W okowach marksistowskiej Europy

Dnia 18 sierpnia jak co roku nieodmiennie wypada rocznica mego przybycia do nowej, przybranej ojczyzny. Czas więc na doroczne podsumowanie powodów, dla których porzuciłem bursztynowy świeżop i inne atrakcje.

Oto główny powód:

Nie, to nie moja żona. To pierwszy z brzegu kiosk z napojami. Właścicielka lub pracownica zamiast iść na macierzyński, zasuwa tak jak trzeba od rana do nocy. Nie ma przebacz.

W kontraście mamy dyktaturę sufrażystowską:

Która świadoma swoich korzeni i celów z powodzeniem rewolucjonizuje kulturę wyższą:

Zapominając chyba o jednej istotnej kwestii…

Raj, ale zamiast hurysów… kotlety schabowe

Tak! Tytuł was nie zwodzi. W maju przyleciałem do raju. Ale nie do raju częstochowskich poetów, co mogłoby sugerować poprzednie zdanie, ale do raju kulinarnego. Do miejsca, w którym wystarczy wejść do pierwszego z brzegu sklepu mięsnego, do pierwszej z brzegu restauracji, zajść na najbliższą stację benzynową, aby zrozumieć dlaczego kolonialne mocarstwa tak bezlitośnie krzewiły na całym świecie zachodnie obyczaje, demokrację… i kolę z frytkami. 
Odpowiedź jest prosta. Żarełko. O tu proszę, jak się szykuje do pożarcia:

(więcej…)

Na drodze ku sławie

Tym razem wyprawa po sławę dopięta na ostatni guzik.

Długoletnia wprawa w podróżowaniu sprawiła, że waga plecaka wyniosła dokładnie tyle, ile ma limit linii lotniczych. Pisarz oddziałuje na świat rękami i ma w nich wyczucie przechodzące ludzkie rozumienie. A szczególnie rozumienie redaktorów językowych. Niech zginą w odmętach piekła ci rzeźnicy, którzy z upodobaniem i wyrafinowaną perfidią naruszają nietykalność cielesną cierpiących niczym młody Werter twórców. Książka jest integralną częścią ciała autora i jakakolwiek w nią ingerencja jest zamachem na ludzkie życie i godność. Następnym razem nie dam zmienić ani literki!

(minęło pięć minut)

Uff! Już się uspokoiłem. Wracając do podróży, muszę donieść o dwóch epizodach w czasie przelotu nad Związkiem Zdradzieckim, czasowo dla niepoznaki nazywanym Rosją. Krajobrazy tej krainy płynącej kawiorem i wódą są fantastyczne, a każda rzeka dająca się dostrzec z pokładu samolotu wyglądała na idealną do podróży kajakowej:

Niestety nie tym razem. Czekała mnie noc na lotnisku w Maskwie.

(więcej…)

Perypetie skuterowe – odcinek NEGATYWNY, czyli błąkamy się od mechanika do mechanika

Szanowni czytelnicy,

nadszedł czas aby porachować perypetie motorowe i rozliczyć Tajwańczyków z ich plusów i minusów. Na początek odcinek negatywny. Generalnie przeszedłem wielką przeplatankę postawy pełnej pomocy i zamaskowanej złośliwości… niekompetencji. Albo mieszanki jednego i drugiego.
Piszę tak , bo oni takie zachowanie mają we krwi – maskują niekompetencję udawaniem półidiotów. Chciałbym tylko dodać, nie wiem czy na pocieszenie, że w innych krajach jest podobna sytuacja. Czasem trochę lepiej, czasem trochę gorzej… Zresztą, sami poczytajcie: http://www.wykop.pl/link/3438899/gdy-klient-przychodzi-do-mechanika-z-instrukcja-naprawy/
(więcej…)

Amerykańscy imperialiści i ich niecne knowania

Historia ma wiele wersji. Zwykle tyle, ile aktorów w niej uczestniczących. Kto ma rację? Kto mówi prawdę? Jacek Kaczmarski śpiewał „tylko ofiary się nie mylą”. Zwykle całe zamieszanie i kłamstwa sprowadzają się do podpięcia jakiejś ideologii jako usprawiedliwienie działań zwiększających możliwość wywierania wpływu. Z ideami i ideałami robi się wtedy to, co zwykle, a co podsumował celnie Eric Hoffer

Every great cause begins as a movement, becomes a business, and eventually degenerates into a racket.

 

Dziś akurat mam nastrój, aby dokopać trochę Amerykanom. A więc zacznijmy. Abraham Lincoln we własnych słowach:

If I could save the union without freeing any slaves, I would do it… And if I could do it by freeing some and leaving others alone; I would also do that.

What I would do about slavery and colored race, I do because I believe it helps save the Union.

 

http://www.abrahamlincolnonline.org/lincoln/speeches/greeley.htm

 

Ja nie jestem antysemitą, ale na marginesie dodam jeszcze, że imię wyraźnie wskazuje, że Lincoln był Żydem. Podobnie zresztą jak inny żyd – Iceberg, który przewodził spiskowi celowego zatopienia Tytanika w 1912. Bzdury? Ale trzymają się kupy. Be my guest:

 

Co za głupi filmik, na tą chwilę, zresztą, ma tylko w zaokrągleniu 1,18 obejrzenia. Druga osoba nawet nie doszła do połowy i wyłączyła te brednie dobijające poziomem o celowym zniszczeniu budynku 7, siedziby CIA w atakach w Nowym Jorku w 2001 roku.

Co tam amerykańscy naukowcy. ANTYGRAWITACJA WYNALEZIONA!!

Heroiczne wysiłki rodzaju ludzkiego w celu wysłania misji na Alfa Centauri miały historycznie wiele centrów. Był to Egipt, Starożytne Chiny, a ostatnio, jako skutek Renesansu, Europę.

Równolegle zachodził o wiele poważniejszy proces. O ile proste wynalazki mógł wymyślić pojedynczy człowiek siedząc przy biurku i kotłując sobie zwoje, to teraz poszerzanie granic poznania wymaga międzynarodowej współpracy i pracy gigantycznych zespołów i milionowych i miliardowych nakładów.

Zdało się, że dawno już minęły czasy, w których pojedynczy zwariowany naukowiec był w stanie dokonać przełomu z zmienić paradygmat fizyki, w myśl tezy Khuna. Jednak wszechświat jest pełen niespodzianek i bezlitośnie daje nam co i rusz lekcję pokory.

Teraz the tip of the spear współczesnej nauki przeniósł się do pełnej czaru i nostalgii wiecznej krainy szczęśliwości i miłości bliźniego, jaką jest Afryka, kolebka ludzkości. Tam, pojawiają się geniusze, którzy są nadzieją tego znękanego, głodnego surowców świata.

https://media.giphy.com/media/26xorCzVxXPFRCzC0/giphy.gif

 

—–

Post sponsorowany przez Inkubator Innowacji Narodowego Centrum Nauki.

https://www.ncn.gov.pl/

 

Słowo o stosunkach angielsko-francuskich i co z tego wynika dla Tajwańczyków

Jak każdy szanujący się doktorant nauk historycznych wie, przyjaźń między bratnimi narodami angielskim i francuskim nie była zawsze gorąca… A jeżeli już była, to od pożóg podpalanych miast i siół. Tą prawdę historyczną należy propagować, gdyż – jak mówił słynny hiszpański mędrzec Santayana, ci, którzy nie pamiętają historii, są zmuszeni ją powtarzać. Nieliczni tylko znają słowa, którymi Santayana spuentował swoją mondrą maksymę: „A ci co pamiętają historię, muszą stać bezradnie i patrzeć, jak powtarzają ją wszyscy dookoła”.

Gdy więc w mojej włóczędze po tajwańskich górach trafiłem na wioskę aborygenów, postanowiłem zrealizować misję kształcenia lokalnej dzieciarni w zakresie historii średniowiecznej Europy. Nie odmówiłem sobie nauczyć naszych milusińskich gestu pojednania między nacjami.

 

Nauczyłem dwóch łebków, a nowa wiedza rozprzestrzeniła się wśród kwiatu tamtejszej młodzieży niczym pożar buszu na Kalahari. Albo ww. pożar strzech. Gest starannie wyjaśniłem – nauczyłem dzieciaki pokazywać go w formie historyczno-dowcipnej, a nie ześwinionej. Wygłupiać się – nie trzeba mnie dwa razy prosić, ale nie kosztem ofiar, że sformułuję to oksymoronalnie.

Tu wyjaśniam, że gest pokazany pionowo jest ugruntowany przez praktykę społeczną i znaczy u Anglosasów bardzo brzydko. Pokazany poziomo jest zdecydowanie odcięciem się od takiej praktyki wszczynania burdy, a więc jasno nawiązuje do pierwotnego znaczenia: angielski łucznik (longbowman – wiki) ma jeszcze paluchy i może strzelać z u-ku, gdyż odbiorca gestu, Francuz, nie zdążył mu tych paluchów urżnąć zardzewiałym nożem.

Żeby absolutnie wszystko było jasne: w przenośni gest oznacza tyle co „jeszcze mnie nie pokonałeś”, co bardzo starannie dzieciakom wyjaśniłem, jednocześnie zakazując pokazywania paluchów (zwłaszcza pojedynczego) w pionie. Stąd na początku robiły gest we wszystkie strony, a na koniec (zdjęcie poniżej) już jak należy, czyli po historycznie-militarnemu.

Po paru minutach  reszta dzieciarni podłapała gest, co uwieczniam na na poniższym zdjęciu, a ich nauczyciel (czyli ja) pokiwał głową i uśmiechnął się w myślach.

 

Znowu sukces. Nie na darmo tutejszy MEN (Ministerstwo Edukacji Narodowej) we mnie zainwestowało fundując doktorat z historii. Teraz pozytywną energię finansową przemieniłem w wartość dodaną sumarycznej edukacji historycznej nadziei narodu tajwańskiego.

Jedyne czego  żałuję, to to, że nie zobaczę miny Anglika albo Francuza, który zawita w tamte strony. Dzieciakom starannie i dwa razy wytłumaczyłem, że jeśli chcą zrobić takim gościom zrobić niespodziankę, powinny powitać ich właśnie wyżej opisanym gestem.

 

 

 

Gwiezdne wojny IV: REMAKE (nazwane dla zmyłki „Przebudzenie mocy”)

Jak sam tytuł wskazuje, film to kompletna kicha, tzn. po prostu remake IV części, czyli pierwszej… uch! Obejrzałem dwa razy tylko dlatego, że się strzelają z laserów.

Do rzeczy. Cała koncepcja twórców (spis winowajców wyświetla się na końcu filmu) poszła tak:

  • pierwszą trylogią robimy sobie markę.
  • Drugą trylogią zarabiamy na bachorach – wklejamy dinozaury gdzie się da i w inny sposób uprzykrzamy życie ludziom, którzy kochają sajens fikszyn, latanie po kosmosie i strzelanie z laserów i dział jonowych.

Trzecie trylogia to, poza kosmetycznymi zmianami, odtworzenie scenariusza części najpierwszej. I o ile Sapkowski potrzebował kasy na rachunki i napisał nowego Wiedźmina, a  powrót Wiedźmina w postaci książki Sezon burz był sensowny – klimat pierwszych opowiadań + kompletnie nowa fabuła… to twórcy Star Wars się nie popisali. Użyli po prostu scenariusz, który się sprawdził, dodali 2-3 nowe wątki dla zmyły i BUM – rekord oglądalności.
Co za gniot.

Jedyne co ratuje twórców przed samosądem w  wykonaniu tłumu chłopów z pochodniami*, to to, że na całe szczęście nie pojawił się ten skurwysyn Jarjar. Sith zresztą, co wyszło na jaw, gdy Snowden ujawnił niecne plany Lucasa, przechowywane grzecznościowo przez NSA i CIA:

—————————

* ci chłopi to nawiązanie do tego:

http://pl.tinypic.com/view.php?pic=9uu7ax&s=6#.VvoWj-KLTIU

——————-

Teraz mamy dodatkowy pomysł, żeby gnoja nie lubić.

A niedługo kolejna część tej trylogii trylogii – albo nam przyjdzie szykować popcorn, albo kije do baseballa, jeśli twórcy sami nie zmienią się w ohydne bryły. Ze wstydu

 

 

Film trivia

cf6e54172ff2d867a2dc471f86401976

 

 

Marsjanin running out of time

Uwaga! Odkrywam jeden z większych spisków Hollywood – tym razem – o dziwo – Żydzi nie są w nic zamieszani.

Cała sprawa zaczęła się od głupiego żartu kosztem nieszczęśliwego, sfrustrowanego człowieka, a skończyła wielką wpadką NASA, którą dodatkowo wziął na warsztat Hollywood.

 

A więc cała historia zaczęła się serią niewybrednych żartów, których małą próbka jest tutaj:

 

skończyła się terrorystycznym napadem na szoł telewizyjny

 

Cała afera zainspirowała ekipę dokumentującą pierwszą wyprawę załogową na Marsa. Szukali aktora, którego portfolio najlepiej by pasowało do roli kogoś, kto walczy z czasem. Szukali, myśleli, przesłuchiwali… aż przyszła im do głowy rzecz oczywista… Skoro głównym wątkiem filmu jest running out of time – dla NASA, dla nieszczęśliwie zapomnianego załoganta… to odpowiedź będzie oczywista.

 

Matt Damon szczerze się wkurwił na samą propozycję, ale kasa była spora, więc zmilczał, zwłaszcza że w chwili, gdy został poproszony od odpowiedź, już liczył banknoty, cicho do siebie szepcząc cyfry i liczby. Stąd i film, który mamy właśnie okazję pooglądać: Marsjanin. Running out of time.

 

Plagiat z wątkiem sowieckim

Największą kontrowersją w całym filmie był gigantyczny pozew cywilny ze strony Rosyjskiej Agencji Kosmicznej oraz Radzieckiej Wytwórni Filmów Dokumentalnych.

Otóż film Ridleya Scotta – hańba mu za to po wieczne czasy!! – zawiera dwa plagiaty, a raczej podwójny plagiat.

Pierwszym jest wykorzystanie jako głównego wątku całego filmu perypetii pierwszego człowieka na Księżycu – Porfiriego Jebanowa. Radziecki bohater podboju przestrzeni kosmicznej osiągnął Srebrny Glob całe dwa lata wcześniej przed imperialistycznymi amerykańskimi świniami. Niestety, i tu drugi plagiat, nie miał jak wrócić i musiał żywić się ziemniakami, które są pożywieniem first-choice dla Sowietów. Vide ta anegdota, którą podstępni, zionący zawiścią i złośliwi imperialiści rozprzestrzeniają w formie dowcipu:

Rozmawia rosyjski żołnierz z amerykańskim. Amerykanin chwali się jak to u nich jest dobrze w armii, że mają dobry sprzęt, że dobrze ich szkolą itp. Aż doszło do tematu „wyżywienie”. Amerykanin mówi, że oni dostają dziennie równowartość 8 tys. kalorii. Na to Rosjanin:
– Kłamiesz! Żaden człowiek nie zje dziennie 30 kilogramów ziemniaków!

A tak na poważnie… to kartoflano-ziemniaczana dieta porzuconego na pastwę ufoludów amerykańskiego kosmonauty to naprawdę rżnięcie pomysłów od Ruskich. Oto ziarno prawdy w powyższych bazgrołach:

Ruscy będą sadzić ziemniaki w kosmosie

Film trivia:

 

—-

Dla zainteresowanych: większość złośliwych wybryków Kimmela poznikała z Youtube. To, co zostało, da się znaleźć tutaj.