Co tam amerykańscy naukowcy. ANTYGRAWITACJA WYNALEZIONA!!

Heroiczne wysiłki rodzaju ludzkiego w celu wysłania misji na Alfa Centauri miały historycznie wiele centrów. Był to Egipt, Starożytne Chiny, a ostatnio, jako skutek Renesansu, Europę.

Równolegle zachodził o wiele poważniejszy proces. O ile proste wynalazki mógł wymyślić pojedynczy człowiek siedząc przy biurku i kotłując sobie zwoje, to teraz poszerzanie granic poznania wymaga międzynarodowej współpracy i pracy gigantycznych zespołów i milionowych i miliardowych nakładów.

Zdało się, że dawno już minęły czasy, w których pojedynczy zwariowany naukowiec był w stanie dokonać przełomu z zmienić paradygmat fizyki, w myśl tezy Khuna. Jednak wszechświat jest pełen niespodzianek i bezlitośnie daje nam co i rusz lekcję pokory.

Teraz the tip of the spear współczesnej nauki przeniósł się do pełnej czaru i nostalgii wiecznej krainy szczęśliwości i miłości bliźniego, jaką jest Afryka, kolebka ludzkości. Tam, pojawiają się geniusze, którzy są nadzieją tego znękanego, głodnego surowców świata.

https://media.giphy.com/media/26xorCzVxXPFRCzC0/giphy.gif

 

—–

Post sponsorowany przez Inkubator Innowacji Narodowego Centrum Nauki.

https://www.ncn.gov.pl/

 

Z Azjatami przy jednym stole

Niniejszym pocieszam wszystkich, którzy nie mogą się już doczekać tegorocznych wyborów, by zagłosować na „żadnego z powyższych”, byle nie cierpieć kolejnych czterech lat w bulu i nadziei na lepsze czasy.

POlszewiki jadą

POlszewiki Jadą

Ucisk polszewistowski jest niczym wobec moich cierpień restauracyjnych.

 

Na wstępie przyznam się, że jestem znerwicowany i straumatyzowany i wszystko mnie wkurza tak jak w filmie Dzień świra. Kawał….

Przychodzi gość do apteki i mówi.
– Poproszę Nerwosol.
– Co proszę?
– NERWOSOL KURWA!

…. jest autentyczną opowiastką o mojej niedoli, zmienioną w kawał.

Do rzeczy. Teoretycznie restauracja w momentach innych niż sobota i piątek wieczór powinna być cichym miejscem zjedzenia posiłku i przeczytania przy tym rozdziału książki. Ludzie przychodzą, kulturalnie dyskutują, żegnają się, wychodzą.

Może tak. Może na Zachodzie.

W Chinach wygląda to tak:
nagle do stołu na przeciwko dosiadają się trzy-cztery świnie i zaczynają głośno jazgotać i żreć.

Jazgotanie oznacza, że w 5-6 przypadkach na 10 są czymś straszliwie podekscytowani i drą się jeden przez drugiego tak jakby: jedna osoba wygrała właśnie milion w totka, drugiej powiły się pięcioraczki (w tym jeden z dwoma głowami), a trzeci właśnie dostał przez pomyłkę podwójną wypłatę.

Wracając do jedzenia, cokolwiek to jest, zupa, ciało stałe (w sumie nie ciało, ale zwłoki) – siorbią. Skurwiele wsysają jedzenie jak odkurzacz, przy tym dodatkowo mlaskają głośno z otwartymi pyskami.

f1c8c5a2c75849e5e778275999309801

Jak się ma szczęście, to kolesie jeszcze cierpią na katar albo alergię. Wtedy głośno wciągają do środka fluki z nosa – podobno to ułatwia trawienie lepiej niż herbatka Paracelsus.

Ktokolwiek podróżował pociągiem w Chinach, doskonale wie o co chodzi. Najgorsze są minuty i sekundy pory lunchu. Nagle robi się ruch do maszyny z wrzątkiem i cały przedział zalewa zupki z makaronem spagetti…. i zaczyna się.
Czy muszę podkreślać fakt, że makaron w nitkach jest najbardziej siorbogennym pożywieniem dostępnym w sklepach na terenie kraju kwitnącego ryżu? Nie!

Sprawa kończy się tak, że na ok. 40 minut do godziny wstaję z siedzenia i przechodzę czytać książkę do śmierdzącego papierochami korytarza między wagonami. Licząc na to, że tym razem nikt tam nie wpieprza tych makaronów na stojąco, jeszcze rozmawiając „na krzycząco” przez komórkę albo z drugim i czwartym równie hałaśliwym gościem.

Czy można siorbać jedząc kanapkę? Można.

Apogea tej sytuacji potrafią zaskoczyć. Niniejsze słowa piszę w barze Subway – to taki z kanapkami. Nie w Chinach, ale w podobno kulturalnym Tajwanie. Do innych restauracji, takich z ryżem, przestałem chodzić, bo tam nie da się wytrzymać więcej niż 5 minut.

Nie przez siorbanie – w ryżodajniach używa się pałeczek, więc siorbanie jest utrudnione (ale nie niemożliwe). Chodzi o jazgot rozmów – czasami mam wrażenie, że nasi azjatyccy bracia nauczyli się mówić na wdechu, tak nawijają.

Do szczelnego wypełnienia sali jazgotem wystarczy jeden stolik z czterema rozwrzeszczanymi małpami. Trzy też dają radę. Generalnie wszystkie osoby trajkoczą jedno przez drugie – w jednym takim kółku dyskusyjnym gadają średnio trzy osoby z cztery obecne. Jakby stado małp w zoo dostało apopleksji na widok niespełnionych obietnic [tu wstawić nazwisko wybranego polityka].

Właśnie przed chwilą jedna baba przy stoliku obok pożarła kanapkę. Sprowadzało się do przeraźliwie głośnego zsiorbania całego jej nadzienia składającego się z warzyw i innych dodatków. Mlaskanie też oczywiście było – bo takie nieszczęścia chodzą parami jak Marks i Lenin.

No żesz kurcze jego mać! Nie mam gdzie teraz chodzić z książką, oprócz własnego kibla.

Koniec świata gorszy niż ten:

Koniec świata według Tomasza Olbratowskiego (21 grudnia 2012)

Jak będzie wyglądał koniec świata i ile ma wspólnego z otaczającą nas rzeczywistością? Ostrzegamy – oglądanie dzisiejszego felietonu może odbić się na Waszym zdrowiu psychicznym! Felietonów Tomasza Olbratowskiego słuchaj w radiu RMF FM od poniedziałku do piątku o 7:50.

 

Kur****wa! Następny taki sam mlaskający gość właśnie usiadł mi za plecami! Pa!!!

Ameryka cz. 9 – NO A LA CORRUPCION!

Korupcja w Ameryce Południowej to częste zjawisko – zupełnie jak deszcze na planecie Kwinta.*
Ot, taka lokalna specyfika.

* – miłośnikom SF redakcja gratuluje odgadnięcia z której to powieści. Pozostałych zachęcam do przeczytania dzieła, którego domniemanym bohaterem jest pilot Pirx.

Żeby ludzie przestali się korumpować (bo to nieładnie), wszędzie przy drogach malowane są hasła „NIE DLA KORUPCJI!”

Dlatego, gdy doszło do incydentu, byłem wniebowzięty.

Tak wygląda granica Peru i Boliwii: stadion XX-lecia.

Czytaj więcej

Cz. 6 – Rajd Dakar i Kanion Colca

Jadę sobie spokojnie, patrzę… a tu blokada policyjna!
Myślę sobie – MAJĄ MNIE!

Ale nie! Okazało się, że natrafiłem na rajd Dakar, który akurat musiał mi przeciąć drogę! Nie mają gdzie jeździć, dranie.

Przez trzy godziny musiałem sterczeć, czytać książkę

…robić zdjęcia samochodom…

…i zaprzyjaźniać się z pechowcami, którym rozwalił się rajdowy środek transportu.

Przynajmniej się napatrzyłem jak wygląda mapnik w rajdowym motorze…

Udało mi się też pstryknąć słitfocię naszej ekipie.

Ale moim celem był kanion Colca, do którego – z przygodami bo z przygodami – dotarłem!
Takie były widoki:

A tak stolica regionu – miasto Chivay:

Jadłospis mieszkańców kanionu wygląda tak, że oni – posłuchajcie proszę ja ciebie – żrą chomiki!!


Ich mięso jest drogim przysmakiem zżeranym przy specjalnych okazjach.
.
.
.
Wyprawa na koniec drogi i z powrotem

Ponieważ nadal mnie nie bolało za bardzo z tyłu od ciągłej jazdy, wyruszyłem zobaczyć co jest na końcu drogi…
Jadąc po wertepach natrafiłem w kolejności nie-chronologicznej:

… na miejscowych orzących pole. Napoili mnie lokalnym napojem ze sfermentowanej kukurydzy, zwanym chicha. Dali mi nawet poprowadzić trochę pług – zdjęcia nie pokażę, bo nie zasługujecie. Powiem jedno – zarąbiście ciężka robota. Koń zasuwał tak szybko, że nie dało się celować w grządkę. Chcieli, żebym dawał dalej, ale nie chciałem im niszczyć upraw, choć obie strony miały niezły i dobrowolny ubaw.

…Na ludzi karczujących drzewa, którym pomogłem w tym produktywnym zajęciu. Pień tachany właśnie na samochód miał podobno 1,5 tony

A tak wyglądał koniec drogi: pola, pola i przepaść do której…

…z narażeniem życia….

zbliżałem się… aż dotarłem.


Zdjęcie robione metodą „wygarnąć z kałacha zza węgła”. Mówiąc prosto – podczołgałem się do krawędzi (na szczęście porywisty wiatr wiał od strony czeluści) i wypstrykałem cały magazynek na zasadzie spray and pray.

.
.
.
Podczas powrotu zadziałało moje tradycyjne już szczęście.
Otóż w jednej z mijanych wiosek trafiłem na całonocny festyn!

Tak szykuje się ichniejsza młodzież:

W przerwach między tańcami wszyscy posilają się taką zupą:

A potem znowu w tan!

A to pamiątkowe zdjęcie z mieszkańcami, jak już mnie przyjęli do swojego plemienia.

I koniec mini-wyprawy.

Ponieważ miejsce jest związane z Polską, dajemy tu małe post-scriptum.
Rzeką przez kanion jako pierwsi spłynęli Polacy:
http://www.podroze.pl/dzial/kierunki/kanion-polakow/914/

Więc nie odmówiłem sobie uczcić tego pamiętnego wydarzenia minutą spływu.

Niestety tylko minutą tak dokładnie to z 20-30 minut), bo dali mi za mały kajak i po zrobieniu grzyba (niestety brak zdjęć! Gość zamiast je zrobić jak normalny człowiek, od razu rzucił się z pomocą. Mimo moich instrukcji na taką okoliczność, dodam) stwierdziłem, że wysiadam. Ale co popłynąłem to moje.

Wracając przez wertepy wzdłóż kanionu musiałem pokątnie kupić trochę wachy. Generalnie nocleg miał miejsce w najbardziej odciętej od świata wiosce w jakiej w życiu byłem. 6-7 godzin jazdy przez wertepy w każdym kierunku do najbliższego miejsca z cywilizacją.

Co jednak mnie zupełnie zamurowało – na szczęście tylko w przenośni – to fakt, że szkoła w tym mini-miasteczku nosiła imię Jana Pawła II.

Nazwę nadano na cześć Polaków, którzy 30 lat wcześniej spłynęli rzeką. Czego dowiedziałem się od właściciela osiołka widocznego na poniższym zdjęciu poniżej, a co jak przez mgłę było mi znane z książki, którą ci Polacy napisali.

Ciąg dalszy nastąpi.

Cz. 7 – Przełęcze i doliny w drodze do Cusco, w tym linie w Nazca i jezioro Titty-caca

Rok 2012 się zbliża

W ubiegłym tygodniu otrzymaliśmy przedsmak tego, co czeka nas już za 21 miesięcy – w grudniu 2012.
Japonię cofnęło do kamienia łupanego – po żarcie zamiast do supermarketu wybierają się do pobliskiego lasu.

Jeśli uważacie to za barbarzyństwo, to proszę bardzo. Przynajmniej zwierzęta mogą spieprzać i tym samym ewoluować w kierunku większych prędkości (asymptotycznie ku prędkości światła)

Co jednak powiecie na to:

To jest dopiero barbarzyństwo!

Kangurlandia cz. 7 – podziękowania i Podziękowania.

Poprzedni wpis: Kangurlandia cz. 6 – Nocne safari + krokodyl

 

Ludzie na mojej drodze

Doświadczenie uczy. Tylko że przychodzi dopiero wtedy, gdy już nie jest potrzebne. Inna mądrość ludowa głosi, że człowiek uczy się na błędach… niestety na własnych. A najkosztowniejszy błąd, jaki kilkukrotnie popełniłem, to informowanie ludzi o wyjeździe na wyprawę.

Pomny wielu bardzo nieprzyjemnych perypetii, jakie miały miejsce w czasie moich poprzednich wypraw, nauczony doświadczeniem zaprzestałem współpracy z ludźmi, określonego sortu. Ludzie pozornie całkiem poważni, dowiedziawszy się, że jestem poza granicami miejsca zamieszkania, nagle bzikują. Fachowo nazywa się to uruchomieniem inteligencji makiawelicznej. Potocznie: zazdrością (domniemanie) i zwykłym pszaśnym wykorzystywaniem nieobecności ofiary do odwalenia jakiegoś numeru.

Wiedząc zaś, że w czasie podróży nie będę miał pełnej kontroli nad rozwojem wydarzeń (jest to poniekąd nieuniknione), ludzie (klienci, znajomi) robili mi nieprzyjemne numery z pełną premedytacją i świadomością skutków działań.

Przykład: Wyprawa na Syberię skończyła się tym, że ktoś przywłaszczył mój towar za ponad 20 tys. PLN i sprawa skończyła się bójką/awanturą po awaryjnym powrocie do Polski.

Przykład 2: Ugadałem się z kimś na sprzedaż kilku rzeczy wartości 5-15 tys. zależnie od dotargowania wartości. To miała być kasa na motor do wyprawy do USA w 2013. Finał historii: musiałem kupić najtańszy możliwy motor. Koleś przetrzymał mnie do ostatniej chwili i stwierdził, że jednak nie chce kupić.

To akurat dało się łatwo przewidzieć, bo w międzyczasie, zaproszony na salony do domu tej osoby, grzecznie skrytykowałem drącego się i przeszkadzającego w rozmowie bachora. Domniemuję, że Matka bachora to tak ustawiła w ramach zemsty za podniesienie języka na jej święte, rozwydrzone dzieciątko. Kurwa jej mać.

Przykład 3: o tym że jeden szczególnie porąbany koleś, właściciel dużej firmy obracającej kupą kasy, w czasie mojego wyjazdy obdzwonił moich znajomych wszystkim wylewając gorzkie żale itp. Doniósł mi o tym jeden ze słuchających.

WSTYDŹCIE SIĘ, BYDLAKI.
W czasie tej wyprawy do Australii podjąłem odpowiednie kroki zapobiegawcze i – PO RAZ PIERWSZY – wszystko jest pod kontrolą. Podróżujemy w tajemnicy! Oto checklista:

 

A konkretnie:
– osoby, które nie muszą wiedzieć, że jestem w trasie, nie mają o tym pojęcia. Okazuje się bowiem, że gdy kogoś poprosić o pójście na rękę w związku z wyjazdem, to jest to wyraźny sygnał dla takiej osoby, że można wykręcać szopki.
Dla osoby dziecięco naiwnej – a taką byłem – może się wydać oczywiste, że człowiek poproszony o wyrozumiałość, lub zawczasu poproszony o wykazanie inicjatywy w razie mojej nieosiągalności, zrobi przysługę lub po prostu pomoże. NIC BARDZIEJ MYLNEGO!

– obecnie działalność zarobkową prowadzę WYŁĄCZNIE z ludźmi o wysokiej odpowiedzialności osobistej. I z tego miejsca (Alice Springs, Australia, bar KFC) pragnę im gorąco podziękować!!
[dopisane 2012: teraz z tej naiwności się śmieję!]

Podziękowania należą się tym osobom, tym, które w krytycznej sytuacji na drodze (np. awaria motoru) gazem pobiegli do banku, żeby pożyczyć mi kwotę umożliwiającą naprawę, lub udzielili stosownych konsultacji. Wiem teraz na kogo mogę liczyć!

 

Inny sort ludzi na mojej drodze

W powietrze rzucam też podziękowania tym, z którymi moja droga się skrzyżowała, a więc:

Pani ze stacji benzynowej w Carnarvon, mieścinie zagubionej gdzieś tam na pustyniach zachodniej Australii. Obserwowała mnie zza kontuaru zastanawiającego się 5 min jaką konserwę kupić, żeby przelicznik ilości kalorii za 1 AUD wyszedł najtaniej. Wyszła potem do stolika ustawionego na zewnątrz stacji i dała mi gorącą herbatę (pierwsze coś gorącego do picia od trzech dni!)

A potem dała mi jeszcze ciacho na drogę i napój energetyczny. Wszystko to kupiła za własną kasę!!!! I jeszcze dorzuciła dodatkowy cukier do herbaty na drogę.


Ciacho było z rodzynkami (KTÓRYCH KURWA NIENAWIDZĘ BARDZIEJ NIŻ INTERPUNKCJI I WSTAWIAWNIA PRZECINKÓW!), jednak tyle było ciepła w oczach tamtej pani, że po raz pierwszy*  w życiu ciastko z rodzynkami zjadłem z autentycznym smakiem.
Pani ta dostała ode mnie na pamiątkę 50 gr z 1949 roku – jak się okazało – roku jej urodzenia. Bardzo się ucieszyła.

——————

Dziękuję też gościowi ze szrotu, w którym kupiłem zapasową część.

 

Pomógł mi nawet upewnić się, że wszystko OK – sam podłubał coś przy motorze i nauczył mnie jak i co poodkręcać w czasie naprawy.

I nie wziął za to ode mnie ANI GROSZA!

Ażeby nie było za romantycznie, to obydwu właścicielom sklepu motocyklowego z Katherine, życzę jak najbardziej na pohybel (przez samo h?)!! Gnoje, dwóch bufonów! Wystarczyło, że jednym zdaniem powiedzieliby mi, że w motorze nie działa mi jeden cylinder, a oszczędziliby mi 250 km jazdy i masy zamieszania. A co od nich usłyszałem: Będziemy mogli zobaczyć co jest [z twoim motorem] dopiero w przyszłym tygodniu.”
Oby działo im się jak najgorzej. Uwag co do ich pochodzenia i zwyczajów seksualnych nie piszę bo dla tych co mnie znają, ich treść jest oczywista.


Niech jednak post ten zakończy się pozytywnie. Podziękowania warte na pewno co najmniej 500 AUD należą się gościowi, na którego napatoczyłem się na lotnisku zaraz po przylocie do Australii. Zaproponowałem mu taksówkę na spółkę – to ta taksówka której licznik tak się kręcił jak pulsar.
Otóż gość był w ponad 120 krajach świata (POPRAWKA Z 2013 roku: właśnie mi powiedział, że już 164). Przez 4 następne dni pomagał mi pokazując miasto, pomagając kupić motor (sam sprawdzał każdy szczegół techniczny, żeby nikt mnie nie kiwnął), a nawet znajdować miejsca takie jak odpowiedni urząd do przerejestrowania motoru na nowego właściciela. Bez niego byłbym w lesie.
Gdy przy pierwszym spotkaniu wyszliśmy z taksówki aby przesiąść się do autobusu, wyraziłem głośno nadzieję, że efektem czekania na ciemnym przystanku z przypadkowo spotkanym tuziemcem, nie będzie stwierdzenie braku nerki następnego dnia. Kawał bardzo się mu spodobał.
Za całą pomoc zażyczył sobie, aby była ona na zasadach „PAY IT FORWARD” + wysyłanie co tydzień SMSa z trasy z informacją czy jedzie się dobrze.

Następna część: Latające krokodyle
Początek podróży tutaj.

———————–

* – i ostatni!

Kangurlandia cz.1 – Siła coriolisa a sprawa polska

Tak jak widać na globusie, w Australii wszystko jest do góry nogami albo w inny sposób na odwrót niż w uczciwym kraju.

– Jedzenie zamiast tanio – jest drogo.
– Samochody atakują przechodniów ruchem lewostronnym zamiast prawostronnym itp itd.

Najgorsze jednak komplikacje są z tzw. siłą koriolisa, to siła powstająca w wyniku ruchu wirowego Ziemi która, jak dowodził słynny krzyżacki astronom Kopiernik, nie jest płaska, a okrągła. A w dodatku kręci się wokół słońca jak pies wokół suki w rui.

Problemy z Coriolisem są wielkie. Dochodzi do tego, że przy walce altyleryjskiej na duże odległości, trzeba było tą siłę uwzględniać przy celowaniu. Jeśli więc któremuś z czytelników przyjdzie służyć w artylerii okrętowej, to niech o tym nie zapomina, bo przeciwnik (zwyczajowo Japończycy) wystrzelą mu pocisk prosto do okrętowego szaletu, w którym przebywać będzie ze względu na chorobę morską i psychozę okopową. Ale do rzeczy…

Już w samolocie, przy przekraczaniu równika dał się słyszeć złowróżebny trzask. Zagadnięta stewardesa wyjaśniła z szerokim uśmiechem, że to łopatki turbiny silnika zaczęły kręcić się w drugą stronę. Na tą wieść stłumiłem potrzebę udania sie do samolotowej toalety, żeby zobaczyć, czy rzeczywiście wir spuszczanej w kiblu wody na półkuli południowej kręci się odwrotnie niż normalnie.

*   *   *

Po wylądowaniu celnicy zabrali wszystkim prawie całe jedzenie. Teoretycznie ze względu na ochronę australijskiej przyrody. Praktycznie – sami to zżerają, czego nie omieszkałem wypowiedzieć na głos celnikowi przetrzepującemu mój plecak. Kartę zgłoszeń celnych wypełniłem tak:

Otóż poczucie humoru zadziałało. Moje żelazne racje turystyczne pozwolili mi zatrzymać. Może dlatego, że dostają uczulenia (sraczki – nie bójmy się tego słowa!) od żywności przetworzonej, a może pomyśleli że rzeczywiście są one z żelaza. Głupki.

Gdy dotarłem do nory, którą tu nazywają hostelem (100PLN dziennie za łóżko w zasyfiałym sześcioosobowym pokoju), wyjaśniła się jedna rzecz. Otóż drogie ceny żywności w Australii wynikają z drogich opłat licencyjnych za GMO (mutancie żarcie – czyli żywność modyfikowana genetycznie). Otóż spiny elektronów kręcą się tu w odwrotną stronę (patrz siła koriolisa)  i żyto pszenica i CHMIEL (ha ha! i co się tak uśmiechacie?) musi być specjalnie przystosowane na poziomie molekularnym do rośnięcia na południowej półkuli. Międzynarodowe koncerny (sterowane przez Brukselę i żydo-masoński spisek finansjery z Wallstrit oraz karteli farmaceutycznych) trzymają rolników i konsumentów mocno przy pysku i stąd ceny żywności.

———
A tak na poważnie: wszystkim gorąco polecam obejrzenie filmu „FOOD INC”, który bardzo klarownie opisuje, jakie cyrki dzieją się przy produkcji żywności.


——————–

Inne efekty zmiany półkuli:
– w kiblu rolkę z papierem mocują po drugiej stronie, trzeba się więc na siedząco skręcać odwrotnie. Niektórzy Australijczycy w trzecim i dalszym pokoleniu przewijają rolki na drugą stronę.
– Statystyki Ministerstwa Chorób (na półk. pólnocnej mamy Ministerstwo zdrowia,  tu – chorób)  wskazują, że 89,3% przypadków skoliozy, zwłaszcza u dzieci do 12 lat, to skrzywienia lewoskrętne. U nas odwrotnie.
– idąc sobie Prospektem Mira, jakby to Rosjanie nazwali główną ulicę w mieście, grzebałem sobie w nosie – mój palec sam zaczął kręcić się w kierunku odwrotnym niż zwykle. Przestraszyłem się nie na żarty – niemal tak jak ten gość z filmu DYSTRYKT 9 (bardzo polecam), jak odkrył, że zmienia się w obcego.

————–
Eksperyment naukowy (teraz naprawdę warto doczytać Wikipedię o sile coriolisa, będzie śmieszniej)
– … mając zacięcie naukowca, odpaliłem GPSa z kompasem i spozycjonowałem się wg kierunków świata. Dokonałem operacji udrożnienia górnych dróg oddechowych. Utoczoną babę z nosa pstryknąłem następnie w osi północ-południe. Postarałem się osiągnąć maksymalny możliwy zasięg lotu: wystrzelenie nastąpiło pod kątem 45stopni. Nauczył mnie tego kolega artylerzysta. Relatywnie mała skala eksperymentu pozwoliła zachować kontakt wzrokowy. Obserwowałem tor lotu pocisku i… TAK! Rzeczywiście! Odchylenie od lini prostej nastąpiło w drugą stronę niż w Polsce.

——————-

–  Urzędy skarbowe zamiast przykręcać śruby podatnikom, odkręcają ją. Żyje się więc nieco lepiej, a to też czasami, bo większość śrub ma gwint lewoskrętny(odwrotnie niż u nas). W przepisach podatkowych jest lekki bałagan.

– pijak obłapujący i obiegający słup ogłoszeniowy i wrzeszczący „ludzieeeee! Ratunkuuuuu!!!!  zamurowali mnie!!!!!”  w ośmiu przypadkach na 10 kręci się w odwrotną stronę niż pijacy na pólkuli pólnocnej.

*   *   *

Aha, ja tu tak o sile coriolisa, a zupełnie zapomniałem o podstawowej sprawie! Wszystkie chodniki są tu pokryte rzepami typu „haczyk”. Obuwie mieszkańców jest z kolei pokryte rzepami typu „meszek”. Dzieki temu ludzie na ulicach nie odpadają od globusa kuli ziemskiej. Jedyny problem to wypadające z kieszeni drobne. Ale naukowcy już jakiś czas temu wymyślili portfele. Tak! Byli to australijscy naukowcy.
Współcześnie problem ten nie jest tak dotkliwy jak był w pierwszych dziesięcioleciach kolonizacji. Ci co zapominali się trzymać gruntu (idiom „obiema nogami na ziemi” pochodzi właśnie z Australii, jak ustalili słynni językoznawcy), po prostu nie zdążyli się rozmnożyć. W literaturze fachowej biologia ewolucyjna posługuje się terminem fitness.
Dodać należy, że kangury też skaczą nisko, tak aby siła grawitacji (siła przyciągania do środka ciężkości ziemi, maleje proporcjonalnie do sześcianu odległości) przeważała nad wspomniałą siłą spadu z globusa na podłogę.

W związku z tym samym problemem w Australii śpiące nietoperze mają przerąbane. Są kompletnie zagubione w kwestii w którą stronę jest dół, w kierunku którego tradycyjnie wiszą.
Tak więc życie w Australii nie jest ani łatwe ani bezpieczne. Roi się ono od zagrożeń, które w dalszych odcinkach zostaną szczegółowo opisane.

Part 2: W poszukiwaniu diamentów i innych złóż

Kangurlandia cz. 0 – Prolog: A miało być tak pięknie…

WPIS KU POŻYTKOWI TYCH, KTÓRZY TEŻ CHCIELIBY WYJECHAĆ DO AUSTRALII

Przejechanie taksówką z lotniska 4km (CZTERY!!!!! KM) kosztowało 18AUD (x2.60 = 45PLN). Na szczęście jechałem do spółki z miejscowym gościem, z którym przesiadłem się do autobusu ZKM. Licznik się kręcił jak wściekły pulsar (to taka gwiazda). Nie zrobiłem zdjęcia, bo myśli zaprzątnięte miałem planami natychmiastowego wyskoczenia przez okno taksówki, bez jego otwierania, za to pozostawiając po sobie znany z filmów animowanych przerębel (szerzej opisany we wpisie o Malezji).

A to zakupy na kolacjo-obiad:

– mały słoik drzemu truskawkowego
– puszeczka tuńczyka (smak pieprzowo-cytrynowy, na głodzie nawet smaczny, normalnie bym kijem nie tknął),
– puszka fasoli w sosie własnym (celem generowania poduszki powietrzenej chroniących dolną zabudowę nerek w czasie długotrwałej jazdy na motorze),
– napój owocowy (wypiłem po drodze, bo słońce tu tak wali, jakby właśnie zmieniało się w supernową; butelkę z korko-ustnkiem zachowałem, postanawiając chlać od dziś czystą wodę – jak dzikie zwierzęta)
–  dwa banany
– słoiczek VEGEMITE – czyli takich drożdży z witaminami – specyficzny australijski produkt. Gdy Australia zdawała mi się tylko niespełnialnym marzeniem,  czasem kupowałem ten VEGEMITE, aby (dosłownie) obejść się smakiem przygody.
– 6 bułeczek na hamburgery (ku równie wielkiemu co nieuzasadnionemu rozczarowaniu pieczywo tak podłe, że kompletnie rozpada się przy krojeniu, więc jest nawet gorzej niż na Tajwanie)
– mydło (które w związku z niespodziewanymi wydatkami na wyżywienie, pewnie w którymś momencie zjem razem z papierkiem w dodatku)

Cena tej przyjemności zakupowej:
23.25AUD x 2.6  = 60.45PLN

———
Na myśl tu przychodzi pu-łenta znanego i cenionego kawału:
Przychodzi odpindolona baba do lekarza z pługiem na plecach.  Lekarz na to:
O-rzesz kuRRRwa!
————-

Jakby ktoś wątpił w cenę skromnych zakupów dla matki z jednym dzieckiem, to tu proszę przelicznik:

Tym samym wyjaśnia się, dlaczego  część Australii to pustynie: mieszkańcy, oszczędzając na zakupach żywności, wyżarli kangurom drzewa, krzaki i trawy, mchy i porosty, bakterie i wirusy i wszystko inne co zawiera DNA i wodę (a w końcu kangury też, bo to cenne źródło białka, a poza tym oszczędzili im w ten sposób straszliwej śmierci głodowej). Dziś – za Wikipedią – ” […] Obszar pustynny zajmuje powierzchnię większą niż na jakimkolwiek innym kontynencie; dwie trzecie powierzchni […]

Wyczytałem też, że ceny żywności razy-3 ponad racjonalną wysokość sprawiają, że Australijczycy to najczęściej podróżujący naród świata, i najszczuplejszy za wyjątkiem Etiopii.
Inny przykład: nitki dentystyczne do zębów – 14AUD (35PLN – KURDE!!!). Kupowane są pewnie tylko dlatego, że dentyści też walą ceny jak za zboże, więc tubylcy-desperaci prostą kalkulacją wolą nitki.

Ok, muszę kończyć – idę przegrzebać okoliczne śmietniki (na szczęście niedawno czytałem książkę o archeologii śródziemnomorskiej, więc mam teoretyczne podstawy), zanim rzucą się na nie hordy tubylców i turystów – może coś znajdę na śniadanie.

Czapa dla handlarzy narkotyków

Jak już wcześniej raczyłem poinformować szanownych czytelników, przyszło mi żyć w kraju, w którym za handel narkotykami twardymi jest kula w łeb. W kwestii narkotyków i ich definicji pisałem na poważnie tutaj: Narkotyki i ich dystrybutorzy

Ostatnio ucieszyły setce moje następujące wieści:

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80277,7403776,W_Chinach_wykonano_kare_smierci_na_Brytyjczyku.html

Kieruję uwagę na te fakty:
– w wiadomościach nie ma nawet śladu informacji, czy gość się przyznał, czy był kurierem, czy robił pod siebie. Gazeta Wybiórcza (inne zresztą też) ZMUSZAJĄ czytelnika, aby wydawał on sądy moralne, etyczne i inne, na podstawie informacji w oczywisty sposób niepełny.
– słowa z jednego z komenarzy:
Lapia goscia z walizka pelna heroiny – co tu moze byc do
wyjasniania? Szybki poltoragodzinny proces (i tak dziw ze tak dlugi,
bo jak dla mnie to 10 minut by tu wystarczylo) i standartowy wyrok.
facecik pomylil kraje i myslal ze pogranie na swira mu pomoze. Nie
pomoglo i bardzo dobrze.

– a poza tym – to uczciwe  że dostał kulkę – na granicach Chin wszędzie jest napisane po angielsku, że wwóz narkotyków grozi przerwaniem procesów homeostazy wwożącego.

– akurat Brytyjczycy z uwagi na zaszłości historyczne w postaci wojen opiumowych powinni w tej sprawie przymknąć paszcze i się nie wychylać. Ich żenujące protesty są od powiednikiem ew. protestów Niemców przeciw odradzającemu się neonazizmowi – trącą obłudą i złym smakiem.

– system prawny na Zachodzie jest tak skonstruowany, że oskarżający MUSI PONAD WSZELKĄ wątpliwość udowodnić winę, a obrońca wystarczy że podważy tą pewność. O tym mechaniźmie na blogu już było nie raz, bo dwa razy. A ostatni raz 2 wpisy wcześniej.
Bo na zadziałanie tego mechanizmu + psychologię liczył ten gnojek podszywający się pod admina.

—–

I proszę – parę dni później mamy piękną ilustrację z kraju Konfucjusza:

http://wiadomosci.onet.pl/1593542,2678,2,kioskart.html

Fragmenty i moje komentarze:

Mimo zapewnień, że to był jej pierwszy raz, 41-letnia Lixin została natychmiast wysłana do ośrodka odwykowego na przymusową terapię. Minimalny czas pobytu w tego typu instytucjach wynosi dwa lata, w czasie których pacjenci narażeni są na przemoc fizyczną i zmuszani do ciężkiej pracy. Z relacji byłych pacjentów wynika, że w ośrodkach nie przechodzą żadnego leczenia farmakologicznego.

I to lubię – leczenie metodami naturalnymi.

wzywa chiński rząd do natychmiastowego zamknięcia ośrodków.

To może jeszcze darmową działkę dla każdego Chińczyka – jak w XIX wieku przed i po wojnach opiumowych?

Osadzeni dostawali do jedzenia suche bułki i pomyje. Prysznic przysługiwał im raz w miesiącu. Lekarstwem na objawy głodu heroinowego było wiadro zimnej wody na głowę. ? Nie dostałem ani jednej tabletki, nigdy nie rozmawiałem z psychologiem ? mówi. Mimo to mężczyzna uważa, że dwuletni wyrok osiągnął cel: wyszedł z nałogu, w który wpadł w 1998 roku. ? Nigdy do tego nie wrócę ? zapewnia.

Aha! Czyli że jednak działa!

Zhang wie, co mówi. Uzależnienie od heroiny spowodowało, że od połowy lat 90. aż sześć razy trafiał do obozu pracy i ośrodka odwykowego. ? Rząd nie zdaje sobie sprawy z tego, że chorobę trzeba leczyć, a nie karać za nią ? mówi 42-letni dziś mężczyzna.

Właśnie to jest leczenie – wyrabianie koniecznej siły woli.

Jak mówi Zhang, „w Chinach narkoman jest wrogiem państwa”.

I tak powinno być! Raz że staje się bezproduktywny dla ludzi, którzy go wykarmili od małego, to jeszcze demoralizuje innych samą swoją obecnością.

Mimo to w całym kraju pojawiają się też drobne zmiany na lepsze. W Pekinie jest osiem klinik stosujących leczenie metadonem, a w całym kraju działa ponad tysiąc programów wymiany igieł. Yu Jingtao stoi na czele organizacji, która miesięcznie rozprowadza 30 tysięcy czystych igieł. Jego zdaniem rząd powoli zmierza w stronę modelu leczenia uzależnień, jaki funkcjonuje w krajach rozwiniętych.

Ja bym powiedział, że są to zmiany na gorsze – teraz potencjalni narkomani mają ułatwione życie i wisi nad nimi mniejsze ryzyko zakażeń, które inaczej mogłoby stanowić czynnik odstraszajacy.

A co do tzw „rozwiniętych” państw europejskich:

Co robi Japończyk, gdy chce otrzymać podwyżkę?
– Pracuje jeszcze lepiej niż dotychczas.
A co robi Polak, gdy chce dostać podwyżkę?
– Strajkuje.

Znowu ktoś mi podskakuje

Zobaczcie sobie co robię jak się nudzę. Na forum, którego jestem adminem, ktoś wykorzystał lukę i założył sobie konto o nazwie ‚admin’.

Wysłałem gnojkowi coś takiego:

Witam,

Założył pan na forum Chiny.pl konto o nazwie mylącej co do tożsamości jego posiadacza.

pana konto w ciągu 3 dni zostanie usunięte, a jako że z całą pewnością nazwa nie została podana w sposób przygodny, prosimy o zaprzestanie jakichkolwiek działań i wypowiedzi na naszym forum.

Administracja forum Chiny.pl

Na co on mi grzecznie odpisał:

Witam Serdecznie,

1)
Proszę nie obarczać mnie winą za brak profesjonalizmu z Państwa strony, to administrator i moderator forum wykazał się niekompetencją – nie ja.
Nie złamałem zasad korzystania z forum, proszę je sobie przeczytać.

2)
Wybrałem pierwszą/wolną nazwę, nie robiąc tego złośliwie.
Odwiedzając Państwa Forum, szukałem pomocy, którą znalazłem. Dziękuje.

Z poważaniem,
XXXXXXX

Ps. Proszę nie usuwać konta, tylko zmienić mi nazwę użytkownika!

Motto na dziś: „Jeżeli coś robisz, to rób to dobrze.”

No więc zgodnie z poradą odpowiedziałem DOBRZE:

Słuchaj cwaniaczku,

myślisz że co tu jest? Negocjacje przedsądowe?

Pierwsza wolna nazwa to „aa”.
Myślisz że co? Bezczelnością coś ci się uda ugrać? Ciemnotę możesz wciskać równym sobie kombinatorom.
Podszyłeś się pod admina, więc wyjazd!
Dla takich łajz na forum, na którym to JA jestem prawem, miejsca nie ma.

Motto na dziś: „WYPIERDALAJ Z MOJEGO FORUM”
Zawieś se na ścianie, gnoju!

Administrator

Na co on wspiął się na wyżyny oratorsko-kreatywne:

Twoje to są białe plamy na piżamie, zakompleksiony pryszczaty małolacie.
Chcesz być administratorem, a nie przestrzegasz podstawowych zasad, do szkoły…
Czuj się Królem na tym forum… wyżej w życiu nie zajdziesz.

Ha ha ha! Z tą piżamą jest chyba najlepsze, muszę sobie zapisać w pamiętniku!  Zobaczycie co mu odpowiem jutro – rozgrywam to powoli, żeby go bardziej wnerwić. Magister jestem! I nie dam swojej piżamy tak obrażać! A poza tym te białe plamy wyglądają całkiem fajnie.

Dopisane później.
Odczekałem 3 dni, żeby się gość nacieszył i pomyślał, że pojedynek słowny wygrał, i na Wigilię Bożego Narodzenie dostał następujące życzenia:

Witam pana admina,

niestety tak dobrze to mu nie jest.
Małolatem już niestety nie jestem już dawno, mimo tego po raz kolejny zejdę na pana poziom,
żeby wiedział [pan] z kim ma do czynienia:

w tej chwili robię podwójny doktorat – jeden z jęz. chińskiego po chińsku, a drugi z filozofii – w najlepszym możliwym miejscu, u XXXXX, jak pano to coś mówi.

Oprócz tego czytam książki w 7 językach, a piszę w trzech.

itp itd długo by wymieniać i szkoda, żebym się spocił.
Tak więc to pan dla mnie jest gnojem, panie adminie forum XXXX.
Dodam, że już 2 lata temu celowo nie zablokowałem nazwy admin, przyjmując jedynie login Peter – tylko po to, aby pobawić się trochę z takimi kolesiami jak ty – a jesteś już drugi.

Wesołych świąt!

Administracja XXXX.pl

Od pięciu dni się nie odezwał, więc chyba doprowadziłem go do samobójstwa, albo w wersji soft – zachlał z rozpaczy.

A tak nieco bardziej na poważnie, zobaczcie, jak należy uczyć się od swojego wroga. Kolo napisał mi motto: „Jak coś robisz, rób to dobrze” – i proszę bardzo. Sprawę załatwiłem bardzo dobrze.
Druga sprawa: Zobaczcie jak duże znaczenie ma tzw. przewaga moralna nad wrogiem. Koleś najprawdopodobniej założył, że wiele rzeczy ujdzie mu płazem na tzw. „Głupa” albo „na beszczela”. W większości życiowych sytuacji rzeczywiście coś takiego by przeszło. Ludzie zaskoczeni nową sytuacją nie mają bowiem wypracowanej natychmiastowej reakcji, nie są postawieni w stan czujności, są więc podatni na sugestię.

Zobaczta sobie, jak Robert DeNiro uspokaja klientów napadanego banku, to załapiecie.

A w naszym konkretnym przypadku, koleś domyślając się, że zapewne chcę ustalić jego motywy celem oceny moralnej jego czynu, wyjechał z tekstem „Wybrałem pierwszą/wolną nazwę, nie robiąc tego złośliwie” i zwalił swój postępek na innych.
Jakby trafił na nieprzeszkoloną osobę, to może i by coś ugrał, ale nie zemna te numery, Brunner!