Niniejszym, z okazji rocznicy zwycięstwa nad bratnim ustrojem socjalistycznym, składam najszczersze gratulacje i powinszowania oficerom wywiadu inwigilującym niniejszy blog!
I tutaj wersja BEHIND THE SCENES:
I tu się ze służb specjalnych nie ma co śmiać. One czekają tylko żeby załomotać kolbami w twoje drzwi:
W ubiegłym tygodniu otrzymaliśmy przedsmak tego, co czeka nas już za 21 miesięcy – w grudniu 2012.
Japonię cofnęło do kamienia łupanego – po żarcie zamiast do supermarketu wybierają się do pobliskiego lasu.
Jeśli uważacie to za barbarzyństwo, to proszę bardzo. Przynajmniej zwierzęta mogą spieprzać i tym samym ewoluować w kierunku większych prędkości (asymptotycznie ku prędkości światła)
Z deszczowego Tajpej trzeba się raz na jakiś czas wyrwać po porcję witaminy A, czy której tam, która powstaje pod wpływem Słońca, czyli gwiazdy najbliższej Ziemi.
Wieczorno-nocna wyprawa
zakończyła się sukcesem. Światło na końcu tunelu nie okazało się pędzącym z naprzeciwka pociągiem pancernym, ale słońcem.
Jak zwykle moja droga prowadziła przez szereg niebezpieczeństw.
Przejechałem też przez dywan w salonie jaskiniowców.
Nagrodą był piękny kurort ukryty w dolinie pośrodku do niedawna (80 lat) całkowicie niedostępnych gór.
Drogę wykupi Japońce, władające Tajwanem 100 lat temu. Wzdłuż obecnej asfaltówki można się natknąć na wiele dawnych, częściowo nieczynnych szlaków wspinaczkowych
Które są cudne.
I kończą się często tak:
Akurat w tym miejscu stwierdziwszy w czasie robienia zdjęcia że zaraz kolejny kawał zbocza może runąć w dół, miałem niezłego stracha. Zapewniam, że robi wrażenie znacznie lepiej niż na zdjęciu.
Aby dotrzeć do tych urokliwych zakamarków, z narażeniem życia przedzierałem się przez chaszcze i zagrożone osunięciem zbocza, więc proszę o słowa zachęty.
Pracowity naród Tajwański, gdy już odtrąbią fajrant w fabrykach elektroniki, którymi wyspa jest usiana, muszą zagospodarować swój czas wolny.
Niektórzy w tym celu liczą ziarenka ryżu, inni zaś, pielęgnują tradycje kawaleryjskie.
Najpopularniejszym sportem jest jednak pożeranie morskich potworów.
.
Nie obejdzie się też od pożerania naszych opierzonych braci i sióstr.
Jak zwykle głowa nieszczęśnego stworzenia idzie na ruszt razem z resztą – pociętą razem z układem kostnym.
.
Gdy już kołduny sobie ponapychali, mieszkańcy Tajwanu zaczynają rzęzić w sito, czyli śpiewać karaoke.
Kto oglądał film “Lost in Translation”, wie o co chodzi.
.
A potem nastąpiło najciekawsze zjawisko etnograficzne. Okazało się, że jubilat zaprosił na impreze tancerki topless, kurwy i ladacznice.
Jednak córa koryntu (na pewno nie wie gdzie leżał Korynt, ale co tam), za gażę 3000NT$ (300PLN) plus napiwki, chodziła na golasa i przytulała chętnych.
.
Akcja wyglądała często tak, że ktoś złośliwy dawał jej parę setek i wskazywał ofiarę, swojego np. kumpla, na ofiarę obściskiwania.
.
Było bardzo śmieszne. Na ten czas dzieci wyproszono na zewnątrz restauracji.
.
Następnie był striptease (tak to się pisze?) i tańce na scenie.
Potem, jak zahipnotyzowany pacjent wracający do swego dizeciństwa, wszyscy grzecznie wrócili do śpiewania karaoke.
.
Gdy dzieci wróciły już po tym porażającym spektaklu kusicielek i ladacznic, wszyscy zaczęli obżerać się słodyczami, promowanymi w mediach przez lobby dentystyczne i stowarzyszenie lekarzy kardiologów.
.
Później nastąpiła kulminacja imprezy – losowanie telewizora FLAT LCD pośród obecnych. Głowę dam, że gość który go wygrał, pracuje na codzień przy linii montażowej produkującej takie same telewizory.
.
Po zakończeniu konkursu, znowu zaczęli wyć do mikrofonu. Tym razem wycia i ryki połączyli z usiłowaniami przekazania swojego stylu życia kolejnemu pokoleniu.
I tyle. Koniec.
A ty, zamiast siedzieć podłączony do internetu
Tym razem zgubiłem się w dżungli. I to na serio. Niestety mało zdjęć się udało zrobić zanim nie padła bateria w telefono-fotoaparacie, jednak to co jest powinno oddać klimat wyprawy.
Zaczło się tak
To jest punkt widokowy na piękne jezioro porośnięte dookoła górami i dżunglą.
Droga prowadząca do tego miejsca schodziła jeszcze w dół. Zawsze mnie interesowało co jest dalej – zakładałem że prowadzi ona do samego jeziorka. Dlatego też tematem wigilijnej wycieczki zostało dotarcie do brzegu jeziora.
Szedłem więc, szedłem….
i natrafiłem na koniec drogi z opuszczonym domem na końcu. Normalny człowiek pomyślałby: “Ślepy zaułek, trzeba wracać na karpia”, jednak ja tak łatwo się nie poddaję.
Za domem była ścieżka w dół.
Szedłem szedłem. Poślizłem się. Szedłem dalej.
Na końcu ścieżki (zawalonej osunięciem ziemi) był stary pordzewiały skuter.
W związku z zaistniałą sytuacją trzeba było schodzić lasem. Było ciężko. Nachylenie stoku to 50-70 stopni.
Skusiłęm się na szukanie kontynuacji ścieżki idąc wzdłóż poziomnic, ale bez sukcesów. Kilka razy polazłem w kierunku, w którym nachylenie było większe, co skłoniło mnie do odszukania koryta strumienia.
Na właściwy kierunek naprowadziłem się dźwiękiem płynącej wody gdzieś tam w dole.
Po jakimś czasie, gdy zaczęło się robić ciemno i chłodno. Mokro było przez cały czas.
Dotarłem do strumienia – niestety dalej iść się nie dało – zbyt ciemno nawet z latarką.
Głazy przy strumeiniu bujały się przy chodzeniu.
Brzegi były tak strome, że w zapadających ciemnościach. Przepychanie się między lianami i kamieniami, które ledwo co trzymały się zboczy, było zbyt ryzykowne. Tak więc balanga wigilijna odbyła się w namiocie na gołej skale.
Postanowiłem sprawdzić pocztę:
Tak! Spam jest wszechobecny!
Może nie wszyscy wiedzą, ale Spam to nazwa chamskiej mielonki. Marka ta była swego czasu tak popularna, że włałnie na cześć tej popularności wszechobecną niechcianą pocztę też nazwano spamem.
Gdy rozwidniło się, czyli o bladym deszczowym świcie, dało się zrobić zdjęcie mojego prowizorycznego obozu na płaskiej skalnej płycie tuż nad wodospadem.
.
Ponieważ zbocza wzdłuż strumienia były zbyt strome, jedyną rozsądną alternatywą było poruszanie się korytem strumienia.
Strumień, zasadniczo składający się z wody i koryta, oraz nadającej mu charakterystycznej cechy pochyłości teren, czasami miał wbudowany wodospad, konieczna więc była kolejna akcja z rzucaniem przed siebie plecaka w czasie próby obejęcia niemal pionowymi ścianami składającymi się ze skał, luźnej symbolicznej warstwy gleby i (na szczęście) drzew, których można się było uwieszać.
Dno strumienia też nie było ideałem – piekielnie śliskie po deszczu i pełne wielkich spiętrzonych głazów stanowić mogło śmiertelną pułapkę. Trzeba się było cztery razy zastanowić przed postawieniem gdzieś stopy. W najgorszych momentach znowu trzeba było zrzucać plecak, który miał amortyzować ew. upadek.
.
Taka wędrówka jest najeżona niebezpieczeństwami.
Udało mi się jednak szczęśliwie dotrzeć do bardziej przyjaznych miejsc
.
Ponieważ Tajwańczycy nie zostali nagrodzeni za posłuszeństwo dotacjami z Unii Europejskiej, do zbiornika nie doprowadzono należycie wysypanej żwirem alejki. Trzeba się było dostać do lustra wody schodząc kanałem burzowym.
Czy brodzenie w wodzie pełnej kijanek i nie wiadomo jeszcze czego jest przyjemne? Sprawdźcie sami, tak jak ja.
.
Trud został jednak wynagrodzony! Jestem na wodzie. Nie jest to prawda wyprawa dookoła świata, jednak jak na skalę Tajwanu, na którym jest tylko jedno porządne naturalne jezioro z prawdziwego zdarzenia, żeglarska przygoda jest na “102″
A tak apropos…
Unia Europejska przejęła prawa autorskie do naszego ulubionego serialu! Było to jedną z tajnych klauzul Traktatu Lizbońskiego.
Nasi odwieczni przyjaciele zza zachodniej granicy, oddzielającej cywilizowaną Europę od pogańskiego barbarzyństwa, przygotowali nową, jedynie prawdziwą wersję, w której dzielni bohaterowie, po odwróceniu kompasu do góry nogami, zapierdzielają na wschód!
.
Czy na jeziorze można się zgubić? Jak najbardziej. Jak ktoś chce, wszystko może. Moja próba znalezienia odnogi szlaku, którym planowałem powrócić do cywilizacji zakończyła się w dupie.
Zrobiło się zimno, mokro (cały czas padał drobny deszcz; dla jasności – od popołudnia poprzedniego dnia!), a także ciemno.
I tu dochodzimy do kwintesencji wyprawy.
Wylądowałem ok 400 m. od tamy, która powstrzymywała wody jeziora przed zmienieniem się w rzekę i spłynięciem do oceanu. Byłem przekonany, że ok 30 minut wystarczy na dotarcie do wskazanej przez GPS drogi.
Skończyło się na pięciu godzinach wymachiwania maczetą w ogarniętej ciemnością plątaninie lian i ciernistych ksztoli, mozolnym przeciskaniu się pomiędzy drzewami i lawirowaniu w górę i w dół zbocza o nachyleniu minimum 50 stopni.
Mokry jak pies, zjechany tak, że ledwo się dało maczetą ciąć krzaki, wyczołgałem się w sumie przez przypadek na całkowicie nieużywaną betonową ścieżkę, miejscami zresztą przysypaną osuwiskami ziemi.
Na pamiątkę zostały liczne rany cięte, kłute i szarpane na rencach (dłoniach), nogach i łbie.
Już dawno mi się takie rzeczy zaczęły podobać. JUTRO TEŻ WAM UCIEKNIEMY!
Wszystkiego najlepszego z okazji dnai niepodległości!
Są to pierwsze obchody tego święta po tym, Polska po kilku zaledwie latach wolności (formalnej) ponownie ją utraciła. Dokonało się to w chwili, gdy nasz prezydent Lech Kaczyński podpisał zasrany Traktat Lizboński, którym to czynem zrzekł się (na szczęście bezprawnie) niepodległości w imieniu całego narodu, który wszak jest suwerenem państwa (dlatego napisałem że bezprawnie).
Prezydentowi było wsjo adno co pisze, bo i tak miał czapę od KGB za zdemaskowanie ich siatek agentów. Sprawa dokonała się 10 kwietnia 2010. Po tym wydarzeniu kraj został przejęty przez siedzących mocno komunistów (nie piszę ex-komunistów, bo wcale nie są “ex”)
Tu proszę bardzo kilka przykładów na dobranoc dla grzecznych dzieci (będę dopisywał sporadycznie nowe rzeczy):
Brat Michnika nie stanie przed sądem? Szwecja mówi nie / Shutterstock
Klamka zapadła. Szwecja odpowiada na polski wniosek o wydanie stalinowskiego sędziego, a jednocześnie przyrodniego brata redaktora naczelnego “Gazety Wyborczej”, Stefana M. A odpowiedź brzmi “nie”.
W uzasadnieniu tej decyzji sąd w Uppsali stwierdził, że stawiane Stefanowi M. zarzuty w myśl szwedzkiego prawa już się przedawniły.
A propos naszego dzielnego kawalera orderu orła białego zapraszam tutaj:
proszę zwrócić uwagę na następujące fakty: 1. Stefan Michnik bez wątpienia sądowy morderca komunistyczny (nikt tego nie zaprzecza)nie zostaje wydany polskiemu sądowi bo jest obecnie naturalizowanym obywatelem Szwecji i kraj ten go chroni – może to być zrozumiałe, niektóre kraje przyjmują takie zasady w stosunki do swoich obywateli, można to zrozumieć. 2. rodowity obywatel Szwecji zamieszany w kradzież napisu “Arbeit macht frei” z Niemieckiego Obozu Koncentracyjnego w Oświęcimiu jest wydawany polskiemu sądowi i siedzi w polskim areszcie do dziś.
Na środowe posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego został zaproszony generał Wojciech Jaruzelski – dowiedziała się Informacyjna Agencja Radiowa.
Tematem posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego będzie zbliżająca się wizyta prezydenta Federacji Rosyjskiej oraz przyszłość stosunków na linii Warszawa – Moskwa.
W przesłanym dokumencie nadal jest mowa o “wydarzeniach katyńskich”. Rosja neguje określanie ówczesnych wydarzeń, jako mordu zbiorowego. Odmówiła także przedstawienia Trybunałowi decyzji z 2004 r. o umorzeniu śledztwa katyńskiego, trwającego aż 14 lat.
O dniu szczęśliwy!
Redakcja bloga uroczyście oznajmia, że stała się sławna. W dniu dzisiejszym światło dzienne ujżało dzieło napisane przez wspomnianą redakcję – do wydawcy dotarł pierwszy egzemplarz, mokry jeszcze od farby drukarskiej i ciepły od maszyn, co papier tą farbą pokryły.
Proszę teraz wspomóc Redakcję przez zakup przynajmniej jednego egzemplarza TUTAJ, bądź od wydawcy tutaj!
Dzień piątego listopada jest o tyle szczególny, że w nim to rozpoczyna się i kończy akcja jednego z ulubionych filmów Redakcji: V FOR VENDETTA, do którego obejrzenia oczywiście Redakcja zaprasza.
Wszyscy w miarę kumaci ludzie, powinni wiedzieć co zdarzyło się 30 października 1938 roku.
Wtedy to mój idol i gwiazda przewodnia odpierdzielił najlepszy kawał w historii.
Jego wiekopomnego dzieła można wysłuchać klikając na ten link:
Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.