Perypetie skuterowe – odcinek NEGATYWNY, czyli błąkamy się od mechanika do mechanika

Szanowni czytelnicy,

nadszedł czas aby porachować perypetie motorowe i rozliczyć Tajwańczyków z ich plusów i minusów. Na początek odcinek negatywny. Generalnie przeszedłem wielką przeplatankę postawy pełnej pomocy i zamaskowanej złośliwości… niekompetencji. Albo mieszanki jednego i drugiego.
Piszę tak , bo oni takie zachowanie mają we krwi – maskują niekompetencję udawaniem półidiotów. Chciałbym tylko dodać, nie wiem czy na pocieszenie, że w innych krajach jest podobna sytuacja. Czasem trochę lepiej, czasem trochę gorzej… Zresztą, sami poczytajcie: http://www.wykop.pl/link/3438899/gdy-klient-przychodzi-do-mechanika-z-instrukcja-naprawy/
Czytaj więcej

Słowo o stosunkach angielsko-francuskich i co z tego wynika dla Tajwańczyków

Jak każdy szanujący się doktorant nauk historycznych wie, przyjaźń między bratnimi narodami angielskim i francuskim nie była zawsze gorąca… A jeżeli już była, to od pożóg podpalanych miast i siół. Tą prawdę historyczną należy propagować, gdyż – jak mówił słynny hiszpański mędrzec Santayana, ci, którzy nie pamiętają historii, są zmuszeni ją powtarzać. Nieliczni tylko znają słowa, którymi Santayana spuentował swoją mondrą maksymę: „A ci co pamiętają historię, muszą stać bezradnie i patrzeć, jak powtarzają ją wszyscy dookoła”.

Gdy więc w mojej włóczędze po tajwańskich górach trafiłem na wioskę aborygenów, postanowiłem zrealizować misję kształcenia lokalnej dzieciarni w zakresie historii średniowiecznej Europy. Nie odmówiłem sobie nauczyć naszych milusińskich gestu pojednania między nacjami.

 

Nauczyłem dwóch łebków, a nowa wiedza rozprzestrzeniła się wśród kwiatu tamtejszej młodzieży niczym pożar buszu na Kalahari. Albo ww. pożar strzech. Gest starannie wyjaśniłem – nauczyłem dzieciaki pokazywać go w formie historyczno-dowcipnej, a nie ześwinionej. Wygłupiać się – nie trzeba mnie dwa razy prosić, ale nie kosztem ofiar, że sformułuję to oksymoronalnie.

Tu wyjaśniam, że gest pokazany pionowo jest ugruntowany przez praktykę społeczną i znaczy u Anglosasów bardzo brzydko. Pokazany poziomo jest zdecydowanie odcięciem się od takiej praktyki wszczynania burdy, a więc jasno nawiązuje do pierwotnego znaczenia: angielski łucznik (longbowman – wiki) ma jeszcze paluchy i może strzelać z u-ku, gdyż odbiorca gestu, Francuz, nie zdążył mu tych paluchów urżnąć zardzewiałym nożem.

Żeby absolutnie wszystko było jasne: w przenośni gest oznacza tyle co „jeszcze mnie nie pokonałeś”, co bardzo starannie dzieciakom wyjaśniłem, jednocześnie zakazując pokazywania paluchów (zwłaszcza pojedynczego) w pionie. Stąd na początku robiły gest we wszystkie strony, a na koniec (zdjęcie poniżej) już jak należy, czyli po historycznie-militarnemu.

Po paru minutach  reszta dzieciarni podłapała gest, co uwieczniam na na poniższym zdjęciu, a ich nauczyciel (czyli ja) pokiwał głową i uśmiechnął się w myślach.

 

Znowu sukces. Nie na darmo tutejszy MEN (Ministerstwo Edukacji Narodowej) we mnie zainwestowało fundując doktorat z historii. Teraz pozytywną energię finansową przemieniłem w wartość dodaną sumarycznej edukacji historycznej nadziei narodu tajwańskiego.

Jedyne czego  żałuję, to to, że nie zobaczę miny Anglika albo Francuza, który zawita w tamte strony. Dzieciakom starannie i dwa razy wytłumaczyłem, że jeśli chcą zrobić takim gościom zrobić niespodziankę, powinny powitać ich właśnie wyżej opisanym gestem.

 

 

 

Wyprawa noworoczna 2014

Gdzie jest najbardziej niedostępne miejsce na wyspie Tajwan? Tu:

Tak w znacznej części wyglądało przejście przez szlak do odciętej od świata wioski, poprzerywany w licznych miejscach przez obsunięcia zboczy i lawiny. Sapanie, które słyszysz, to nie ze zmęczenia ani nie telefon od zboczeńca. To adrenalina.

W dół po lewej zbocze nadawało się jedynie do turlania z krzykiem przez 20 metrów. Ci, którzy tracą przytomność przy pierwszym fikołku, albo roztrzaskują czaszkę na pierwszym kamieniu, to szczęśliwcy… dalej zbocze urywa się pionowo, oferując miłośnikom mocnych wrażeń majestatyczny, pozbawiony już pretensjonalnych okrzyków lot swobodny do najeżonego zębiskami skał potokowi ok. 100-150 metrów w dole. Aha, tam w tle na zacienionym zboczu też jest ścieżka. Nie widzisz? No, przecież ja widzę ją wyraźnie!

 

Ale jak tam się znalazłem? Zacznijmy od początku. Otóż w czasie chińskiego nowego roku szkoły są pozamykane na głucho. Jest to złota okazja, aby złapać oddechu od tajwańskich restauracji, które nienawidzę.

Gdyby ktoś nie wiedział, to problem hałasu w nich (kliknij)  jest nadal aktualny. Swego czasu przekonali się o tym rosyjscy naukowcy w słynnym syberyjskim odwiercie. To szczera prawda! Postępowi naukowcy K-raju Rad postanowili pobić kapitalistów na polu geologii i wywiercić najgłębszą dziurę na świecie. Odwiert miał oficjalnie 14 km:

 http://zhistorii.blogspot.tw/2013/10/rosyjska-dziura-do-pieka-najgebszy.html.

Okazało się, że Ruscy dowiercili się do piekła, ale że w oficjalnej propagandzie komunistycznej piekła nie ma, sprawę wyciszono, a uczestników wierceń zesłano na Syb…  Ups! Już na niej byli, więc nie ma sprawy.

Prawda jest jednak taka, że Ruscy znowu sobie popili i z rozpędu przewiercili się do Chin. A precyzyjniej – na Tajwan. A jeszcze bardziej precyzyjnie – do pierwszej z brzegu restauracji w porze lunchu.

I dlatego właśnie znalazłem się w bezludnej dolinie. Zamiast słuchać rozjazgotanych Tajwańczyków, których mam na co dzień, chciałem spędzić 2 tygodnie w terenie i żreć posiłki z ręki pod sklepem. Z daleka od stresu i nerwów. Aha!

ETAP PIERWSZY

To eksploracja wąwozu w wysokich tajwańskich górach.

Jednak to nie restauracje i hotele przyciągnęły moją uwagę, a porzucone wioski i chaty na końcach ścieżek zarośniętych wysoką trawą (dokładnie taką jak w filmie Zaginiony świat.)

Oto jedno z takich miejsc. Noc spędziłem w śpiworze śpiąc na starej desce, którą położyłem przy rozpalonym wcześniej ognisku. Na zadane pytanie odpowiadam: nie nie udało mi się spalić ani chaty, ani lasu. W przeciwieństwie do słynnego amerykańskiego pisarza H. D. Thoreau, któremu ta sztuka się udała. Może jestem nie dość słynny. Jeszcze.

W dalszym toku narracji doszedłem do miejsca, w którym szlak został zarwał się i wpadł w przepaść. Żarłem tam tradycyjne „śniadanie na końcu drogi” i czytałem książke, gdy nagle zostałem zaproszony do samobójczej wyprawy przez szlak, który – jak mi powiedzieli przechodzący pomimo – został zniszczony przez tajfuny i lawiny w kilku  miejscach. Z dziewięciu kilometrów dwa to przeprawy przez takie zawaliska jak na załączonych obrazkach.

Początek rzeczywiście śmiertelnie niebezpiecznych ścieżek był tu, obok zagrzebanego pod lawiną skutera:

Dwa lata i rok wcześniej już dwa razy właśnie w tym miejscu podkulałem ogon i rezygnowałem z dalszego marszu. Ten niegdyś bardzo popularny szlak turystyczny został zniszczony w 2012. Wtedy wszyscy mieszkańcy wyprowadzili się z gór do miasta na dole – Park Narodowy powiedział, że ma to w dupie i nie będą nic naprawiać.

I tu właśnie zaczyna się opowieść… wszyscy mieszkańcy zeszli z gór do miejsc z zasięgiem Internetu. Wszyscy, oprócz jednego. Na końcu szlaku zamieszkana jest jedna sadyba. Żyje w niej starszy dziadek, którego żona i syn raz, dwa razy w tygodniu przychodzą z zaopatrzeniem.

Jeszcze dwa lata wcześniej jeden z mostów wiszących wyglądał tak, jak w tym wpisie. Człowiek wsiadał do wózka i liczył na to, że ciągnący za linę nie mają chętki do wygłupów w stylu wojskowego poczucia humoru.

Na poniższym zdjęciu widać ścieżkę i linę, której można, a nawet trzeba się trzymać. Czarne coś na styku nieba i zbocza to łeb psa, który chwilę wcześniej przeszedł tamtędy bez trzymanki.

Czytaj więcej

Chińskie święto podstępu

Tajwańczycy, ale też i Chińczycy na opanowanym przez komunizm kontynencie* lubują się w podstępach i są generalnie tak przewrotni, jak kobiety w cywilizacji zachodniej.

Z podbojem świata na razie im nie wychodzi, bo wciąż uczą się angielskiego.
Szydło z worka wychodzi z okazji rocznicy rewolucji Xinhai, czyli – mówiąc z grubsza – obalenia ostatniej flaszki… to jest ostatniego cesarza.

no images were found

To wspaniałe święto zwie się Double Ten. Niestety, ponieważ liczba 10 to po chińsku krzyżyk, święto w oczywisty sposób da się nazwać DOUBLE CROSS. A to po angielsku nic innego jak zdrada zaufanej osoby, a ogólniej czyn perfidny.

Z Azjatami przy jednym stole

Niniejszym pocieszam wszystkich, którzy nie mogą się już doczekać tegorocznych wyborów, by zagłosować na „żadnego z powyższych”, byle nie cierpieć kolejnych czterech lat w bulu i nadziei na lepsze czasy.

POlszewiki jadą

POlszewiki Jadą

Ucisk polszewistowski jest niczym wobec moich cierpień restauracyjnych.

 

Na wstępie przyznam się, że jestem znerwicowany i straumatyzowany i wszystko mnie wkurza tak jak w filmie Dzień świra. Kawał….

Przychodzi gość do apteki i mówi.
– Poproszę Nerwosol.
– Co proszę?
– NERWOSOL KURWA!

…. jest autentyczną opowiastką o mojej niedoli, zmienioną w kawał.

Do rzeczy. Teoretycznie restauracja w momentach innych niż sobota i piątek wieczór powinna być cichym miejscem zjedzenia posiłku i przeczytania przy tym rozdziału książki. Ludzie przychodzą, kulturalnie dyskutują, żegnają się, wychodzą.

Może tak. Może na Zachodzie.

W Chinach wygląda to tak:
nagle do stołu na przeciwko dosiadają się trzy-cztery świnie i zaczynają głośno jazgotać i żreć.

Jazgotanie oznacza, że w 5-6 przypadkach na 10 są czymś straszliwie podekscytowani i drą się jeden przez drugiego tak jakby: jedna osoba wygrała właśnie milion w totka, drugiej powiły się pięcioraczki (w tym jeden z dwoma głowami), a trzeci właśnie dostał przez pomyłkę podwójną wypłatę.

Wracając do jedzenia, cokolwiek to jest, zupa, ciało stałe (w sumie nie ciało, ale zwłoki) – siorbią. Skurwiele wsysają jedzenie jak odkurzacz, przy tym dodatkowo mlaskają głośno z otwartymi pyskami.

f1c8c5a2c75849e5e778275999309801

Jak się ma szczęście, to kolesie jeszcze cierpią na katar albo alergię. Wtedy głośno wciągają do środka fluki z nosa – podobno to ułatwia trawienie lepiej niż herbatka Paracelsus.

Ktokolwiek podróżował pociągiem w Chinach, doskonale wie o co chodzi. Najgorsze są minuty i sekundy pory lunchu. Nagle robi się ruch do maszyny z wrzątkiem i cały przedział zalewa zupki z makaronem spagetti…. i zaczyna się.
Czy muszę podkreślać fakt, że makaron w nitkach jest najbardziej siorbogennym pożywieniem dostępnym w sklepach na terenie kraju kwitnącego ryżu? Nie!

Sprawa kończy się tak, że na ok. 40 minut do godziny wstaję z siedzenia i przechodzę czytać książkę do śmierdzącego papierochami korytarza między wagonami. Licząc na to, że tym razem nikt tam nie wpieprza tych makaronów na stojąco, jeszcze rozmawiając „na krzycząco” przez komórkę albo z drugim i czwartym równie hałaśliwym gościem.

Czy można siorbać jedząc kanapkę? Można.

Apogea tej sytuacji potrafią zaskoczyć. Niniejsze słowa piszę w barze Subway – to taki z kanapkami. Nie w Chinach, ale w podobno kulturalnym Tajwanie. Do innych restauracji, takich z ryżem, przestałem chodzić, bo tam nie da się wytrzymać więcej niż 5 minut.

Nie przez siorbanie – w ryżodajniach używa się pałeczek, więc siorbanie jest utrudnione (ale nie niemożliwe). Chodzi o jazgot rozmów – czasami mam wrażenie, że nasi azjatyccy bracia nauczyli się mówić na wdechu, tak nawijają.

Do szczelnego wypełnienia sali jazgotem wystarczy jeden stolik z czterema rozwrzeszczanymi małpami. Trzy też dają radę. Generalnie wszystkie osoby trajkoczą jedno przez drugie – w jednym takim kółku dyskusyjnym gadają średnio trzy osoby z cztery obecne. Jakby stado małp w zoo dostało apopleksji na widok niespełnionych obietnic [tu wstawić nazwisko wybranego polityka].

Właśnie przed chwilą jedna baba przy stoliku obok pożarła kanapkę. Sprowadzało się do przeraźliwie głośnego zsiorbania całego jej nadzienia składającego się z warzyw i innych dodatków. Mlaskanie też oczywiście było – bo takie nieszczęścia chodzą parami jak Marks i Lenin.

No żesz kurcze jego mać! Nie mam gdzie teraz chodzić z książką, oprócz własnego kibla.

Koniec świata gorszy niż ten:

Koniec świata według Tomasza Olbratowskiego (21 grudnia 2012)

Jak będzie wyglądał koniec świata i ile ma wspólnego z otaczającą nas rzeczywistością? Ostrzegamy – oglądanie dzisiejszego felietonu może odbić się na Waszym zdrowiu psychicznym! Felietonów Tomasza Olbratowskiego słuchaj w radiu RMF FM od poniedziałku do piątku o 7:50.

 

Kur****wa! Następny taki sam mlaskający gość właśnie usiadł mi za plecami! Pa!!!

Częste mycie skraca życie! (odcinek +18 bo z przekleństwami)

Wszechświat dał mi dziś kolejną nauczkę – okazało się ponad wszelką wątpliwość, że czystość szkodzi!

Było to tak:
czyszczę sobie drzwi mojej pięknej willi na skraju lasu, a tu nagle….

facet mieszkający na tym samym terenie przeganiał miotłą węża spod swoich drzwi.
Usłyszałem jak sąsiad idzie w moją stronę i wystawiłem łeb zza futryny, chcąc spytać „czego?”.

W tym momencie operator projektora pomyłkowo zainstalował złą rolkę. Zamiast ciągu dalszego „Domestic Disturbance” wrzucił horror „Anakonda”. I wszystko zaczęło się dziać na raz.

Czego nie wiedziałem, sąsiad właśnie przeganiał miotłą węża. Wąż spierdzielał galopem tuż przy ścianie, zobaczył otwarte drzwi,
za którymi ja kucałem z gąbką i… kurwa skoczył prosto na mnie!!
Czy ktoś z was znalazł się w tym samym metrze sześciennym przestrzeni ze skaczącym dwumetrowym wężem?
Kompletnie bez uprzedzenia?
Nie widzę podniesionych rąk. Czyli nie! Tacy nieszczęśnicy zwykle zostają ukąszeni w szyję i chcąc uniknąć męczarni strzelają sobie w skroń z Lugra, którego dostali od dziadka w testamencie.

Z moich ust nie padło żadne przekleństwo… mózg był zbyt zajęty delektowaniem się chwilą i tylko zapodał na port wyjściowy serię nieartykułowanych ryków. W psychologii kreśla się to przejściowym deficytem wolnych zasobów poznawczych.
Cała reszta mocy obliczeniowej procesora poszła w koordynację czynności motorycznych, tj. nie omieszkując opuściłem pomieszczenie w którego drzwiach stałem. Zdaje się że sprawa zamkła się poniżej jednej sekundy. Nie patrzyłem na zegarek. Nie wykrzyknąłem nawet „Ratunku” po francusku, wykrzyczanego przez marynarza w wiadomej powieści Juliusza Verna*.

A więc tak wygląda pościg z punktu widzenia statysty! Idzie sobie taki nieszczęśnik ulicą, albo siedzi przy stoliku w kawiarni, a tu nagle wpadają ścigający się policjant i złodziej: życie przewraca się postronnej osobie do góry nogami, bądź alternatywnie przewija od początku do końca jak przed wyprawą do kostnicy.

Wąż to był kawał pyty – jak widać na filmiku  – ukrył się za regałem z książkami, a potem przebiegł w podskokach za sterty książek leżące na podłodze drugiego pomieszczenia.

Druga część pościgu, czyli mój sąsiad, wzięła ode mnie szczotkę i jęła węża dobywać, niczym Moskale obrońców tej reduty z której było widać wybuch prochowni Ordona. (w wierszu się ta scena nie zmieściła, ale Adam dał mi raz pełną wersję na mejla).

Wąż zaparł się rękami i nogami i nie chciał wyjść zza książek. Zapewne trafił tam na „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” i nie mógł się oderwać od lektury. Na szczęście to wyciąganie węża nie wiązało się z demolką i nie musiałem wcielać się w dyrektora FBI Womacka (film „Twierdza”) strofować faceta, że „pół miasta obrócił w ruinę”.

Gdy już wąż zmiękł i dał się pochwycić, gość wziął go za szyję (wyznaczaną arbitralnie), drugą ręką podniósł z ziemi swoją komórę i sobietak poszedł z wężem pod pachą. Po całej imprezie został mi w mieszkaniu tylko zapach łuski i ryb – na szczęście w miarę szybko wywietrzało.

O RZESZ KURWA!!! Gdzie ja mieszkam!!!!

Epilog: wąż został ciśnięty z rozmachem w dżunglę, z której przyszedł.
Dobra, niech wam będzie…. „przypełzł”.

————-
* 20 000 mil podmorskiej żeglugi.

Wyprawa noworoczna 2011

Z deszczowego Tajpej trzeba się raz na jakiś czas wyrwać po porcję witaminy A, czy której tam, która powstaje pod wpływem Słońca, czyli gwiazdy najbliższej Ziemi.
Wieczorno-nocna wyprawa

zakończyła się sukcesem. Światło na końcu tunelu nie okazało się pędzącym z naprzeciwka pociągiem pancernym, ale słońcem.

Jak zwykle moja droga prowadziła przez szereg niebezpieczeństw.

Przejechałem też przez dywan w salonie jaskiniowców.

Nagrodą był piękny kurort ukryty w dolinie pośrodku do niedawna (80 lat) całkowicie niedostępnych gór.

Drogę wykupi Japońce, władające Tajwanem 100 lat temu. Wzdłuż obecnej asfaltówki można się natknąć na wiele dawnych, częściowo nieczynnych szlaków wspinaczkowych

Które są cudne.

I kończą się często tak:


Akurat w tym miejscu stwierdziwszy w czasie robienia zdjęcia że zaraz kolejny kawał zbocza może runąć w dół, miałem niezłego stracha. Zapewniam, że robi wrażenie znacznie lepiej niż na zdjęciu.

Aby dotrzeć do tych urokliwych zakamarków, z narażeniem życia przedzierałem się przez chaszcze i zagrożone osunięciem zbocza, więc proszę o słowa zachęty.

Więcej zdjęć wkrótce.
Dobranoc!

Jak Tawjańczycy imprezują

Pracowity naród Tajwański, gdy już odtrąbią fajrant w fabrykach elektroniki, którymi wyspa jest usiana, muszą zagospodarować swój czas wolny.
Niektórzy w tym celu liczą ziarenka ryżu, inni zaś, pielęgnują tradycje kawaleryjskie.

Najpopularniejszym sportem jest jednak pożeranie morskich potworów.


.
Nie obejdzie się też od pożerania naszych opierzonych braci i sióstr.
Jak zwykle głowa nieszczęśnego stworzenia idzie na ruszt razem z resztą – pociętą razem z układem kostnym.

.
Gdy już kołduny sobie ponapychali, mieszkańcy Tajwanu zaczynają rzęzić w sito, czyli śpiewać karaoke.
Kto oglądał film „Lost in Translation”, wie o co chodzi.

.
A potem nastąpiło najciekawsze zjawisko etnograficzne. Okazało się, że jubilat zaprosił na impreze tancerki topless, kurwy i ladacznice.
Jednak córa koryntu (na pewno nie wie gdzie leżał Korynt, ale co tam), za gażę 3000NT$ (300PLN) plus napiwki, chodziła na golasa i przytulała chętnych.

.
Akcja wyglądała często tak, że ktoś złośliwy dawał jej parę setek i wskazywał ofiarę, swojego np. kumpla, na ofiarę obściskiwania.

.
Było bardzo śmieszne. Na ten czas dzieci wyproszono na zewnątrz restauracji.
.
Następnie był striptease (tak to się pisze?) i tańce na scenie.
Potem, jak zahipnotyzowany pacjent wracający do swego dizeciństwa, wszyscy grzecznie wrócili do śpiewania karaoke.

.
Gdy dzieci wróciły już po tym porażającym spektaklu kusicielek i ladacznic, wszyscy zaczęli obżerać się słodyczami, promowanymi w mediach przez lobby dentystyczne i stowarzyszenie lekarzy kardiologów.

.

Później nastąpiła kulminacja imprezy – losowanie telewizora FLAT LCD pośród obecnych. Głowę dam, że gość który go wygrał, pracuje na codzień przy linii montażowej produkującej takie same telewizory.


.
Po zakończeniu konkursu, znowu zaczęli wyć do mikrofonu. Tym razem wycia i ryki połączyli z usiłowaniami przekazania swojego stylu życia kolejnemu pokoleniu.

I tyle. Koniec.
A ty, zamiast siedzieć podłączony do internetu

wyszedł byś na dwór!

Merry Christmas 2010

Konkurs na najdziwniejszą Wigilię trwa.

Tym razem zgubiłem się w dżungli. I to na serio. Niestety mało zdjęć się udało zrobić zanim nie padła bateria w telefono-fotoaparacie, jednak to co jest powinno oddać klimat wyprawy.

Zaczło się tak

To jest punkt widokowy na piękne jezioro porośnięte dookoła górami i dżunglą.

Droga prowadząca do tego miejsca schodziła jeszcze w dół. Zawsze mnie interesowało co jest dalej – zakładałem że prowadzi ona do samego jeziorka. Dlatego też tematem wigilijnej wycieczki zostało dotarcie do brzegu jeziora.

Szedłem więc, szedłem….

i natrafiłem na koniec drogi z opuszczonym domem na końcu. Normalny człowiek pomyślałby: „Ślepy zaułek, trzeba wracać na karpia”, jednak ja tak łatwo się nie poddaję.

Za domem była ścieżka w dół.

Szedłem szedłem. Poślizłem się. Szedłem dalej.

Na końcu ścieżki (zawalonej osunięciem ziemi) był stary pordzewiały skuter.

W związku z zaistniałą sytuacją trzeba było schodzić lasem. Było ciężko. Nachylenie stoku to 50-70 stopni.

Skusiłęm się na szukanie kontynuacji ścieżki idąc wzdłóż poziomnic, ale bez sukcesów. Kilka razy polazłem w kierunku, w którym nachylenie było większe, co skłoniło mnie do odszukania koryta strumienia.
Na właściwy kierunek naprowadziłem się dźwiękiem płynącej wody gdzieś tam w dole.

Po jakimś czasie, gdy zaczęło się robić ciemno i chłodno. Mokro było przez cały czas.
Dotarłem do strumienia – niestety dalej iść się nie dało – zbyt ciemno nawet z latarką.
Głazy przy strumeiniu bujały się przy chodzeniu.

Brzegi były tak strome, że w zapadających ciemnościach. Przepychanie się między lianami i kamieniami, które ledwo co trzymały się zboczy, było zbyt ryzykowne. Tak więc balanga wigilijna odbyła się w namiocie na gołej skale.

Postanowiłem sprawdzić pocztę:

Tak! Spam jest wszechobecny!

Może nie wszyscy wiedzą, ale Spam to nazwa chamskiej mielonki. Marka ta była swego czasu tak popularna, że włałnie na cześć tej popularności wszechobecną niechcianą pocztę też nazwano spamem.

Gdy rozwidniło się, czyli o bladym deszczowym świcie, dało się zrobić zdjęcie mojego prowizorycznego obozu na płaskiej skalnej płycie tuż nad wodospadem.

.

Ponieważ zbocza wzdłuż strumienia były zbyt strome, jedyną rozsądną alternatywą było poruszanie się korytem strumienia.

Strumień, zasadniczo składający się z wody i koryta, oraz nadającej mu charakterystycznej cechy pochyłości teren, czasami miał wbudowany wodospad, konieczna więc była kolejna akcja z rzucaniem przed siebie plecaka w czasie próby obejęcia niemal pionowymi ścianami składającymi się ze skał, luźnej symbolicznej warstwy gleby i (na szczęście) drzew, których można się było uwieszać.

Dno strumienia też nie było ideałem – piekielnie śliskie po deszczu i pełne wielkich spiętrzonych głazów stanowić mogło śmiertelną pułapkę. Trzeba się było cztery razy zastanowić przed postawieniem gdzieś stopy. W najgorszych momentach znowu trzeba było zrzucać plecak, który miał amortyzować ew. upadek.


.
Taka wędrówka jest najeżona niebezpieczeństwami.


Udało mi się jednak szczęśliwie dotrzeć do bardziej przyjaznych miejsc


.
Ponieważ Tajwańczycy nie zostali nagrodzeni za posłuszeństwo dotacjami z Unii Europejskiej, do zbiornika nie doprowadzono należycie wysypanej żwirem alejki. Trzeba się było dostać do lustra wody schodząc kanałem burzowym.
Czy brodzenie w wodzie pełnej kijanek i nie wiadomo jeszcze czego jest przyjemne? Sprawdźcie sami, tak jak ja.

.
Trud został jednak wynagrodzony! Jestem na wodzie. Nie jest to prawda wyprawa dookoła świata, jednak jak na skalę Tajwanu, na którym jest tylko jedno porządne naturalne jezioro z prawdziwego zdarzenia, żeglarska przygoda jest na „102”

A tak apropos…
Unia Europejska przejęła prawa autorskie do naszego ulubionego serialu! Było to jedną z tajnych klauzul Traktatu Lizbońskiego.
Nasi odwieczni przyjaciele zza zachodniej granicy, oddzielającej cywilizowaną Europę od pogańskiego barbarzyństwa, przygotowali nową, jedynie prawdziwą wersję, w której dzielni bohaterowie, po odwróceniu kompasu do góry nogami, zapierdzielają na wschód!


.
Czy na jeziorze można się zgubić? Jak najbardziej. Jak ktoś chce, wszystko może. Moja próba znalezienia odnogi szlaku, którym planowałem powrócić do cywilizacji zakończyła się w dupie.

Zrobiło się zimno, mokro (cały czas padał drobny deszcz; dla jasności – od popołudnia poprzedniego dnia!), a także ciemno.

I tu dochodzimy do kwintesencji wyprawy.
Wylądowałem ok 400 m. od tamy, która powstrzymywała wody jeziora przed zmienieniem się w rzekę i spłynięciem do oceanu. Byłem przekonany, że ok 30 minut wystarczy na dotarcie do wskazanej przez GPS drogi.

Skończyło się na pięciu godzinach wymachiwania maczetą w ogarniętej ciemnością plątaninie lian i ciernistych ksztoli, mozolnym przeciskaniu się pomiędzy drzewami i lawirowaniu w górę i w dół zbocza o nachyleniu minimum 50 stopni.


predzioThe best home videos are here

Rezultat:

Mokry jak pies, zjechany tak, że ledwo się dało maczetą ciąć krzaki, wyczołgałem się w sumie przez przypadek na całkowicie nieużywaną betonową ścieżkę, miejscami zresztą przysypaną osuwiskami ziemi.

Na pamiątkę zostały liczne rany cięte, kłute i szarpane na rencach (dłoniach), nogach i łbie.


Już dawno mi się takie rzeczy zaczęły podobać. JUTRO TEŻ WAM UCIEKNIEMY!