Perypetie skuterowe – odcinek NEGATYWNY, czyli błąkamy się od mechanika do mechanika

Szanowni czytelnicy,

nadszedł czas aby porachować perypetie motorowe i rozliczyć Tajwańczyków z ich plusów i minusów. Na początek odcinek negatywny. Generalnie przeszedłem wielką przeplatankę postawy pełnej pomocy i zamaskowanej złośliwości… niekompetencji. Albo mieszanki jednego i drugiego.
Piszę tak , bo oni takie zachowanie mają we krwi – maskują niekompetencję udawaniem półidiotów. Chciałbym tylko dodać, nie wiem czy na pocieszenie, że w innych krajach jest podobna sytuacja. Czasem trochę lepiej, czasem trochę gorzej… Zresztą, sami poczytajcie: http://www.wykop.pl/link/3438899/gdy-klient-przychodzi-do-mechanika-z-instrukcja-naprawy/
(więcej…)

Amerykańscy imperialiści i ich niecne knowania

Historia ma wiele wersji. Zwykle tyle, ile aktorów w niej uczestniczących. Kto ma rację? Kto mówi prawdę? Jacek Kaczmarski śpiewał „tylko ofiary się nie mylą”. Zwykle całe zamieszanie i kłamstwa sprowadzają się do podpięcia jakiejś ideologii jako usprawiedliwienie działań zwiększających możliwość wywierania wpływu. Z ideami i ideałami robi się wtedy to, co zwykle, a co podsumował celnie Eric Hoffer

Every great cause begins as a movement, becomes a business, and eventually degenerates into a racket.

 

Dziś akurat mam nastrój, aby dokopać trochę Amerykanom. A więc zacznijmy. Abraham Lincoln we własnych słowach:

If I could save the union without freeing any slaves, I would do it… And if I could do it by freeing some and leaving others alone; I would also do that.

What I would do about slavery and colored race, I do because I believe it helps save the Union.

 

http://www.abrahamlincolnonline.org/lincoln/speeches/greeley.htm

 

Ja nie jestem antysemitą, ale na marginesie dodam jeszcze, że imię wyraźnie wskazuje, że Lincoln był Żydem. Podobnie zresztą jak inny żyd – Iceberg, który przewodził spiskowi celowego zatopienia Tytanika w 1912. Bzdury? Ale trzymają się kupy. Be my guest:

 

Co za głupi filmik, na tą chwilę, zresztą, ma tylko w zaokrągleniu 1,18 obejrzenia. Druga osoba nawet nie doszła do połowy i wyłączyła te brednie dobijające poziomem o celowym zniszczeniu budynku 7, siedziby CIA w atakach w Nowym Jorku w 2001 roku.

Co tam amerykańscy naukowcy. ANTYGRAWITACJA WYNALEZIONA!!

Heroiczne wysiłki rodzaju ludzkiego w celu wysłania misji na Alfa Centauri miały historycznie wiele centrów. Był to Egipt, Starożytne Chiny, a ostatnio, jako skutek Renesansu, Europę.

Równolegle zachodził o wiele poważniejszy proces. O ile proste wynalazki mógł wymyślić pojedynczy człowiek siedząc przy biurku i kotłując sobie zwoje, to teraz poszerzanie granic poznania wymaga międzynarodowej współpracy i pracy gigantycznych zespołów i milionowych i miliardowych nakładów.

Zdało się, że dawno już minęły czasy, w których pojedynczy zwariowany naukowiec był w stanie dokonać przełomu z zmienić paradygmat fizyki, w myśl tezy Khuna. Jednak wszechświat jest pełen niespodzianek i bezlitośnie daje nam co i rusz lekcję pokory.

Teraz the tip of the spear współczesnej nauki przeniósł się do pełnej czaru i nostalgii wiecznej krainy szczęśliwości i miłości bliźniego, jaką jest Afryka, kolebka ludzkości. Tam, pojawiają się geniusze, którzy są nadzieją tego znękanego, głodnego surowców świata.

https://media.giphy.com/media/26xorCzVxXPFRCzC0/giphy.gif

 

—–

Post sponsorowany przez Inkubator Innowacji Narodowego Centrum Nauki.

https://www.ncn.gov.pl/

 

Słowo o stosunkach angielsko-francuskich i co z tego wynika dla Tajwańczyków

Jak każdy szanujący się doktorant nauk historycznych wie, przyjaźń między bratnimi narodami angielskim i francuskim nie była zawsze gorąca… A jeżeli już była, to od pożóg podpalanych miast i siół. Tą prawdę historyczną należy propagować, gdyż – jak mówił słynny hiszpański mędrzec Santayana, ci, którzy nie pamiętają historii, są zmuszeni ją powtarzać. Nieliczni tylko znają słowa, którymi Santayana spuentował swoją mondrą maksymę: „A ci co pamiętają historię, muszą stać bezradnie i patrzeć, jak powtarzają ją wszyscy dookoła”.

Gdy więc w mojej włóczędze po tajwańskich górach trafiłem na wioskę aborygenów, postanowiłem zrealizować misję kształcenia lokalnej dzieciarni w zakresie historii średniowiecznej Europy. Nie odmówiłem sobie nauczyć naszych milusińskich gestu pojednania między nacjami.

Nauczyłem dwóch łebków, a nowa wiedza rozprzestrzeniła się wśród kwiatu tamtejszej młodzieży niczym pożar buszu na Kalahari. Albo ww. pożar strzech. Gest starannie wyjaśniłem – nauczyłem dzieciaki pokazywać go w formie historyczno-dowcipnej, a nie ześwinionej. Wygłupiać się – nie trzeba mnie dwa razy prosić, ale nie kosztem ofiar, że sformułuję to oksymoronalnie.

Tu wyjaśniam, że gest pokazany pionowo jest ugruntowany przez praktykę społeczną i znaczy u Anglosasów bardzo brzydko. Pokazany poziomo jest zdecydowanie odcięciem się od takiej praktyki wszczynania burdy, a więc jasno nawiązuje do pierwotnego znaczenia: angielski łucznik (longbowman – wiki) ma jeszcze paluchy i może strzelać z u-ku, gdyż odbiorca gestu, Francuz, nie zdążył mu tych paluchów urżnąć zardzewiałym nożem.

Żeby absolutnie wszystko było jasne: w przenośni gest oznacza tyle co „jeszcze mnie nie pokonałeś”, co bardzo starannie dzieciakom wyjaśniłem, jednocześnie zakazując pokazywania paluchów (zwłaszcza pojedynczego) w pionie. Stąd na początku robiły gest we wszystkie strony, a na koniec (zdjęcie poniżej) już jak należy, czyli po historycznie-militarnemu.

Po paru minutach  reszta dzieciarni podłapała gest, co uwieczniam na na poniższym zdjęciu, a ich nauczyciel (czyli ja) pokiwał głową i uśmiechnął się w myślach.

 

Znowu sukces. Nie na darmo tutejszy MEN (Ministerstwo Edukacji Narodowej) we mnie zainwestowało fundując doktorat z historii. Teraz pozytywną energię finansową przemieniłem w wartość dodaną sumarycznej edukacji historycznej nadziei narodu tajwańskiego.

Jedyne czego  żałuję, to to, że nie zobaczę miny Anglika albo Francuza, który zawita w tamte strony. Dzieciakom starannie i dwa razy wytłumaczyłem, że jeśli chcą zrobić takim gościom zrobić niespodziankę, powinny powitać ich właśnie wyżej opisanym gestem.

 

 

 

Gwiezdne wojny IV: REMAKE (nazwane dla zmyłki „Przebudzenie mocy”)

Jak sam tytuł wskazuje, film to kompletna kicha, tzn. po prostu remake IV części, czyli pierwszej… uch! Obejrzałem dwa razy tylko dlatego, że się strzelają z laserów.

Do rzeczy. Cała koncepcja twórców (spis winowajców wyświetla się na końcu filmu) poszła tak:

  • pierwszą trylogią robimy sobie markę.
  • Drugą trylogią zarabiamy na bachorach – wklejamy dinozaury gdzie się da i w inny sposób uprzykrzamy życie ludziom, którzy kochają sajens fikszyn, latanie po kosmosie i strzelanie z laserów i dział jonowych.

Trzecie trylogia to, poza kosmetycznymi zmianami, odtworzenie scenariusza części najpierwszej. I o ile Sapkowski potrzebował kasy na rachunki i napisał nowego Wiedźmina, a  powrót Wiedźmina w postaci książki Sezon burz był sensowny – klimat pierwszych opowiadań + kompletnie nowa fabuła… to twórcy Star Wars się nie popisali. Użyli po prostu scenariusz, który się sprawdził, dodali 2-3 nowe wątki dla zmyły i BUM – rekord oglądalności.
Co za gniot.

Jedyne co ratuje twórców przed samosądem w  wykonaniu tłumu chłopów z pochodniami*, to to, że na całe szczęście nie pojawił się ten skurwysyn Jarjar. Sith zresztą, co wyszło na jaw, gdy Snowden ujawnił niecne plany Lucasa, przechowywane grzecznościowo przez NSA i CIA:

—————————

* ci chłopi to nawiązanie do tego:

http://pl.tinypic.com/view.php?pic=9uu7ax&s=6#.VvoWj-KLTIU

——————-

Teraz mamy dodatkowy pomysł, żeby gnoja nie lubić.

A niedługo kolejna część tej trylogii trylogii – albo nam przyjdzie szykować popcorn, albo kije do baseballa, jeśli twórcy sami nie zmienią się w ohydne bryły. Ze wstydu

 

 

Film trivia

cf6e54172ff2d867a2dc471f86401976

 

 

Marsjanin running out of time

Uwaga! Odkrywam jeden z większych spisków Hollywood – tym razem – o dziwo – Żydzi nie są w nic zamieszani.

Cała sprawa zaczęła się od głupiego żartu kosztem nieszczęśliwego, sfrustrowanego człowieka, a skończyła wielką wpadką NASA, którą dodatkowo wziął na warsztat Hollywood.

 

A więc cała historia zaczęła się serią niewybrednych żartów, których małą próbka jest tutaj:

 

skończyła się terrorystycznym napadem na szoł telewizyjny

 

Cała afera zainspirowała ekipę dokumentującą pierwszą wyprawę załogową na Marsa. Szukali aktora, którego portfolio najlepiej by pasowało do roli kogoś, kto walczy z czasem. Szukali, myśleli, przesłuchiwali… aż przyszła im do głowy rzecz oczywista… Skoro głównym wątkiem filmu jest running out of time – dla NASA, dla nieszczęśliwie zapomnianego załoganta… to odpowiedź będzie oczywista.

 

Matt Damon szczerze się wkurwił na samą propozycję, ale kasa była spora, więc zmilczał, zwłaszcza że w chwili, gdy został poproszony od odpowiedź, już liczył banknoty, cicho do siebie szepcząc cyfry i liczby. Stąd i film, który mamy właśnie okazję pooglądać: Marsjanin. Running out of time.

 

Plagiat z wątkiem sowieckim

Największą kontrowersją w całym filmie był gigantyczny pozew cywilny ze strony Rosyjskiej Agencji Kosmicznej oraz Radzieckiej Wytwórni Filmów Dokumentalnych.

Otóż film Ridleya Scotta – hańba mu za to po wieczne czasy!! – zawiera dwa plagiaty, a raczej podwójny plagiat.

Pierwszym jest wykorzystanie jako głównego wątku całego filmu perypetii pierwszego człowieka na Księżycu – Porfiriego Jebanowa. Radziecki bohater podboju przestrzeni kosmicznej osiągnął Srebrny Glob całe dwa lata wcześniej przed imperialistycznymi amerykańskimi świniami. Niestety, i tu drugi plagiat, nie miał jak wrócić i musiał żywić się ziemniakami, które są pożywieniem first-choice dla Sowietów. Vide ta anegdota, którą podstępni, zionący zawiścią i złośliwi imperialiści rozprzestrzeniają w formie dowcipu:

Rozmawia rosyjski żołnierz z amerykańskim. Amerykanin chwali się jak to u nich jest dobrze w armii, że mają dobry sprzęt, że dobrze ich szkolą itp. Aż doszło do tematu „wyżywienie”. Amerykanin mówi, że oni dostają dziennie równowartość 8 tys. kalorii. Na to Rosjanin:
– Kłamiesz! Żaden człowiek nie zje dziennie 30 kilogramów ziemniaków!

A tak na poważnie… to kartoflano-ziemniaczana dieta porzuconego na pastwę ufoludów amerykańskiego kosmonauty to naprawdę rżnięcie pomysłów od Ruskich. Oto ziarno prawdy w powyższych bazgrołach:

Ruscy będą sadzić ziemniaki w kosmosie

Film trivia:

 

—-

Dla zainteresowanych: większość złośliwych wybryków Kimmela poznikała z Youtube. To, co zostało, da się znaleźć tutaj.

Ponowna wizyta na wyspie Jinmen

Wyspa przy wyspie

Jinmen to skrawek lądu o długości około 20 km tuż przy brzegu komunistycznych Chin. Wyspa-forteca. Dodam, co powinno wyjaśnić dlaczego mam w sercu specjalne miejsce dla niej, że cała usiana jest bunkrami, koszarami i innymi instalacjami, których odpowiednikiem są plaże w Normandii.

W tym roku wyczaiłem na niej miejsce, którego wcześniej nie znalazłem. Otóż tuż obok portu jest wysepka z fortem, do którego dostęp jest odcinany przez przypływ:

Akurat w czasie mojego pobytu przypływ wypadał na noc i dzień. Dostać się na miejsce można było tylko wieczorem i o bladym świcie.

Generalnie w odległości 3 km było widać już miasto Xiamen – Chiny Ludowe. Wyobraźcie sobie, że pełnicie tam służbę… w zasięgu typu point-blank komunistycznej artylerii.

 

W październiku tego roku (2015) będzie dzień sznura, tzn. rozliczenia miłościwie nam panującej władzy ludowej. Jeśli POlszewickim uciekinierom przyjdzie na myśl schronienie się na Tajwanie, będę na nich czekał równie gotowy co obrońcy Jinmen w latach pięćdziesiątych.

Jeśli pamiętacie wpis o teleskopach, to wiecie, że w teleskopie VLA w Nowym Meksyku wycyganiłem kawał stali – właśnie z przeznaczeniem na nóż.

Kawał podkładu kolejowego z szyn, po których poruszają się anteny, czekał cierpliwie 2 lata.

Został przekuty na piękne ostrze i wkrótce zyska rękojeść i wieczne przywiązanie właściciela.

 

—————-

Dopisane 29 marca 2015:
tak wygląda gotowy nóż:

Cudeńko.

Nowy Amsterdam 2014

„UWAGA! Uwaga! Przeszedł!
Koma trzy!”
Ktoś biegnie po schodach.
Trzasnęły gdzieś drzwi.
Ze zgiełku i wrzawy
Dźwięk jeden wybucha rośnie,
Kołuje jękliwie,
Głos syren – w oktawy
Opada – i wznosi się jęk:
„Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy!”

„Ameryka under attack!”” Głosiły nagłówki gazet 11 września 2001 roku.
Dziś jak co roku Nowojorczycy obchodzą szerokim łukiem rocznicę wyburzenia tajnej, obciążającej amerykańskie służby wywiadowcze dokumentacji, ukrytej w budynku nr 7.
Połączona akcja CIA i Saudyjskich pomagierów z sekty Wahabitów dała nadspodziewanie dobre efekty propagandowe.

————-
Niezorientowanym przypominam, że wg oficjalnej wersji  solidny, z pewnością wzmacniany budynek zawalił się od niewielkiego pożaru na jednym z pięter. A zawalił się calutki z prędkością swobodnego upadku, co widać na wszystkich filmach dokumentujących cały incydent.

Oficjalna wersja starczy za cały swój komentarz.

———————

Ale do rzeczy. Dostałem pracę w branży filmowej. Zaproponowano mi wiele ról – oczywiście głównych.
Wszystkie te oferty przyjąłem i w roku 2015 kolejne obrazy pojawią się w kinach i będziecie mogli wszystko oglądać. Oto jak realiizowałem niektóre z kontraktów.

Na początek przejąłem główną rolę w miejsce Mela Gibsona, który odrzucił ją twierdząc, że nie jest jej godzien. Wcieliłem się w szarego mieszkańca Nowego Jorku, który ciężką pracą osiąga swoje cele życiowe i w końcu (w drugiej części, czyli musisz zapłacić kolejne 40 zł za bilet i popkorn) osiąga sukces.

Potem zadzwonił do mnie Arnold – ten, któremu odstąpiłem rolę Terminatora. Do dziś trochę żałuję, bo strasznie ten film stracił na zamianie aktora grającego główny czarny charakter. Doznał on kontuzji, która uniemożliwiała mu odegranie roli motocyklisty walczącego ze złem tego okrutnego świata. Aby lepiej wcielić się w rolę, zostałem poproszony przez Spielberga, abym poznał od środka świat motorowców.

Ludzie drogi to bardzo specyficzny typ. Chodzą, a raczej jeżdżą własnymi drogami i starannie pielęgnują swój imaż osób groźnych i nieprzystępnych:

Na szczęście wkrótce trafiłem we właściwe miejsce – do klubu zrzeszającego polskich emigrantów na Greenpoincie.

I tu wszystkie ponure i budzące grozę mity rozpadły się jak domek z kart (je…nięty karzącą piąchą gościa, który nakazał mi tonem jednoznacznym, że napiszę pozytywnie or else!) Motorowcy okazali się ludźmi przyjaznymi i pełnymi życzliwego poczucia humoru.
By nie być nagosłownym, dam przykład. Ponad poziomy wynosi się gościnność i wyrafinowane, pełne dystansu poczucie humoru tego oto osobnika:

Całość drużyny, oprócz oglądania  Przeminęło z wiatrem (aby wyrazić swój wrodzony szacunek dla gustów płci pięknej, jakże odmiennych od męskich*) na zmianę z Imperium kontratakuje (dla absolutnie ich ulubionego motywu muzycznego Dartha Vadera), urządza regularnie wycieczki po okolicy, aby głosić chwałę polskiego rycerstwa, na pohybel Putinowi i jego pachołkom z PO:

——–
* prawda jest taka, że nie można cały czas oglądać filmów wojennych albo o policjancie infiltrujacym mafię, bo druga połowa w ramach retorsji odmówi posług małżeńskich. Stąd pojawił się nowy gatunek filmu wojennego: zamiast cały czas pokazywać strzelaniny i wybuchy jak w porządnym filmie zasługującym na to miano (co w tym złego, ja pytam!!!!) reżyser należący do lobby żydowskiego w Hollywood dokłada minimum 30% scen romantycznych – że niby żołnierz zaspokaja swoje potrzeby duchowe nie w przyfrontowym burdelu, tylko pisząc do jakiejś – przepraszam za słowo – niedoruchanej narzeczonej 10 000 mil z miejsca z wybuchami.
——

Ale wróćmy do moich kontraktów filmowych.
W międzyczasie zagrałem jedną rolę w filmie o poszukiwaczach skarbów:


Jest to remake słynnego filmu National Treasure. Nicholas Cage mi to załatwił, a poza tym dobrze płacili.
Przyszedłem, kierownik planu wykrzyknął, jak do rekruta wrzeszczy rasowy sierżant, niedoszły profesor fizyki kwantowej. Wrzasnął, aż się siano posypało z sufitu, nawiązując do swojej ulubionej teorii o wspólnej naturze czasu i przestrzeni:
– Kurwa, masz kopać stąd do południa!!

No to kopałem – przez 8 godzin wykopałem około 2 m sześcienne piachu z polodowcowymi kamieniami. Ledwo się ruszałem przez dwa dni. Czego się nie robi dla sławy.

Po sukcesie tej roli, dostałem angaż do kolejnego filmu o Godzilli napadającej na Nowy Amsterdam, a zwłaszcza na Manahachtanienk.

—————————–
Bo Nowy Jork dawniej nazywał się Nowy Amsterdam – zanim nie trafił w łapy Brytyjczyków.
A Manahachtanienk to Manhattan – ale w języku lokalnych Indian, którzy byli to pierwsi. Ale nie ostatni. Niestety.
Dodam, że ten akurat szczep Indian musiał mieć krew jakichś polskich podróżników w czasie, bo Manahachtanienk znaczy tyle co miejsce, w którym wszyscy się schlaliśmy”.
———————————

Całą sprawa z Indianami śmierdzi hipokryzją zwłaszcza w świetle całej afery znanej jako 9/11. Do tematu będziemy wracać. Na jednym z przyjęć dla ekipy filmowej od ich dalekich potomków dostałem pamiątkowe zdjęcie z XIX wieku:

Darczyńca jest kimś szczególnym i jest otoczony aurą niezwykłości. To jedyny człowiek będący krzyżówką Polaka i Indianina. Niewątpliwie ten szlachetny dzikus jest dowodem na prawdziwość starodawnej mądrości „Polak Indianin dwa bratanki – i do łuku i do szklanki”.  Człek ten jest wybitnie wykształcony i wychowany zgodnie z rygorem fhancuskiej ahystokhacji.

Ale wróćmy do głównego wątku całej historii. Oto kanion ulic Manhattanu:

Przez trzy tygodnie dojeżdżałem takimi właśnie drogami do miejsca pracy. To był jedyny raz, kiedy mnie oszukano w kontrakcie.
Zapłacili 20 milionów USD z góry na sam mój widok – i to osłabiło moją czujność. Miałem grać główną rolę bogatego playboya. Do roli tego wpół erotycznego filmu akcji szukano kogoś, kto potrafi pukać panienkę 12 godzin bez przerwy, aż ściany będą dudnić, a panienka zrobi się krucha jęcząc, drżąc i parując jak czarnoziemy polskich kresów zaorane dwutygodniową nawałą artyleryjską Armii Czerwonej tuż przed wiosenną ofensywą w czterdziestym czwartym.

Okazało się jednak, że musiałem zrobić dobre wrażenie jako budowlaniec-remontowiec.
Zamiast dość ciekawej, nie powiem, roli, znowu musiałem machać młotem albo innymi narzędziami. Tym razem byłem członkiem całej grupy remontowej, toczącej zacięty bój o czek w każdy piątek.

Współna praca i spożywanie lanczów pełne były braterstwa, i śmiesznych wpadek.

Kierownik tego planu, chodząca sława Hollywood, zwany przez remontową brać „najlepszym stress-manem Nowego Jorku”, był człowiekiem sprawiedliwym, pełnym miłosierdzia, grzecznym i kulturalnym do granic absurdu. Absurd ten przekroczył, założę się, gdy przejął ode mnie nawyk kłaniania się po japońsku w chwili wręczania czeku. (Ciekawe, co powie, jak to przeczyta!)

Ale zdecydowanie najlepszą rzeczą w tym kontrakcie był spór słowny bezustannie toczony przez dwóch towarzyszy pracy.
W spór ten ochoczo się włączałem – żeby było sprawiedliwie, raz po jednej, raz po drugiej stronie. Czasami jednak tylko słuchałem i notowałem teksty, jakie leciały – a było warto – na pewno wiele z nich, takich jak „co tak stoisz jak widły w gnoju?!” znajdą swoje zasłużone miejsce w arcydziełach literatury, które wkrótce wyjdą spot mojej dysgraficznej ręki.

Aby dopełnić tą pełną wzlotów i upadków opowieść, warto wspomnieć, że wszystkie mity i fałszywe stereotypy krzywdzące mieszkańców Ameryki, są prawdziwe.
Dotyczy to policji:

rasizmu:

Ale i samochodów i ich właścicieli:
Na pokazie starych modeli to był reprezentant Europy:

a tak Ameryki:

Pozostaje tylko mieć nadzieje, że górnolotne przesłanie pokoju, które głoszą wszystkie filmy, w których wystąpiłem, zdołają zmienić swoją renomę kraju rozbójniczego:

Z Nowego Jorku mówiłem jak jest.
Roger Out.

 

 

Dziesięć lat wygnania – podsumowanie

A więc minęło już 10 lat, odkąd siedzę tu na kupie ryżu i narzekam na okrutny los, który cisnął mnie z dala od świata, który określamy jako „normalny”.
Podsumowanie plusów i minusów tego wygnania znajdziecie tutaj:

 

 

Sprawność umysłowa moich gospodarzy

Choć większość studentów na Tajwanie miałaby problem z zawiązaniem kawałka sznurka – i rzeczywiście na paru takich trafiłem, to zdarzają się wyjątki.

http://www.liveleak.com/view?i=ad0_1423750403