Częste mycie skraca życie! (odcinek +18 bo z przekleństwami)

Wszechświat dał mi dziś kolejną nauczkę – okazało się ponad wszelką wątpliwość, że czystość szkodzi!

Było to tak:
czyszczę sobie drzwi mojej pięknej willi na skraju lasu, a tu nagle….

facet mieszkający na tym samym terenie przeganiał miotłą węża spod swoich drzwi.
Usłyszałem jak sąsiad idzie w moją stronę i wystawiłem łeb zza futryny, chcąc spytać „czego?”.

W tym momencie operator projektora pomyłkowo zainstalował złą rolkę. Zamiast ciągu dalszego „Domestic Disturbance” wrzucił horror „Anakonda”. I wszystko zaczęło się dziać na raz.

Czego nie wiedziałem, sąsiad właśnie przeganiał miotłą węża. Wąż spierdzielał galopem tuż przy ścianie, zobaczył otwarte drzwi,
za którymi ja kucałem z gąbką i… kurwa skoczył prosto na mnie!!
Czy ktoś z was znalazł się w tym samym metrze sześciennym przestrzeni ze skaczącym dwumetrowym wężem?
Kompletnie bez uprzedzenia?
Nie widzę podniesionych rąk. Czyli nie! Tacy nieszczęśnicy zwykle zostają ukąszeni w szyję i chcąc uniknąć męczarni strzelają sobie w skroń z Lugra, którego dostali od dziadka w testamencie.

Z moich ust nie padło żadne przekleństwo… mózg był zbyt zajęty delektowaniem się chwilą i tylko zapodał na port wyjściowy serię nieartykułowanych ryków. W psychologii kreśla się to przejściowym deficytem wolnych zasobów poznawczych.
Cała reszta mocy obliczeniowej procesora poszła w koordynację czynności motorycznych, tj. nie omieszkując opuściłem pomieszczenie w którego drzwiach stałem. Zdaje się że sprawa zamkła się poniżej jednej sekundy. Nie patrzyłem na zegarek. Nie wykrzyknąłem nawet „Ratunku” po francusku, wykrzyczanego przez marynarza w wiadomej powieści Juliusza Verna*.

A więc tak wygląda pościg z punktu widzenia statysty! Idzie sobie taki nieszczęśnik ulicą, albo siedzi przy stoliku w kawiarni, a tu nagle wpadają ścigający się policjant i złodziej: życie przewraca się postronnej osobie do góry nogami, bądź alternatywnie przewija od początku do końca jak przed wyprawą do kostnicy.

Wąż to był kawał pyty – jak widać na filmiku  – ukrył się za regałem z książkami, a potem przebiegł w podskokach za sterty książek leżące na podłodze drugiego pomieszczenia.

Druga część pościgu, czyli mój sąsiad, wzięła ode mnie szczotkę i jęła węża dobywać, niczym Moskale obrońców tej reduty z której było widać wybuch prochowni Ordona. (w wierszu się ta scena nie zmieściła, ale Adam dał mi raz pełną wersję na mejla).

Wąż zaparł się rękami i nogami i nie chciał wyjść zza książek. Zapewne trafił tam na „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” i nie mógł się oderwać od lektury. Na szczęście to wyciąganie węża nie wiązało się z demolką i nie musiałem wcielać się w dyrektora FBI Womacka (film „Twierdza”) strofować faceta, że „pół miasta obrócił w ruinę”.

Gdy już wąż zmiękł i dał się pochwycić, gość wziął go za szyję (wyznaczaną arbitralnie), drugą ręką podniósł z ziemi swoją komórę i sobietak poszedł z wężem pod pachą. Po całej imprezie został mi w mieszkaniu tylko zapach łuski i ryb – na szczęście w miarę szybko wywietrzało.

O RZESZ KURWA!!! Gdzie ja mieszkam!!!!

Epilog: wąż został ciśnięty z rozmachem w dżunglę, z której przyszedł.
Dobra, niech wam będzie…. „przypełzł”.

————-
* 20 000 mil podmorskiej żeglugi.

Hong Kong 2006 (Wpis historyczny)

Oto wasz wesoły podróżnik pojechał sprawdzić, czy w Stolicy azjatyckiego biznesu nadal panuje ptasia grypa.
Niektórzy życzliwi, poznawszy moje plany, zarzucali toporność takiej metody, porównując ją do sprawdzania za pomocą zapalniczki, czy gaz się nie ulatnia, ale ja wiem swoje.

W imieniu swoim własnym i nie narodzonych dzieci (też własnych) zapraszam do galerii i złośliwych i głupkowatych komentarzy.

Pierwsza historycznie samodzielna wyprawa eksploracyjna Azji.

Zaczęło się niemiłym akcentem: od sabotażu pracowników linii lotniczej. Prosiłem o miejsce przy oknie, to mi dali to co na zdjęciu. Najwyraźniej mają coś do ukrycia.

Świnie!!!! Podstępne ryżojady! A był taki fajny zachód słońca jak dolatywałem *(&&R%^*&%!!!

Dla tych co się jeszcze nie domyślili: to widok z mojego okna – prawda że ładny? Ostatni raz latam tą linią.

Jak wiemy, Hongkong generalnie się składa z: (1) ryżojadów mówiących po angielsku z akcentem Jackie Chana, (2) ryżu, (3) ptasiej grypy, (4) wieżowców i (5) wyspy właściwej.
Oto jeden z w. wymienionych elementów.

A to prawie jak kadr z filmu Blade Runner. Wasz Harrison Ford niewidoczny, bo z drugiej strony kamery.

A to ich (prawie) największe w całej wsi cygaro, jak to dobrze określał wujek Zygmunt F. Symbolizuje ono rytmiczne podrygi światowych rynków towarowych, a w szczególności to, co trafia od tyłu drobnych inwestorów zbierających obierki po takich lewiatanach jak Goldman-Sachs.

Hong Kong ma też i swoje ciemne strony. I nie mówię w tej chwili o jedzeniu – o tym za chwilę.

Do tego żeby podłączyć laptopa, trza było trzech przejściówek:
– stare gniazdko HK na nowy standard
– HK do tajwańskiego
– Z tajwańskiego na polski
– i już przedłużacz do mojego komputera

Jak komuś nie leżą wady strukturalne naszego polskiego ustroju, zapraszam do HK!!


Aby dopełnić obrazu mojego moralnego poniżenia, wszystko to działo się w hotelu na godziny, czyli mówiąc wprost w BURDELU!
Okres rozliczeniowy trwa 12 godzin.  Rano znikałem zostawiając plecak w schowku burdelmamy, zachwyconej, że potrafię wydukać parę słów po chińsku, i wracałem po ponad 12 godzinach.
Była to tańsza opcja niż wynajmowanie hotelu na cały dzień.

A to wyspa Lantau. Jazda awtobusem pędzącym po górskiej szosie PO LEWEJ stronie jezdni, dostarczyła wielu wrażeń, zwłaszcza jak z naprzeciwka nadjeżdżał inny autobus.

Te dzikie krajobrazy znajdują się zaledwie 10km od skrajnie ultra nowoczesnej metropolii dymiącej od promieniowania emitowanego przez tel. komórkowe. Znaczna część mieszkańców zamiast podłączać się do miejskiej sieci energetycznej, nawija sobie cewkę i wystawia na balkon. Taki manewr wystarcza do zasilenia lodówki, telewizora i jednej żarówki 60W. Wracając do tematu: patrzycie na fragment zbocza góry Lantau.

A to fragment podejścia na górę. Jak w marcu było gorąco, to ja nie wyobrażam sobie lipca.

A to już na szczycie.

Wyżej się nie da.

A to, widziana ze zboczy Lantau, wielka, wykonana z brązu, statua buddy. W sumie to nawet największa na świecie.

(To ta sama statua!)

jak wiemy z rewizjonistycznych, antysemickich książek historycznych, kolportowanych przez prosyjonistyczną sitwę ze Światowym Kongresem Żydów na czele, buddyzm zaczerpnął wiele z Folkloru nazistowskiego. Budda robi dyskretne ZIG HAJL.


O skandalu ze swastykami nie wspominam, bo o tym to już każdy chyba wie. Jak oni tak mogą? Podręczników od historii nie czytali? Czterech pancernych nigdy nie widzieli. Przecież to ZŁO!

.

W tym miejscu każdy skrawek w miarę poziomego lądu jest niezwykle cenny. Jednak z maksymalnym wykorzystaniem wolnej przestrzeni pod zabudowę to trochę przesadzili chłopaki.

Ulice jak widzimy, występują w Hongkongu w dużej obfitości. Jest to cecha charakterystyczna wielu miast, nie tylko azjatyckich.

Kolejny dowód podkreślający ważkość poprzedniego twierdzenia.

A teraz mój ulubiony temat – tzw. jedzenie. Oto scenka rodzajowa – proces sprzedaży kury brutto (z piórami i duszą niewinną) My mamy żywe karpie, a oni kury. W lewym dolnym rogu klatka.
Śni mi się to po nocach. Często też idę sobie ulicą a większość żółtasów wygląda tak, jakby te kury też jadła żywcem. BRRRRRR!!

„DON’T MOVE!! Żesz…..”

I co kochani? Czy teraz dziwicie się, że u nich tak ta ptasia grypa się panoszy?

Targ mięsny. Zobaczyłem więcej flaków niż w Total Recall, licząc wszystkie razy obejrzenia tegoarcydzieła Hollywood. Do wyboru do koloru. Te fajne wstążeczki są szczególnie przydatne na stroje do haloween i cieszą się w październiku szczególnym powodzeniem.

Na (swoje własne) szczęście wasz fotograf zaopatrzył się w prawdziwy rarytas: mleko w szklanej butelce jak za komuny. Ukrył je dobrze w pokrowcu na aparat. Gdy narażeniem apetytu pełnił swą wiekopomną misję dokumentacji kulinarnych okropieństw Azji, flaszka z mlekiem przypominała mu kraj mlekiem i miodem płynący – ojczyznę ludową Polskę.

Eskortowany przez ciężki krążownik sanepidu ORP Piorun udałem się w ustronne miejsce aby przystąpić do konsumpcji. To taki atawistyczny instynkt zapożyczony od bodajże pumy. Jedyny polski akcent tego miejsca to flaga dumnie powiewająca na tym stateczku.

Wyspa Lamma, parking dla rowerów. W tle łódka w stylu Rambo II.

A to najlepsze śniadanie pod słońcem – NORMALNA kanapka z szynką („przepłaciłem, ale było warto” jak to mówią) i mleko w szklanej butelce – wszystko to na pięknej plaży wyspy Lamma z widokiem na morze.

(zdjęcie zrobione z ukrytej kamery ukrytej w przełyku.)

Po posiłku udałem się na dalsze zwiedzanie wyspy. N początek zaliczyłem przedzieranie się przez ok. 1 km skalistego brzegu.

No, ale toalety dla psów to mają super.

A to park i ptaszarnia w centrum miasta. Jeszcze rok temu było tu wiele egzotcznych ptaków. Teraz zamknięty na głucho. Pozabijali (i znając ich upodobania kulinarne) zapewne zjedli razem z piórami i pazurami wszystkie ptaki, żeby nie chorowały.

A to park z zapasem wody pitnej dla całej wyspy.

AOMEN

A to już Aomen, czyli po naszemu Makao. Portugalska kolonia. Na zdjęciu kompleks łazienkowy w apartamencie prezydenckim tamtejszego Sheratona. Niestety mniejszych nie mieli, więc musiałem kapkę przepłacić i wziąć to.
Jak można wnioskować ze szczoty w lewym dolnym rogu, czystość i aseptyczność pokojów jest priorytetem numer jeden dla obsługi.

Na równie wysokim poziomie jest znajomość języków obcych. Przy okazji dodam, że problem językowy jest znany tubylcom. Pilot startującego samolotu rutynowo ostrzega pasażerów: „Don’t wory – our flying skills are better than our English”.

Słabo widać, ale wasz szpieg przemysłowy dotułał się do doków. Głupki nic nie pilnowali. W Polsce to by to wszystko [złodzieje] wywieźli na złom w jedną noc i właściciel by się obudził w skarpetkach.

Żeby nie było, że jest tak źle, to tu widzimy ichniejszą starówkę. Brakuje tylko Kolumny Zygmunta i straży miejskiej wypisującej mandaty za parkowanie.

Każdy prawie sklep ma przy froncie taką małą kapliczkę – modlą się skubani o kasę. Powiedział bym, że to zupełnie jak Żydzi, ale jeszcze mnie zgarną i napiętnują za antysemityzm i ksenofobię.

A to najsławniejszy zabytek Makao – front katedry Św. Pawła rozwalonej przez tajfun w 1835 roku.

A koli z takimi gryzmołami na puszce to jeszcze nie piłem.

KANTON

A to już Chiny Ludowe! Kanton. Wysiadłem na losowej stacji metra, żeby trochę poeksplorować. jakoś dziwnie pusto, myślę sobie…

Zagadka rozwiązana. Stację metra wybudowali na początku, za tydzień domurują blokowisko i centra handlowe. Totalne pustkowie – a z mapy wynika, że centrum (w tym geometryczne) miasta.
Gdzie okiem nie sięgnąć – budowy. Jak to juz dobrze ujął znany polski filozof, „mają rozmach sk****szony!”

Ten gość z kartonem to cała ludność najbliższych okolic. Też się pewnie biedaczysko zgubiło.

A to jest mój driver. Na motorze pomógł mi znaleźć KFC, a jednocześnie centrum tego gigantycznego miasta.
Na każdym rogu stoją tacy kolesie z motorami i robią odpłatne usługi transportowe. Fajnie się z nimi targuje po chińsku

A to chiński stróż porządku. Teoretycznie podobno ma pilnować ruchu i ewentualnych violatorów i trespasserów walić drągiem po łbie.
I tu minus dla marketingowców rządu ChRL – płaszcz niestety przypomina znaną skądinąd gestapowską kapotę. I UWAGA: Kupiłem sobie taki płaszcz jako pamiątkę. HA!!! Będę w nim chodził w Polsce!!!!

Ide se taką ulicą z czymś w rodzaju nocnego marketu. Białego jak zobaczyli w jednym sklepie, to palcami go wytykali. Okolica więc była dość egzotyczna, jak na samotne spacery wieczorową porą.
Jednak jak można być w Chinach, kraju słynącym z dystrybucji osiągnięć kina amerykańskiego po okazyjnych cenach, i nie nabyć dowodów tej sławy.

Tak więc idę, myśli moje błądziły sobie: hmmm… ciekawe kiedy zobaczę jak ci kolesie tak strasznie plują (to taki ich zwyczaj narodowy).
Nie zdążyłem nawet postawić znaku zapytania na końcu tego na wpół retorycznego pytania, gdy gość przede mną zrobił tak jak szeregowiec Hudson w filmie „Obcy decydujące starcie” – zacharczał przeraźliwie, a tak uzyskany urobek wypluł z rozmachem przed siebie. Aha, zrobił to dwa razy pod rząd. Robotnicy na budowie w w najgłębszych czasach PRL pozieelenieliby z zazdrości widząc taki kunszt i wprawę.
Następne 10 minut zajęło mi opanowanie histerycznego ataku śmiechu, za co strażników moralności i wyższej kultury równie serdecznie co nieszczerze przepraszam.

A to tablica, czego nie można robić w metrze. A więc: nie pluć, nie bujać się na uchwytach i nie wspinać po rurach. Najwyraźniej kibice z Polski zdążyli już w bardzo niemiły sposób zaskoczyć dyrekcję metra.

KONIEC

Jedzenie (już na samą myśl….)

A oto jedyny, w swoim rodzaju, bezpośredni zapis ukrytą kamerą
relacjonujący dramatyczny pojedynek człowieka z ośmiornicą.

1. Jedzenie
[ocenzuowane]
Wszystko jest kiszone lub poddane podobnym procesom. Gdy idzie się przez miasto co jakiś czas zupełnie znienacka wiaterek przynosi wspaniały wręcz zapaszek zgnilizny. Jeśli chcecie wiedzieć jak to jest, otwórzcie dół z szambem i sztachnijcie się parę razy. To jest właśnie ten zapach.

1.5 Niektóre bary to takie chamskie speluny, jeśli chodzi o higienę, że szczęki na stadionie X-lecia to szczyt czystości i bezpieczeństwa zdrowotnego. Wobec tego chodzę przez większość dnia głodny. Pewnie a parę dni zmięknę i zacznę żreć te wszystkie świństwa. Na razie jedyną alternatywą jest odwiedzanie restauracji, które serwują takie egzotyczne posiłki jak pizza.
Nawet nie liczę że zobaczę kotleta w tym mieście.

W razie jak przyjdzie kryzys żywnościowy, zawsze zostaje to:

21.08.2004

Nadal nie ma dobrego żarcia. Teraz wiem dlaczego wegetarianizm rozwinął sie w azji. Prosze uprzejmie przyslijcie mi zdjecie kotleta schabowegi- powiesze je w zlotych ramkach.

23.08.2004

jak dobrze poszukać, to mozna kupic mleko z krowy. O pardon – od krowy. Tutaj to bardzo istotne rozróżnienie. Chyba się domyślacie dlaczego!

Mleko jest tutaj 2 razy droższe niż w Polsce. Ale nie ma wyjścia. Coś trza jeść. Można też wcinać banany, które są pożywne.

Właśnie w hostelu, w którym mieszkam, moja koleżanka obudziła się od jakichś larw, które wylęgły się w poduszce. Ale się chichałem baranim głosem. Do rana nie mogła zasnąć!

Dzień wcześniej jakiś koleś wyrzucił do śmietnika całą torbę skarpetek, które mu zakisły. Trzeba bardzo uważać, aby ubrania po wypraniu bardzo dokładnie osuszyć.

Jakby potrzymał jeszcze parę dni, to by wyglądały jak większość potraw które tu są serwowane w restauracjach.

Nowy IDIOM:

Przeglądając produkty na półkach w sklepie spożywczym nie próbowalem wybierać napojów które stoją w pobliżu działu chemii gospodarczej, aby przez przypadek nie zakupić „krecika” do przepychania zlewów.
Tak czy inaczej istnieje ryzyko, ze roztargniona obsługa umieści butle z takim krecikiem wśród innych napojów. Wtedy nagłówek gazety będzie wyglądał tak: „Zagraniczny student ponownie w tym tygodniu ofiarą sklepowej pomyłki”.
Teraz wszystkie soki owocowe nazywamy „Kreciki”

Butelki powyżej wyglądają dość niewinnie i w sumie łatwo poznać, że to coś do picia, bo wyjąłem je w sklepie z lodówki.

Aha, przegrałem zakład. „Stówa” pisze się przez o kreskowane i teraz musze
zjeść coś obrzydliwego, co zostanie mi wybrane. KURWA MAĆ!!!!

————–

Zgadnijcie co to za marka:

Ke3-kou3 ke3-le4 – chińskie znaki czytamy od góry. Pierwsze dwie sylaby to wyraz oznaczający „smaczny” drugie dwie – „zabawny, radosny” Znakomicie obmyślona nazwa.

z ostatniej chwili

AAAAaaaaAAAAAaaa-aaaaaaaaaaaaa!!!!!!

Zobaczcie co znalazłem w jednym sklepie!!!!!

Towar absolutnie egzotyczny!!

————————–

Właśnie jest 5 rano – wali Tajfun! Dziś szkoły w Taipei będą zamknięte.

Nie da się spać!

Wiatr strasznie wyje, deszcz pada.

Wyślijcie cos na sen DHLem.

27.08.2004

Tajfun przeżyłem bez szwanku. Wiatr dowalał przez 2 dni. Wszyscy mieli dodatkowe wakacje. Ulice wreszcie były puste, a powietrze stało się – chociaż na krótko – rześkie.

Moje refleksje dotyczące jedzenia:

Dla mnie nie jest to śmieszne (powtarzam po raz kolejny)

Nawet dzieciom dają tu pikantne potrawy – przyzwyczajają je od dziecka.


—-

Także przestał być już śmieszny (bo się zużył) dowcip o kupowaniu piłki do metalu. Ja mam tu to na codzień. Na szczęście w razie czego da się dogadać na migi.

Oto sposób na wybór miejsca na obiad:

Niektóre restauracje są samoobsługowe, tzn pokazuje się palcem, co się chce na talerz, a gość nakłada. Tylko z nich korzystam, bo od razu widać jak wygląda to, za co się zaraz zapłaci.
Ponadto – trzeba uważnie obserwować – jak ludzie do takiej restauracji wchodzą i widać, że jedzą, to można zaryzykować. Jak np wchodzi matka z dzieckiem, to już jest dobrze.

Chińskie żarcie takie jak w Warszawie byłoby za ok. 10-12 złotych tutaj można kupić za 40-60 NT$ (New Taiwan Dollar). Przelicznik jest taki, że mniej więcej 10NT$ = 1 PLN.

Pułapką jest to, że serwują tam dziwne napoje- ich konsystencja i zapach często nie budzą pozytywnych skojarzeń. Są wliczone posiłku składającego się z ehm…. ciał stałych pochodzenia wskazującego na biologiczne. Smak jest nawet dobry. Piłem kilka razy i jeszcze żyję.

———

—-

30.8.2004

Zgadnijcie co dzisiaj piłem???

Mleko gazowane!! Bardzo smaczne wbrew temu co może się wydawać. Zrobię zdjęcie puszki, jak znowu kupię – teraz odruchowo wyrzuciłem do śmietnika.

Zapomniałem, że jeszcze kochani nie wiecie jak się tu nazywam. Otóż tak:

Pierwszy hieroglif nic nie oznacza, jest tylko nazwiskiem. Imię znaczy, w wolnym tłumaczeniu, Strażnik Słów.
Więcej o nadawaniu imion możecie dowiedzieć się tutaj.

Jedzenie – reprise

Generalna zasada dla pieczywa: słodkie bułki z mięsem to tutaj normalka. Pomieszanie smaków dla Europejczyka jest uderzające.

Naleśniki po chińsku: do ciasta dodawane jest jakieś zielone świństwo, tj. jakieś warzywa etc. Smakuje to jednak całkiem nieźle. Pewna odmiana naleśników spotykana na ulicy ma zamiast swojskiego dżemu —- (fanfary) jajecznicę. Tak wasze oczy was nie zwodzą – naprawdę napisałem JAJECZNICA. I niespodzianka – smakuje to całkiem nieźle. Prawie jak omlet.

Aha w jednej restauracji w której byłem w menu była następująca pozycja: „FERTILIZED EGGS”. Smacznego! Ja nie skorzystam. Znowy BŁŁŁŁEEEEEEEE!!!!!!

Po miesiącu czasu nadal nie przyzwyczaiłem się do jedzenia – wszystko jest znacznie przetworzone celem ograniczenia psucia się półproduktów i likwidacji drobnoustrojów – jest mało mięsa a dużo kapusty bądź rzeczy do niej podobnych.

Do tego dochodzą mieszanki słodkiego i mięs, które po prostu cały czas są dla mnie nienaturalne i nieświadomie staram się ich unikać. Dopiero kiedy świadomie to sobie uświadomię, mogę zdecydować się na zjedzenie czegoś takiego.

Sushi!

Pierwszy raz w życiu jadłem suszi – a było to tak:

Poszedłem zjeść na swego rodzaju targowisko straganów spożywczych wyspecjalizowane w owocach morza.

Pokazaliśmy palcami (my – nieznający języka chińskiego) palcem rybę i zdaliśmy się na pomoc dobrych duchów. Niestety przeceniliśmy poziom uniwersalizmu niektórych gestów.

Otóż teraz już wiemy, że zawczasu należy sprawdzić jak po chińsku mówi się „SMAŻONY/A” (teraz wiem: chao3 – ?). Wielkie disillusionment (oświecenie, pozbycie się złudzeń) przyszło gdy na przysłowiową gazetę rzucili nam talerze z surową rybą.
jakoś się zjeść dało i nawet trochę smakowało.

Dodać muszę że taki posiłek znakomicie wpływa na regulację przemiany materii i usunięcie z organizmu wszelkich złogów niestrawionej żywności. Na szczęście nie było bardzo źle.

Nic dziwnego że po takim jedzeniu przekosiło Chińczykom oczy.

Poniższa postmodernistyczna rzeźba stała przed witryną kusząc potencjalnych amatorów wytrawnych potraw.

Z tym ehm… „czymś” sam wielki Linneusz miałby kłopoty. Nawet pytaliśmy się, czy to zwierzę czy roślina, ale w odpowiedź trudno nam było uwierzyć. Na wszelki wypadek nie prosiliśmy o otwarcie zbiornika, bo nie wiadomo kto by kogo zjadł. Teoretycznie to było wykwintne danie w exclusive restaurant.

Poniżej coś dla smakoszy chipsów. Są to podpiekane suszone ośmiornice. Chrupiące, pyszne, palce lizać. Mniam mniam. Smakują PODOBNO bardzo dobrze.

A to jest mordowanie węża: gość przez 20 minut dosypywał do terrarium przyprawy, drażnił węża myszką, opowiadał, co z tym wężem zrobi, a potem, jak już do środka restauracji weszło wystarczająco dużo chętnych, to tego węża katrupił. Makabra. Co za barbarzyńcy.

A tu macie kolejny przykład: oni zżerają wszystkie elementy składowe zwierzęcia. BłeeeeeeeeEEEEeeee.

..

.

.

.

.

.

.

(błłłłłeeeeeeeeeeee!!!!! $%$@^&*^*&#%).

.

.

.

.

..uf już mi lepiej. Przepraszam.

Jak już wcześniej informowałem, zdecydowanie niewiele jest tu miejsc z estetycznie przyrządzonym mięsem. Jest jednak całkiem sporo dań jarskich. Ha ha ha.

Po tym dniu na night market, na którym zrobiłem powyższe zdjęcia, to po prostu nic nie mogłem zjeść i było mi niedobrze.

Ludzie na Tajwanie (wpis historyczny)

Ludzie tutaj są dziwni.

Myślałem że wszędzie jest pełno białych i skolonizowaliśmy już cały świat, co nam się słusznie należy jako głosicielom jedynej prawdziwej religii.

Niestety jest inaczej. Po prostu żółto. Nasza biała cywilizacja zmierza ku końcu (końcowi) swojej dominacji.

Ryżojadów jest więcej, ich kultura życia codziennego dalece wyprzedza naszą. To już koniec.

Przykłady:

1. Drobne kradzieże
W samym centrum jest sklep papierniczy. Ilość towarów i różnorodność asortymentu jest po prostu niewyobrażalna. Wszyscy tam łażą z torbami, plecakami, wejście do sklepu to po prostu brak frontowej ściany. Jest nawet miejsce na rozpęd.
Jednak – nie ma żadnych bramek magnetycznych. Praktycznie i teoretycznie nie ma żadnych przeszkód dla złodziei.

Dlaczego? Bo kraść jest nieładnie. Prawdopodobnie jest tak mało kradzieży, że bardziej opłaca się okazać zaufanie do klienta.

2. Nauczanie dzieci.
Sprawdzanie wiedzy u uczniów odbywa się tutaj na innych zasadach. W Polsce polega na próbie wykrycia niewiedzy – złapania niedouka i lenia. Tutaj, testy i kartkówki umożliwiają wykazanie się ucznia.

Dzięki temu sam proces nauczania jest mniej stresowy i polega raczej nie na rywalizacji, a na kształceniu siebie samego.
O dziwo – uzyskuje się dzięki temu ten sam efekt – uczeń chce się uczyć.
Ten system jest moim zdaniem o wiele zdrowszy od naszego. Trzeba jednak zaznaczyć, że szkoły wypuszczają na ulice hordy życiowych pierdół bez podstawowych życiowych umiejętności prostych napraw szarą taśmą.

Rewards and punishments are the lowest form of education.
Chuang-Tzu, 4th century BC

3. Przejawy agresji.
Nie widziałem. Spokojnie sobie jeżdżę autobusami i metrem z otwartym notebookiem. Nie ma pijanych ludzi, nie ma pijaczków na skwerach (poprawka: widziałem jednego – ale białasa).
Nie ma zgraj agresywnie zachowującej się młodzieży, nie ma wałęsających się dzieci, które nie mają co robić.

Ludzie kłócą się tu o wiele rzadziej. Nie przejawiają agresji, bo tej agresji w nich nie ma. Nie została wykształcona kulturowo. Nie wiem jak przejawia się ich wzajemna życzliwość, ale do obcokrajowców są bardzo OK.

4. Przyzwoitość

Niestety, zachodnia dekadencja zapuszcza już tutaj swoje macki. Coraz częściej można zobaczyć pary, które w miejscu publicznym trzymają się za rękę.
Tak – to jest w Chinach nieakceptowalne i nieprzyzwoite. Widok przytulonej pary należy do dużych rzadkości. Jedyne miejsce na to – wspólna jazda skuterem.

Wietnam 2005

Jak widać na poniższym zdjęciu, Wietnam
to kraj ryżu, który świetnie rośnie na nawozie z trupów amerykańskich
kapitalistycznych najeźdźców. Widzimy ryż w kilku stadiach sadzenia
– nie jest jeszcze dojrzały.

Na tym zdjęciu dwa plutony Vietkongu zamaskowanego jako
sadzonki oczekuje cierpliwie na nadejście nieprzyjaciela. Ponieważ radio
zamokło i nie działa, nie wiedzą, że wojna się skończyła. Wychodzą tylko
w nocy zżerać ryż prosto z pól uprawnych.

Tutaj krążownik kieszonkowy VKS „Bar-szczęka”
uwięziony przez zdradzieckie odpływy.

A oto duma wietnamskiej floty nawodnej. Rajder Ping-pong (po wietnamsku „Warzywo”).
Dzięki innowatorskim rozwiązaniom napędowym (brak kawitacji wywołanej
obrotem śruby) stanowił niezwykle cichą i morderczą broń.

Maksymalna prędkość 3 węzły i pół supła, która w razie potrzeby ucieczki może zwiększać
się do niemal 3,5 węzła.

Jego dzielna załoga, pomna sukcesów Nazistowskich wypadów atlantyckich
(vide „Graf Spee”) wielokrotnie nękała okręty przeciwnika.

Admirałowie floty amerykańskiej do dzisiaj budzą się w środku nocy zlani
zimnym potem na sama myśl o zmierzeniu się z ta uzbrojoną od zęzy po czubki
masztu bezlitosną machiną śmierci.

Poniżej najbardziej niebezpieczne zwierzę na stanie armii Wietnamskiej.
Szacuje się że odpowiedzialne jest za 10-15% wszystkich strat, jakie ponieśli
amerykanie w czasie walk w Wietnamie. Ten zwierzeczek nie rzuca się do gardła jak królik z Poszukiwaczy Świętego Grala. Na jego grzbiecie przewożono zaopatrzenie dla partyzantów Wietkongu. Co w nowoczesnych wojnach – toczonych przez kwatermistrzów i zaopatrzeniowców – przekłada się na amerykańskie trupy

Dodatkowo zwierzaki myliły i kusiły wyglądem. Żołnierz, który zbliżał się żeby pogłaskać, był wysadzany w powietrze przez odpalany zdalnie ładunek podwieszony do brzucha nieszczęsnej owieczki.

Zamaskowany morderca po lewej oraz ten bezczelny po prawej
to część ruchu ulicznego Hanoi. Zdjęcia poniżej wykonano z motoru jadącego pod prąd.

Jeśli pamiętacie kochani, jak straszliwy jest ruch uliczny na Tajwanie,
to teraz mówię:

W Polsce to jest najwyższa kultura. Na Tajwanie też szczyt cywilizacji.
W Wietnamie jest PIEKŁO.

Wszyscy trąbią, jeżdżą pod prąd, nie używają kierunkowskazu. Pełna wolna
amerykanka.

Tutaj znowu jazda pod prąd!

Wizyta w Chinach – post historyczny

Pekin – Xi’an – Shanghai

Nie(ch) żyje towarzysz . Mao!!!!! Hip hip hura!

chciałbym tutaj zaznaczyć, że nie wszyscy jednak uwierzyli w odejście przewodniczącego. Dlatego też centralną budowlą na placu Tienanmen jest mauzoleum, w którym możemy uspokoić rozkołatane nerwy i upewnić się, że nie zacznie nam ponownie przewodzić. Zdjęć mauzoleum nie ma, bo chińscy sabotażyści (wypożyczeni z Niemiec robotnicy przymusowi) produkują słabe baterie, które starczają na 10-20 zdjęć. Większość budżetu podróży poszła więc mi na wymieniane co chwila baterie.

————–

A poniżej wielki mur. Jest to raczej DŁUGI mur, bo wielki to on wcale nie jest. Zresztą tak brzmi po chińsku jego nazwa: dosł. „Dlugi
mur”

Też nie mieli chłopaki co robić. Mur został zbudowany, aby osłonić Pekin przed najazdami barbarzyńców z północy.
Ku niepocieszeniu konstruktorów i pomysłodawców, a co dopiero roboli, którzy to budowali, mur w wielu przypadkach nie dowiódł swej skuteczności.

Barbarzyńcy obchodzili go bokiem. HA HA HA!!!!

A to mieszkańcy Peknu – pekińczyki w trakcie nawożenia trawnika. W tle mur zakazanego miasta, czyli miejsca, gdzie żył sobie

cesarz. Lewitujący pies po prawej stronie właśnie skończył rytualny obrządek oddawania czci temu szacownemu miejscu i zaciera ślady swojej tytanicznej pracy.

 

To jest jedna z bram prowadzących do budowli cesarskich – już wewnątrz Zakazanego Miasta.

 

A to żółw morderca. Specjalnie tresowany, wyjątkowo niebezpieczny potwór strzegący wrót pałacu. Już sama myśl o tej bezlitosnej kreaturze rodem z horrorów kat. F odbierała wszelką ochotę do odwiedzania cesarza, który w międzyczasie mógł w spokoju siedzieć na kiblu i czytać książkę  (i nie musiał wstawać, żeby przywitać gości).

 

Toalety z pisuarami wprowadzono do pałacu cesarskiego dość późno, więc drzewo uwidocznione na poniższym zdjęciu zostało bezlitośnie i systematycznie trute przez spieszących z domu do biura cesarzy dynastii Ming (1368-1644) i Qing (1644-1911). Drzewo sponsorowane przez Green Peace i producenta armatury łazienkowej KOŁO jest zatwierdzonym przez UNESCO pomnikiem barbarzyństwa chińskiego na przestrzeni wieków.

A to jest oddział chińskich komandosów, który biega sobie w kółko w wyznaczonej zagrodzie w Zakazanym Mieście.

Jedyną ich funkcją jest, jak podejrzewam, pokazywanie się zagranicznym turystom. Ta demonstracja siły z pewnością sprawi, że Chiny zostaną zaliczone przez evil-doera George’a (evildoer – ang. czyniący zło) do ŚWIATOWEJ OSI ZŁA.

Jako że Chiny nie wysłały swoich wojsk do napadu na rope o pardon na Irak, to w ten sposób jasno zademonstrowały opinii światowej, że wspierają terroryzm.

WOLNOŚĆ DLA TYBETU!!!!!!

Podroż pociągiem do Xi’an

Poniżej uzdjęciowiony pociąg jest bardzo czysty, tani i wygodny. I oczywiście bardzo długi, bo Chińczycy wszystko maja albo
wielkie albo długie za wyjątkiem jednej rzeczy, co jest  powodem ich głęboko skrywanych kompleksów.

Dworzec Xi’an, głęboko w sercu Chin, jest podniesionym do kwadratu stadionem dziesięciolecia. Ludzie śpią na ziemi czekając na pociąg, charchają, plują i robią tłok. Dzikie Chiny.

Ta urocza wtulona w tradycyjną zabudowę restauracyjka już od rana przyciąga klientów unoszącymi się smakowitymi zapachami. Stoliki naśladując jakże odległe paryskie kawiarenki porozstawiane na chodniku. Pełni zasadniczo jedną funkcję: dowodnie pokazuje że ktoś tu je, a więc istnieje szansa, że człowiek przeżyje eksperyment gastronomiczny.

Wzorem ultranowoczesnej zachodniej mody kucharz przyrządza posiłek na oczach klientów. Jest to związane z humanitarną decyzją oszczędzenia życia inspektorom sanitarnym, którzy po ewentualnym wejściu do wnętrza budynku zostali by albo rozszarpani przez szczury albo zeżarci żywcem przez karaluchy-mutanty.

A tak na poważnie to tam jadłem i było smaczne, a niniejsze słowa wcale nie piszę na oddziale gastroskopii lokalnego szpitala.

Do Xi’an jedzie się w sumie po to, aby zobaczyć zagrzebane szczątki jakichś wypieków z gliny. Otóż pewnego razu pod podłogą tej hali targowej MARCPOL odkryto kolejkę za mięsem sprzedawanym z przodu hali (zdjęcie nie obejmuje). Ludzie stoją czwórkami, jak ustalił społeczny komitet kolejkowy.

Shanghai – miasto możliwości

A to jest miasto moloch Shanghai. Tylko jeden komentarz
– Mają rozmach skurwiszony.

Najsłynniejsza i chyba najwyższa budowla w SH to wieża telewizyjna. Z bliska jest tak wielka, że trzeba zdjęcie robić poziomo,
żeby się zmieściła w kadrze.

A z daleka wygląda tak:

I to już koniec kochani. Jeszcze tylko zdjęcie sponsora
wycieczki:

Tomasza P. ps. „król pizzy” – lewej stronie instrumentu władzy ludowej w Pekinie oraz mnie samego – po prawej stronie.

Jak widać powyżej, Chińczycy mundury pożyczyli z filmu o drugiej wojnie światowej (nawet czapki).

Hong kong (wpis historyczny)

To widok z góry widokowej na wyspie HK. Rok 2154.

Między wyspą HK i stałym lądem pływają ultranowoczesne
promy stratosferyczno-morskie. Ultranowoczesny, oparty na najnowszej generacji
procesorach logiki rozmytej system cumowania budzi zazdrość i zgrzytanie
zębów twórców konkurencyjnych rozwiązań.

Energie, które wchodzą w grę są tak gigantyczne, że odkształcają lokalnie
czasoprzestrzeń w punkcie styku między nabrzeżem a promem – na zdjęciu
widzimy wyżej wspomniany efekt logicznego rozmycia liny. Dyrektor portu
widoczny w tle w odpowiednim momencie krzyczy „dzierżyj cumu!”

Ponieważ w HK jest mało miejsca, bloki mieszkalne buduje
się jedne na drugich. Na poniższym zdjęciu widzimy dwie warstwy.

Wszyscy znamy animacje robotów transformersów, które wywodzą
się wszak z tego rejonu świata. Ten jest w trakcie budowy. W tym roku
skończa tors i głowę. Jak tylko go wprawią w ruch, to nic tylko spier…..ć!

( a tak naprawdę to pomiedzy pilarami tego wieżowca jest
chatka rybacka, które właściciel staruszek zapisał wszystko na radio Maryja
i nie da sie tej parceli odkupić, bo Rydzyk za dużo chce.)

Poniżej relikt brytyjskiego panowania. Kto był w Londnie
to widział. Hongkong dodaje do tego swój smaczek.

Mieszkańcy HK mówią po angielsku z bardzo śmiesznym akcentem,
który słyszymy z ust Jackie Chana. Fajnie się tego słucha.

CDN

Alishan & Ludao (wpis historyczny)

Pierwsze wakacje na Tajwanie.
Wyprawa do miejsca o nieznanej mi nazwie – gdzieś w centrum Tajwanu.
Ta kępa bambusa strasznie mnie podjarała – bo w Polsce tego nie ma.
Teraz już się tak nie ślinię na widok tropikalnej roślinności, ale sami rozumiecie, jak obcym miejscem był dla mnie wtedy Tajwan – obecnie mój dom.


Zamawiam piwo. „Jedno jasne proszę!”

Tutaj tajwańska matka inwigiluje własne dziecko na obecność pcheł.
Swoją drogą – należy zadać pytanie, czy dzieci na Tajwanie wychowuje się integracyjnie- tzn. czy dziewczynki i chłopcy traktowane są równo.
Może w tym celu należy wysłać na Tajwan wszystkie wojujące feministki – i niech się zajmą badaniami.
Oczywiście dać im trzeba bilet w jedną stronę – i niech nie wracają.
STOP!!!! Niech wracają – przecież ja jestem na Tajwanie!!!!!!


1


2


3


Pogoda idealna i wiaterek niczego sobie. Fale były fantastyczne.

Po drodze trza było się czegoś napić. Ponieważ było po sezonie, sklepikarze utracili czujność.
W związku z tym wziąłem se kolę, zostawiłem kasę oraz notatkę z podziękowaniem na blacie i pojechałem dalej.

Piękny czerwony zachód słońca…

Był rozwiązaniem zagadki, o czym jeszcze nie wiedziałem. Zagadka: dlaczego tak mało ludzi na tej wyspie? była całkiem prosta. Otóż okazało się, że właśnie w stronę wyspy zbliżał się tajfun!!!


I wszyscy turyści oglądający telewizję wycofali się na z góry upatrzone pozycje – pod łóżka we własnych domach.
Turyści nie oglądający prognozy pogody musieli siedzieć w hotelu przez 3 dodatkowe dni.


I po długich dniach i godzinach pierwsze promyki słońca od 5 dni przekazały miłą wiadomość, że wreszcie można wracać na stały ląd do cywilizacji i internetu.

Zwiedzanie Tajwanu (Wpis historyczny)

Aha, byłem w muzeum, w którym są chińskie skarby kultury i cywilizacji.
Oczywiście nie znam nazwy.

Tak wygląda muzeum od zewnątrz:

A tak jeden z eksponatów, nocnik cesarza ping-ponga. Ale musiał mieć wielką dupę.

Tak naprawdę jest to kociołek do gotowania jedzenia. Ma 3,5 tysiąca
lat. Z biegiem stuleci przeznaczenie takich kociołków zmieniło się na
czysto rytualne. Wewnątrz są zazwyczaj inskrypcje opisujące jakieś ważne
wydarzenia itp.

Część zawartości sal muzeum, które odwiedziłem (2 budynki) zmienia się niej
więcej co miesiąc. Historia zbiorów w maksymalnym skrócie jest mniej więcej
taka:

W 1949 r aparat rządowy Republiki Chińskiej Czang Kajszeka spieprzał
na Tajwan uciekając przed komunistami z towarzyszem Mao na czele. Spieprzali
szybko, ale na tyle wolno, że zabrali ze sobą wszystko co się dało –
w tym właśnie zawartość muzeów. Do dziś zbiory są powodem nieporozumień
między kontynentem a Tajwanem. I oczywiście potężną kartą przetargową
Tajwańczyków.

Przy tej okazji (zajęć w szkole nie było) odwiedziłem
największy tzw. Tourist Night Market:

To jest taki stadion dziesięciolecia, aby zwiększyć podobieństwo obu
imprez handlowych, tutaj też większość sprzedawców stanowią Azjaci.
Ha ha ha!

Ci co się nudzą mogą pograć w tetris: Jeden gość grał, a jak wracałem
po godzinie to ciągle grał.

A tutaj koleś wróży drugiemu z ręki: To są tak zwani wróżbici, którzy
trzepią kasę na zabobonności Chińczyków, którzy mogą nawet zmienić imię,
dlatego że powie im tak wróżbita.