Rozmowa z herr H. (Ameryka cz. 15 i 3/4)

Zgodnie z zapowiedzią, dziś relacja z rozmowy z herr Adolfonso L.(eoncio) Hitlerem, farmerem z Argentyny.

WYWIAD:
P(ytanie): Pytanie pierwsze, czy Pan mnie słyszy?
A(dolf) H(itler): Kto ja?
P: Tak, Pan!
AH: Słyszę

P: Przejdźmy więc do rzeczy. Dlaczego Argentyna?
AH: Och, to proste. Narobiliśmy w Europie bigosu z socjalizmem. Żyć się nie da, więc trzeba było spierdzielać jak najdalej.

P: Ale przecież tyle rzeczy zrobiliście dobrze. Autostrady – cuda inżynierii, garbusy – zgodnie z Pan–
AH: Mów mi Adi!

P: Dziękuję, to dla mnie zaszczyt. Wracając… Zgodnie z twoimi Adi deklaracjami Garbusy to najpopularniejsze samochody osobowe na świecie!
AH: Niby tak, ale cóż z tego – w Reichstagu zamiast trzeciej, śpiewać powinni pierwszą zwrotkę naszego hymnu! Irytujące!

P: Czy mogę zadać kontrowersyjne pytanie?
AH: Ależ naturlisz!
P: Dziękuję. Jak się pan czuje jako główny współtwórca Izraela?
AH: O ŻESZ TY KURWA! Po coś to wspominał! Znowu przez miesiąc z nerwów nie będę się mógł wysrać. VERFLUCHTE!

P: A merytorycznie?
AH: Ale nas zrobili. Dobra, już się uspokoiłem, powiem od początku.
Siedzieliśmy sobie raz w sobotę wieczorem z Toddem i innymi w piwiarni. Wiesz pan, tej słynnej, w której zaczynałem karierę cesarza III Rzeszy.

P: Aha… i?…

——————————————-
OPOWIEŚĆ Adolfąsa:
AH: I wtedy do środka wchodzi koleś w cylindrze. Bankier jak z obrazka
P: może pan naszkicować portret pamięciowy?
AH: [wyciągając szkicownik i węgiel] nie ma sprawy.

AH: No więc podszedł on do naszego stolika. Usiadł.
A, i cały czas się tajemniczo uśmiechał.Ja już po 2 sekundach chciałem mu ten uśmiech rozmazać na mordzie. Była w nim taka wyższość, politowanie. Jakby Marsjanin patrzył na ludzką aktywność przez teleskop i na widok obfitości zwierzyny łownej się zastanawiał, czy rozpalić grilla, czy wstawić wodę na gaz. A my właśnie kombinowaliśmy jak bezboleśnie zająć całą Europę…
„Cześć dzieciaki, w co $ię bawicie?” zapytał.
A ja na to: „Gramy w pikuty. Nie chciałeś nam pożyczyć tyle ile chcieliśmy, to teraz mamy trochę pod górę. Jesteśmy za krótcy – nie mamy paliwa i czołgów na zagarnięcie Sowietów!”
On: „Z.W.T.P.! Za łatwo by wam po$zło – trzeba mieć wkład wła$ny jak się kupuje nieruchomość. He he! A poza tym, my też mu$imy trochę zarobić na produkcji broni dla obu $tron.
No, ale mam dla wa$ wiadomość. Dobrą. Wyno$imy się do wuja $ama. W Anglii nam się mniej opłaca.”
Ja: „Jak to? To już im nie będziecie pożyczać?”. Ja i pozostali zaczęliśmy się uśmiechać.
On: „Ano nie. Anglia $traci ‚imperium, w którym $łońce nie zachodzi’ i zamieni je w dziurę do której $łońce nie dochodzi. Z przeproszeniem murzynów.”
Wtedy obok Himmler obok mnie nie wytrzymał, huknął pięścią aż nam kufle podskoczyły i wykrzyknął: „Wreszcie! Koniec z limoniarzami! Zachciało im się lądowego połączenia Krainy Piramid z Krainą Krugerandów!!!*”

Ja byłem bardziej sceptyczny: „A co wy z tego chcecie i dlaczego nam to mówicie?” Pytania niby inteligentne, pomyślałem w chwili ich zadawania. Samozachwyt mi szybko przeszedł. R. odpowiedział: „Ka$ę, kurde. A w zasadzie raczej JE$ZCZE WIĘCEJ KA$YYYY!!!! A mówimy, bo i tak nikt nas nie pow$trzyma, hłe hłe hłe!” Zaśmiał się i – $łowo daję – zapachniało $iarką i $mołą.

Odpowiedziałem mu: „Ale jak to możliwe – pół świata mówi po angielsku. Ameryka. Australia… Kurwa, Indie!”

Na to jego uśmieszek zrobił się jeszcze bardziej pobłażliwy. „Na$i jasnowidze zobaczyli w obliczyli, że jak dobrze pójdzie to za 60-70 lat cała populacja Zapadnej Jewropy zo$tanie $pacyfikowana przez Kultur-kampf o kryptonimie „multi-koń-trojański-kulti”. Ale o tym na razie nikomu nie mówcie, bo to tajemnica. Efekt naszych działań będzie taki:

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title,Mikolaja-nie-bedzie-w-przedszkolu-W-imie-szacunku-dla-roznych-wyznan,wid,15154563,wiadomosc.html?ticaid=1fcba
http://www.pch24.pl/absurdy-a-d–2012,10963,i.html

I dodał na koniec: „A kolorowych lepiej się doi z ka$y niż białych. I w to nam graj!
Na$i p$ychohi$torycy obliczają, że klamka przy$złości świata zapadnie 21 grudnia 2012″

Mój rozmówca skończył mówić, a ja długo jeszcze patrzyłem w drwa płonące w kominku. W końcu otrząsnąłem się.

P: I co potem będzie z naszym światem?

AH: Ano, będzie piknie i kolorowo. Poza tym I tak nie lubiłem wieprzowiny – zawsze po niej dostawałem biegunki (łac. srawicus acutus). Aha, jedna sprawa. Nie publikuj pan tych ich planów. Jeszcze mi tu przyślą mojego samobójcę. Wytnie pan to, bueno? Co prawda mam tu na stałe oddział MOSADu do ochrony, ale jak mi walną chemicznym z moździerza, to nie będzie ciekawie.

P: Ależ oczywiście. (AKURAT! Gówno wyciąłem, pieprzony nazista! Naucz się że nie wolno ufać kamerzyście, który poproszony o nie filmowanie stawia kamerę na stole niby przypadkiem ustawiając ją obiektywem w zakazującego). Zmienię nazwisko, żeby nikt się nie zorientował… HEJ! Zaraz zaraz… Jak to z Mosadu?!

AH: To całkiem proste, myślałem, żeś chłopaku już to wyczuł. Młodyś! Gdyby nie ja i moje ekscesy, to nie daliby rady wywrzeć dostatecznej presji na ustanowienie ich państwa.
Dla kilku wtajemniczonych w ich rządzie jestem Bohaterem przez duże „B”! Raz do roku wysyłają mi chałkę na szabas. [spojrzał na kominek] Kroję ją sobie tym o – tu! nożem Hitler Jugend, który dostałem od Spielberga. Został mu po jakimś filmie, czy coś.

P: Ok, to dziękuję za rozmowę. A tak na marginesie… Chyba ten pan w cylindrze was też kiwnął. Politycznie poprawni dorwali się też do neonazistów! Wam też mózgi przepiorą i będzie pyrrusowe zwycięstwo:

AH: Wiem, to godne ubolewania, ale pracujemy nad tym. Auf Wiedersehen!

=================================================
* – Po I WŚ, za niegrzeczne zachowanie (budowanie własnej floty bez przyzwolenia), Brytyjczycy zabrali Niemcom kolonie zamorskie. Ich ew. zwrot był celem politycznym Niemiec w kampanii dyplomatycznej przed II WŚ. Niestety sprawa była nierealna – to lądowe połączenie było Angolom potrzebne.

 

(Dodane)

BONUS MUZYCZNY:

http://youtu.be/UfixqY5Eu30

Gdzieś ty był?! Wszyscy cię szukaaaali! (Ameryka Południowa Cz. 15 1/2)

Miałem o tym spotkaniu nie pisać, ale w Polsce w roku 2011 i 2012 nastąpił tragiczny rozwój nazizmu, zwieńczony przybijaniem do tarcz niemieckich dzieci pod Cedynią.


Zmusza mnie do zabrania głosu w tej jakże ważnej debacie społecznej.

 

Oto moja relacja ze spotkania z Wodzem, pisana na gorąco:

==========================
Argentyna, Patagonia, godzina 8.42
W połowie drogi z Błones Ajres do przełęczy w Andach zajechałem na farmę przy drodze, bo musiałem do toalety.

Zbliżyłem się do zamkniętych drzwi i poprosiłem o skorzystanie z Winstona Churchilla (WC)
Głos zza grubych dębowych drzwi spytał mnie:
– A masz własny papier?
– MAM!!!! Po nauczce z Australii (gdy zbezcześciłem moją ulubioną powieść) nigdzie się bez niego nie ruszam!
I pokazałem:

(jeszcze wtedy nie wiedziałem, że oprócz załatwienia żeby „piss” był „saved”, tego ranka miałem konwersacje z Herr H.)
Czytaj więcej

Częste mycie skraca życie! (odcinek +18 bo z przekleństwami)

Wszechświat dał mi dziś kolejną nauczkę – okazało się ponad wszelką wątpliwość, że czystość szkodzi!

Było to tak:
czyszczę sobie drzwi mojej pięknej willi na skraju lasu, a tu nagle….

facet mieszkający na tym samym terenie przeganiał miotłą węża spod swoich drzwi.
Usłyszałem jak sąsiad idzie w moją stronę i wystawiłem łeb zza futryny, chcąc spytać „czego?”.

W tym momencie operator projektora pomyłkowo zainstalował złą rolkę. Zamiast ciągu dalszego „Domestic Disturbance” wrzucił horror „Anakonda”. I wszystko zaczęło się dziać na raz.

Czego nie wiedziałem, sąsiad właśnie przeganiał miotłą węża. Wąż spierdzielał galopem tuż przy ścianie, zobaczył otwarte drzwi,
za którymi ja kucałem z gąbką i… kurwa skoczył prosto na mnie!!
Czy ktoś z was znalazł się w tym samym metrze sześciennym przestrzeni ze skaczącym dwumetrowym wężem?
Kompletnie bez uprzedzenia?
Nie widzę podniesionych rąk. Czyli nie! Tacy nieszczęśnicy zwykle zostają ukąszeni w szyję i chcąc uniknąć męczarni strzelają sobie w skroń z Lugra, którego dostali od dziadka w testamencie.

Z moich ust nie padło żadne przekleństwo… mózg był zbyt zajęty delektowaniem się chwilą i tylko zapodał na port wyjściowy serię nieartykułowanych ryków. W psychologii kreśla się to przejściowym deficytem wolnych zasobów poznawczych.
Cała reszta mocy obliczeniowej procesora poszła w koordynację czynności motorycznych, tj. nie omieszkując opuściłem pomieszczenie w którego drzwiach stałem. Zdaje się że sprawa zamkła się poniżej jednej sekundy. Nie patrzyłem na zegarek. Nie wykrzyknąłem nawet „Ratunku” po francusku, wykrzyczanego przez marynarza w wiadomej powieści Juliusza Verna*.

A więc tak wygląda pościg z punktu widzenia statysty! Idzie sobie taki nieszczęśnik ulicą, albo siedzi przy stoliku w kawiarni, a tu nagle wpadają ścigający się policjant i złodziej: życie przewraca się postronnej osobie do góry nogami, bądź alternatywnie przewija od początku do końca jak przed wyprawą do kostnicy.

Wąż to był kawał pyty – jak widać na filmiku  – ukrył się za regałem z książkami, a potem przebiegł w podskokach za sterty książek leżące na podłodze drugiego pomieszczenia.

Druga część pościgu, czyli mój sąsiad, wzięła ode mnie szczotkę i jęła węża dobywać, niczym Moskale obrońców tej reduty z której było widać wybuch prochowni Ordona. (w wierszu się ta scena nie zmieściła, ale Adam dał mi raz pełną wersję na mejla).

Wąż zaparł się rękami i nogami i nie chciał wyjść zza książek. Zapewne trafił tam na „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” i nie mógł się oderwać od lektury. Na szczęście to wyciąganie węża nie wiązało się z demolką i nie musiałem wcielać się w dyrektora FBI Womacka (film „Twierdza”) strofować faceta, że „pół miasta obrócił w ruinę”.

Gdy już wąż zmiękł i dał się pochwycić, gość wziął go za szyję (wyznaczaną arbitralnie), drugą ręką podniósł z ziemi swoją komórę i sobietak poszedł z wężem pod pachą. Po całej imprezie został mi w mieszkaniu tylko zapach łuski i ryb – na szczęście w miarę szybko wywietrzało.

O RZESZ KURWA!!! Gdzie ja mieszkam!!!!

Epilog: wąż został ciśnięty z rozmachem w dżunglę, z której przyszedł.
Dobra, niech wam będzie…. „przypełzł”.

————-
* 20 000 mil podmorskiej żeglugi.

Ameryka Cz. 17 Epilog

Epizod 5: W „domu”


Dwie możliwości:
albo ja mam w telefonie lepszy GPS niż linia lotnicza w samolocie
albo zaliczyliśmy ostrzał z FLAKa.


A tak powitały mnie moje ukochane kubki: wykonane metodami tradycyjnymi, kupione pod grunwaldem.
Niestety na Tajwanie nabrały tej przykrej cechy, że zachodzą pleśnią po kilku dniach nieużywania.

Natomiast ciekawostka co do telefonu, który się zalał w Brazylii.
Po oddaniu do naprawy nie chcieli kasy – dostałem od HTC cały środek nowiutki i za darmo!!!

KONIEC PODRÓŻY

Ameryka Cz. 2 – Znowu szukamy Johna Connora (w Santiage de Chile)

Wyprawa zaczęła się jak porządna operacja wojskowa rozwinięciem natarcia o czwartej rano.

Oto autobus z lotniska o świcie.

A to panorama stolicy Chile – miasta Santiago.

Niewielki kościółek na szczycie góry.

Wielki posąg Matki Boskiej widoczny z wielu kilometrów

A to najlepsze! Jest to zdecydowanie najpiękniejszy kościół, jaki w życiu widziałem. Zdjęcie zrobione z jego tyłu. Widzicie nawę, ławki, a w głębi ołtarz.

I zachód słońca – z tego samego miejsca. Nabożeństwo wieczorne musi robić niesamowite wrażenie.

II. Zakup motoru
Epokowa chwila! Od teraz nie ma już odwrotu. Aby nie było tak łatwo, postanowiłem zakupić motor produkcji chińskiej!


Ta dam!! Znowu wcielam się w rolę terminatora. Tym razem szukam nie Johna Connora, ale wyzwoliciela ludu – Cze Gławery czy jakoś tak.

II. Początek podróży
Długo nie poszukałem. Po dwustu kilometrach podróży  poszła dętka!

…od zakupu nowego motoru dokładnie 298km po asfalcie!

Mój fart polegał na  tym, że stało się to 500 m od stacji benzynowej i warsztatu wulkanizatora. Gdyby ta awaria nastąpiła na środku pustyni, 200 km od najbliższego miasta, inaczej bym tu pisał.

Podjechał wulkanizator i załadowaliśmy całość na pick-upa.

Piszę w liczbie mnogiej, bo w załadowaniu pomagała mi Policja – sami to zrobili z uprzejmości!!! Gość nawet zadzwonił po lepszego wulkanizatora z własnej komórki!
.

Następnie razem z motocyklem o chwilowej wartości złomu i fantami (plecaki, itp) zostałem wywieziony w nieznanym kierunku. Była to pełna improwizacja. Motor trzeba było trzymać rencami – żadnych pasów do wiązania nie było… a gość pruł jak rozwścieczony brytyjski niszczyciel pędzący ku łodzi podwodnej, która właśnie zatopiła spasiony ropą tankowiec z jego młodszym bratem, który właśnie się ożenił, na załodze.

Okazało się, że chińskie badziewie na dwóch kołach ma tak wmontowane wentyle, że nie da się napompować powietrza na stacjach benzynowych w kraju zakupu – po prostu się nie mieści końcówka!

Młotek leżący na podłodze jest na postrach. Służy do zastraszeniu motoru – żeby nie próbował popsuć się bardziej.

Właściciel wykonał tą usługę:
– usunięcie dętki i tym samym zamiany opony na bezdętkową;
– zamianie wentyla na taki przekrzywiony w bok.
policzył BARDZO TANIO – taniej niż by mnie kosztował przepyszny obiad, na który mnie zaprosił on i jego żona.
PYCHOTA! Wreszcie normalne jedzenie. Pomidory i smażony kotlet z kurczaka! Jedynym zgrzytem w całej imprezie był znaleziony na talerzu ryż. Na szczęście były też kartofle (ziemniaki). To ich taki zwyczaj (w Chile i Peru), że na talerz do mięsa nakładają jedno i drugie.

Po wymianie oleju została jedna część. Mechanik zarzekał się, że to moja!
Schowałem więc na wszelki wypadek.
Motor po zgubieniu tej części przejechał 15000 nie skarżąc się na jej brak. Sam nie wiem co o tym myśleć.


Żegnamy Chile. Na granicy dranie nie chcieli mnie wypuścić – musiałem wyżebrać papiery umożliwiające wyjazd, ale się udało. Doszło do tego, że gadałem z szefem całego urzędu celnego. Na szczęście miły gość i załatwił wszystko OK.

Cała rozmowa to temat na osobny wpis, ale ja tylko tu powiem, że mam 100% przekonania, że gdyby nie nietypowa dla moich rozmówców sytuacja, całość zakończyła by się tutejszym oczywistym  rytuałem – łapówką. A skończyła przyjaźnią.

Kolejny wpis:

Cz. 3: Wyspa Wielkanocna i ponowna odsłona konkursu bożonarodzeniowego

Cz. 13 – Missiones, Brazylia i Urugwaj: 2000km na gazie

Spotkanie z Robertem deNiro
Z Brazylii wróciłem na chwilę do Argentyny, która miała tutaj mocno wyciągnięty na północ kawałek swojego terytorium. Są to tzw. Missiones, czyli misje. Niestety duży udział w kolonizowaniu tego obszaru należy do Polaków. Piszę „niestety”, bo przy kolonizowaniu zazwyczaj nikt rdzennych mieszkańców nie pyta, czy cieszą się z przybycia nowych mieszkańców. Częściowa hańba za wyniszczenie lokalnej ludności spada więc i nasz naród.


Gdy już zrobiło się ciemno, wymęczony jazdą natknąłem się na takie zjawisko – krzyż!

Trafiłem do misji

Czytaj więcej

Cz. 12 – Paragwaj i wodospady Iguazu (2000km na gazie)

Paragwaj przywitał mnie za pomocą asfaltu

(czasami jeszcze droga odgrażała się takimi niespodziankami – generalnie było trzeba jechać bokim drogą polną, ale ludzie,w tym i ja, radzili sobie jak mogli)

… i przyjaznych i znudzonych żołnierzy

Którzy napoili mnie z kompanijnego kufla i dali wodę na drogę. Mam od nich zarąbisty suwenir w postaci plakietki.

Napity ruszyłem w dalszą drogę, która była wyjątkowo piękna. Otóż od granicy do punktu podbijania paszportów jest około – uwaga! – 300 km (słownie TRZYSTA KILOMETRÓW) jazdy.

Czytaj więcej