenia.
Za całodzienny kurs zapłaciłem 4000 tamtejszych (przepłaciłem, ale było warto) bo w cenie biletu było:
– roller coaster jak w wesołym miasteczku,
– prysznic pod wodospadem,
– rejs po zatoce Leyte – miejscu o znaczeniu historycznym, w którym rozegrała się największa bitwa morska w historii świata,
– nocleg w bungalowie nad brzegiem tropikalnej egzotycznej zatoki.
Oczywiście kasa którą płaciłem była kompletnie mokra, tak jak i ja cały. HA HA HA!

Uradowani kasą spadłą im z nieba, rybacy postanowili mnie przenocować. W zasadzie zmusili mnie do tego. Wytłumaczyli, że wieczorami grasują partyzanci-bandyci (w Polsce partyzantów nie ma, a bandyci zajęli ciepłe posadki w rządzie).
Uległem perswazji i wyruszyłem w drogę powrotną dopiero o 3.00 w nocy (miałem oddać motor do 9.00 rano następnego dnia, a to już był ten następny dzień. Powiadomiłem tylko właściciela pojazdu, że wracam następnego dnia, a łączność telefoniczna nie chciała za bardzo działać.

W czasie powrotu na lewo i prawo rozciągały się pola i lasy.

Lasy palmowe i pola ryżowe.

Wioski i sioła dopełniały obrazu jaki przetaczał się przed moimi oczyma.

Ku uldze wierzycieli i niepocieszeniu wrogów – dojechałem szczęśliwie, slalomując między świniami, bandytami i innym elementem. Świnia od wieków towarzyszy człowiekowi – mam tu na myśli właśnie TOWARZYSZY – czyli kolesi z PZPR (np. Kwaśniewski) i innych aparatczyków obecnie np. w PO.

 

I po raz kolejny, ucieszony właściciel wehikułu robi zdjęcie pamiątkowe po moim szczęśliwym powrocie.

Ponieważ się spóźniłem i i tak trza było zapłacić za drugi dzień, skorzystałem z rady właściciela motoru i udałem się na zwiedzanie okolicy o znaczeniu historycznym. Tam właśnie, w październiku 1944 miała miejsce amerykańska inwazja na Filipiny (wcześniej japońska, a wcześniej Hiszpańska, pecha mają ci tubylcy)

Przy okazji rozpętała się tam największa bitwa morska w dziejach świata – większa nawet od Bitwy Jutlandzkiej 30 maja 1916.

———————-

Bitwa w zatoce Leyte:

http://www.zgapa.pl/zgapedia/Bitwa_o_Leyte.html

Bitwa Jutlandzka:

http://www.zgapa.pl/zgapedia/Bitwa_jutlandzka.html

————————–

McArtur wychodzi z morza, niczym wenus z morskiej piany.

A to wzgórze 120 – pierwszy obiekt o znaczeniu strategicznym zdobyty przez Amerykańców.

Z racji wąskiego marginesu czasowego do Manili powróciłem samolotem

W Manili, zamiast oglądać głupie centrum miasta, wybrałem się na wycieczkę żeby z daleka zobaczyć wyspę Corregidor:

Po przenocowaniu w motelu, z samego rana, tuż przed udaniem się na lotnisko, udało mi się rzucić na Corregidor okiem. Dla tych, co spali w czasie lekcji historii, wyspa ta leży u wejścia do zatoki Manilskiej (zobaczta se na mapie) i miała olbrzymie strategiczne znaczenie.

Corregidor

————-

Dla niedouków przesypiających lekcje historii:
To tutaj McArthur powiedział słynne słowa I SHALL RETURN – po tym jak Japońce w 1942 pogonili mu kota.

http://www.pbase.com/image/73771770

—————

Aha, i jeszcze prezent od Filipińczyków – to tak na pożegnanie – przy wylocie trzeba samemu płacić opłatę lotniskową.

Wesołego jajka!

Chcieliście życzenia świąteczne, to proszę: Wszystkiego najlepszego, gdzie komentarze?

Życzenia spóźnione jako kara za brak komentarzy.

Jak nie piszę o dupach, to nikt się nie pofatyguje, a jak dam filmik z panienkami, to proszę – wzrost o 100% i jeden komentarz (za co dziękuję)!

Zastanawiacie się zapewne jakie rozkosze kulinarnego podniebienia szykują Tajwańczycy na Wielkanoc?

Proszę bardzo:

balut-tm

0c49597017414b3d972016f

99b75822b62efe601994dff

A jeśli ktoś z was obraża się za serwowanie posiłków z ręki i obrzydzanie mu dań jajeczne i pisanki, zapraszam do konsumpcji bardziej tradycyjnego dania z przystawkami i nieśmiertelnym ryżem:

80c7acb6b33e242e0755b56

Smacznego!

Dajmy szansę mrówkom

Niektórzy wierni czytelnicy zapewne pamiętają słynny atak mrówek, które pożarły mi kilo cukru.
Zmuszony tymi dramatycznymi okolicznościami, musiałem pożyczyć mrówkojada z zoo (na szczęściebyło w miarę blisko, a wypożyczenie można odliczyć od dochodu).

mrowkojad

Trzeba wam kochani wiedzieć, że lokalne mrówki nigdy nie były rozpieszczane  – żrą wszystko jak leci. Są też mięsożerne!
Poniżej udokumentowane fotograficznie zdarzenie:

Mrówy zakosiły mi z kanapki kawałek polędwicy z konserwantami, po czym kolektywnie, metodą DRAG & DROP – podpatrzoną w Microsofcie(r) – niosą do swojego gniazda.

mrowki_kradna_mieso

Zastanawiam się, czy częściej sprzątać ze stołu, czy też je dokarmiać.
Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że rozzuchwalone głodem mrówki wyniosą mnie w czasie snu – tak więc sprzątanie ze stołu wiązałoby się z koniecznością  zakupu kajdanek, którymi sam siebie przykuwałbym do kaloryfera na czas snu.

W związku z tym incydentem przypomina się się świetne opowiadanie Fredrika Pohla pt. Dajmy szansę mrówkom (Let the Ants Try), którego przeczytanie po raz kolejny polecam.

Poniżej fragment:

– Nie dasz rady tego oczyścić – odparł Gordy. – Niby to zwykła trawa, ale bardzo
wyrośnięta i o szalenie mocnych korzeniach. Nawet ściąć jej nie mogę. Jest tu wszędzie
dookoła i robi jej się coraz więcej.
– Mutacja? – skrzywił się de Terry.
– Tak sądzę. Popatrz jeszcze na to… – Gordy skinął na małego człowieczka i zaprowadził
go na sam skraj oczyszczonego terenu. Schylił się i podniósł coś czerwonego, co wiło się i
skręcało między jego kciukiem a palcem wskazującym. De Terry wziął to od niego:
– Też mutacja? – przyjrzał się temu czemuś z bliska. – Wygląda właściwie jak mrówka –
powiedział. – Może tylko… Tak, tułów jest niezupełnie w porządku. W dodatku miękki.
Zamilkł, pogrążony w dokładnym badaniu.
Wreszcie mruknął coś pod nosem i zrzucił owada na ziemię. – Nie masz pewnie
mikroskopu? Nie… Wiesz, trudno w to . uwierzyć. Niby to mrówka, ale wydaje się w ogóle
nie mieć tchawek. A więc musi to być jednak coś innego.
– Wszystko jest inne – powiedział Gordy. Wskazał na kilka zapuszczonych grządek. –
Miałem tam marchew. A przynajmniej myślałem, że to marchew, bo po spróbowaniu
rozchorowałam się. Westchnął ciężko. – Ludzkość miała swoją szans, John. Bomba atomowa
nie wystarczyła, każda rzecz musiała zostać zamieniona w narzędzie do zabijania. Nawet ja
zrobiłem broń z czegoś, co z wojną nie miało nic wspólnego. I wszystkie te nasze arsenały
wybuchły nam nagle prosto w twarz.
De Terry uśmiechnął się.
– Może mrówki będą miały więcej szczęścia. Teraz ich kolej.
– Chciałbym, żeby tak było. – Gordy pogrzebał w ziemi przy wejściu do podziemnego
mrowiska i obserwował skonsternowane owady. – Obawiam się jednak, że są za małe.
– Dlaczego? Te mrówki są inne, doktorze Gordy. Owady nie osiągnęły nigdy znacznych
rozmiarów, ponieważ nie pozwalał im na to ich sposób oddychania. Ale te mrówki to
mutanci. Sądzę… Sądzę, że już mają płuca. One mogą rosnąć, doktorze Gordy. A gdyby
osiągnęły rozmiary człowieka, opanowałyby świat. Oczy Gordy’ego zabłysły.
– Płucodyszne mrówki! Może i opanują świat, John. Może, gdy ludzkość unicestwi się
ostatecznie w następnym wielkim BUM!…
De Terry potrząsnął głową, po raz kolejny obrzucając spojrzeniem swe brudne,
złachmanione ubranie.
– Następne BUM będzie także ostatnim – powiedział. – Te mrówki pojawiły się o miliony
lat za późno.

Aby przeczytać resztę, trzeba wypożyczć z biblioteki zbiór opowiadań Pohla, który szczęśliwie posiadam.
Biegiem do biblioteki!